Krajewski: AK potrzebna od zaraz

autor: Andrzej Krajewski10.03.2017, 07:20; Aktualizacja: 10.03.2017, 08:36
Oto legenda żołnierzy wyklętych zaczęła wypierać nawet pamięć o Armii Krajowej. Owszem, nadal nie daje o sobie zapomnieć powstanie warszawskie, lecz już inne ważne wydarzenia tyczące się dziejów Polskiego Państwa Podziemnego zaczęły znikać z pierwszego planu.

Oto legenda żołnierzy wyklętych zaczęła wypierać nawet pamięć o Armii Krajowej. Owszem, nadal nie daje o sobie zapomnieć powstanie warszawskie, lecz już inne ważne wydarzenia tyczące się dziejów Polskiego Państwa Podziemnego zaczęły znikać z pierwszego planu.źródło: ShutterStock

Dwa tygodnie przed Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych wypadła 75. rocznica powstania Armii Krajowej. Ręka w górę, kto pamiętał. Jeżeli podniesie ją rząd, to bezczelnie skłamie

Jeśli zastępowanie mitu Armii Krajowej legendą żołnierzy wyklętych będzie nadal tak szybko postępowało, to pozostanie tylko jedno logiczne wytłumaczenie fenomenu. Zarówno rządzący, jak i opozycja nie chcą drażnić naszej przyjaciółki kanclerz Angeli Merkel, bo przecież akowcy strzelali do Niemców. Teza absurdalna? Na pewno mniej niż zjawisko, którego jesteśmy świadkami.

Od ponad dekady trwa w Polsce debata na temat polityki historycznej. Dla lewicy takie pojęcie było odrażające oraz antyeuropejskie, prawica, zwłaszcza odwołująca się do wartości narodowych i patriotyzmu, uważała, że należy ją prowadzić. Kiedy Polacy kontynuowali swój dialog, zwykle sprowadzający się do wzajemnego obrzucania się obelgami, państwa wykazujące ambicje odgrywania ważnej roli na arenie międzynarodowej takową politykę od dawna prowadziły. Trzema wzorcowymi przykładami jej skuteczności są na pewno Izrael, Republika Federalna Niemiec i putinowska Rosja. Państwo żydowskie z żelazną konsekwencją dba o pamięć o Holocauście (Żydzi wolą określenie Shoah). Niemcom, po dekadach wysiłków na niwie medialnej i finansowej, udało się dowieść, że za zbrodnie II wojny światowej odpowiadają bliżej nieokreśleni naziści. Z kolei Kreml do upadłego walczy o to, żeby na Rosji nigdy nie spoczęło żadne odium prowadzenia polityki ludobójczej lub imperialnej, a Armia Czerwona zawsze kojarzyła się z wyzwalaniem i zniszczeniem nazizmu. Na tym tle polska polityka historyczna, kiedy starano się ją od czasu do czasu uskuteczniać, wypadała bardzo blado. Zmagania z używaniem zwrotu „polskie obozy koncentracyjne” przez zagraniczne media przywodzą na myśl walkę z wiatrakami. Lata mijają, a problem trwa. O innych objawach polskiej polityki historycznej trudno mówić, bo ich gołym okiem nie widać. Poza jednym – przywróceniem pamięci o żołnierzach wyklętych.

Przywracanie sprawiedliwości

„Zniszczymy wszystkich bandytów reakcyjnych bez skrupułów. Możecie jeszcze krzyczeć, że leje się krew narodu polskiego, że NKWD rządzi Polską, lecz to nie zawróci nas z drogi” – oznajmił Stanisławowi Mikołajczykowi w czerwcu 1945 r. Władysław Gomułka. Obu polityków zaprosił wówczas na spotkanie w Moskwie Józef Stalin, by dopiąć szczegóły powołania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Należy się dziwić szefowi PSL, że zachował wtedy złudzenia, iż sprawy potoczą się inaczej, niż zapowiedział mu Gomułka. Komuniści przejmowali kontrolę nad krajem, w którym prawie nikt nie chciał ich rządów. Wszelki opór łamali bezwzględnie, a równie ważne, co zabijanie wrogów, stało się zniszczenie pamięci o nich. Gdy nie dawało się jej zupełnie zatrzeć, zohydzano ludzi walczących o niepodległość Polski. Przez lata reżymowa propaganda starała się uczynić ich „reakcyjnymi” lub „leśnymi bandytami”, oskarżając o rabunki, mordy na cywilach, a w najlepszym wypadku o strzelanie w plecy funkcjonariuszom władzy ludowej. Ze względu na te potrzeby postacie takie jak kpt. Romuald Rajs ps. „Bury” stanowiły coś na kształt daru niebios. Puszczenie przez jego oddział z dymem w styczniu 1946 r. białoruskiej wsi Zaleszany i wymordowanie mieszkańców, w tym siedmiorga dzieci, idealnie pasowało do propagandowego obrazka. Wśród ok. 200 tys. ludzi związanych po wojnie z antykomunistycznym podziemiem ci mający na rękach krew niewinnych ofiar stanowili mniejszość, ale nie da się zaprzeczyć, że się zdarzali. To wystarczyło władzom PRL do dyskredytowania samego oporu w oczach społeczeństwa.


Pozostało jeszcze 83% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Komentarze (2)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie