statystyki

Eleonora Revina: Ukrainka skazana przez polski sąd za przestępstwa, których nie popełniła?

autor: Mira Suchodolska08.09.2017, 07:25; Aktualizacja: 08.09.2017, 08:40
Portret Eleonory Reviny namalowany w 1989 r. Miała wtedy 27 lat

Portret Eleonory Reviny namalowany w 1989 r. Miała wtedy 27 latźródło: Dziennik Gazeta Prawna

Czasem boję się, że już nigdy nie wrócę do domu. Umrę tutaj – mówi Eleonora Revina, Ukrainka skazana przez polski sąd za przestępstwa, których, jak twierdzi, nie popełniła.

Sala widzeń to w każdym areszcie przygnębiające miejsce. Małe stoliki z niewygodnymi krzesełkami, jak w szkolnej świetlicy, ale nad ich blatami nachylają się ku sobie ściągnięte stresem twarze. Ściszone szepty, suchy kaszel, ktoś kogoś gładzi ukradkiem po ramieniu. Pod ścianą smutny kącik zabaw dla dzieci. Na szczęście dziś żadnych dzieci nie ma. Strażnik ze strażniczką więzienną stoją pod ścianą, profesjonalni i czujni. Nim tu trafiłam, przeszłam przez kilka zatrzaskujących się za mną krat, zostawiłam swoje rzeczy w przydzielonej szafce, przedstawiłam funkcjonariuszom niezbędne dokumenty i pozwolenia. Teraz, nieco zdenerwowana, czekam na moją rozmówczynię. Eleonorę Revinę, obywatelkę Ukrainy, rocznik 1962, której historię opisałam w poprzednim wydaniu Magazynu DGP.

Szok, agresja, łzy

Eleonora jest inżynierem budownictwa, bizneswoman, żoną Igora, inżyniera i biznesmena jak ona, matką dorosłego już syna Kiryła, doktora prawa. Ale tutaj, w areszcie śledczym na warszawskim Grochowie jest tylko osadzoną, przestępczynią, którą sąd skazał (nieprawomocnym jeszcze wyrokiem) na trzy i pół roku więzienia za rozbój, którego miała się dopuścić 24 lata temu: w listopadzie 1993 r. pod Siedlcami. Eleonora czeka na apelację. Młody adwokat, który też czeka – na spotkanie ze swoją klientką – funduje mi herbatę w styropianowym kubku, bo moje pieniądze zostały zamknięte w szafce razem z torbą. Mecenas śmieje się, że niby według polskiego prawa należałoby udowodnić podejrzanemu winę, a wszystkie wątpliwości powinny przemawiać na jego korzyść, ale zazwyczaj jest odwrotnie. Po chwili strażnicy wprowadzają do sali dwie kobiety. Która jest „moja”? Nie mam wątpliwości. Niska brunetka o mocno zarysowanych kościach policzkowych. Wyraziste oczy, silny uścisk ręki. Chudzina.

– Jak się pani czuje? – pytam. Jakoś trzeba zagaić. Boję się, że będziemy miały problem z dogadaniem się, bo moja znajomość języka rosyjskiego jest daleka od ideału. Ale rozumiemy się dobrze. Eleonora siedzi w polskim areszcie od 27 marca 2017 r. Pojechali z mężem do przyjaciół na Węgrzech, jak niemal co roku. Jednak tym razem spotkanie z węgierską strażą graniczną nie przebiegało tak jak zwykle. Eleonorę zatrzymano, a potem samolotem odtransportowano do Warszawy. W asyście policji. I znalazła się w celi.

Opowiada: – Jak się czuję? W tym momencie czy w ogóle? Bo jeśli w ogóle, to nie jestem w stanie tego opisać jednym słowem. Przeżyłam kilka etapów. Totalne zdziwienie, kiedy zostałam zatrzymana przez węgierskich pograniczników. Myślałam: „Co im odbiło, co się stało, to jakaś pomyłka”. Wkrótce do zdziwienia dołączył strach – to się dzieje naprawdę. Zamiast przeprosić mnie za nadgorliwość, pakują do zamkniętego pomieszczenia. Potem lecę w towarzystwie funkcjonariuszy do Polski. Ale wciąż jeszcze góruje w moich uczuciach zdumienie. Z nutką ekscytacji. Mam wrażenie, że to jakiś film, a może sen, z którego się zaraz obudzę. To wszystko przeradza się w depresję, kiedy zamykają mnie w areszcie w Warszawie. Potem następuje czas wściekłości, wielkiej agresji. Zebrała się we mnie, gdy przyszedł porozmawiać ze mną aplikant adwokacki, który oznajmił mi, że mam poważny problem, bo jestem podejrzana o to, że przed ćwierćwieczem miałam dokonać w Polsce rozboju. Używając noża, działając wspólnie i w porozumieniu z jakimiś czterema obcymi mi mężczyznami, napadłam na trzech obywateli krajów byłego ZSRR, żeby ich ograbić. Przecież to bzdura. Myślałam, że mnie rozerwie z tej złości i bezradności. Ale wciąż miałam nadzieję, że wszystko się wyjaśni, że będzie dobrze. Mówiłam sobie, że muszę wytrzymać do rozprawy. Niczego złego nie zrobiłam, więc nie mam powodów do obaw. Za chwilę wrócę do domu. Tego się trzymałam. Teraz znów jestem w otchłani.

Eleonorze po policzku płyną łzy, z którymi bezskutecznie próbuje walczyć. Później jej mąż mi powie, że ten jej płacz go dobija. Nakazuje jej, żeby była dzielna, że musi dać radę. Ale ona potrafi przepłakać całe trzy minuty, które mają na rozmowę telefoniczną. Igor przyciska słuchawkę do policzka, a Eli szlocha z drugiej strony. Strasznie jest ciężko z tymi jej łzami. Też się miota – od wściekłości po totalną bezradność.

Życie w drodze


Pozostało jeszcze 74% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (1)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie