"Po zamachu w Berlinie polityka migracyjna Merkel wystawiona jest na jak dotychczas najpoważniejszą próbę. Stawką jest polityczna przyszłość Merkel" - pisze autor komentarza Nico Fried.

Jego zdaniem w działaniach deportacyjnych "musi tkwić jakiś błąd", jeśli ktoś taki jak Anis Amir, podejrzany o dokonanie zamachu na jarmark w Berlinie, z powodu braku wymaganych dokumentów nie może być odesłany do swojego kraju pochodzenia, a równocześnie może swobodnie poruszać się po całych Niemczech.

Władze odpowiedzialne za bezpieczeństwo muszą odpowiedzieć na pytanie, dlaczego człowiek, który został uznany za niebezpiecznego dla porządku publicznego, nie może zostać zneutralizowany - zaznacza Fried.

Należy obawiać się, że ta sprawa obnaży fiasko pracy niemieckich urzędów obłożonych w nadmierny sposób pracą i pokaże "paraliż państwa spowodowany rozbuchaną biurokracją" - zauważa publicysta "SZ". Komentator podkreśla, że niemieckie władze "dokonały w ostatnich miesiącach wiele, by skierować humanitarną politykę na uporządkowane tory".

"Debata, przed którą stoi Merkel, dotyczy spraw fundamentalnych; nie będzie to jednak debata o tym, czy na jesieni 2015 roku istniała możliwość innej polityki (niż otwarcie granicy) wobec strumienia uchodźców, bez rezygnowania z zachodnich wartości humanitaryzmu i solidarności. W tej debacie Merkel ma lepsze argumenty niż jej krytycy" - czytamy w "SZ".

Obecna debata będzie dotyczyła - zdaniem Frieda - ceny, jaką trzeba zapłacić za współczucie i polityczną odpowiedzialność. "Kanclerz będzie musiała poprowadzić ją na nowo" - dodaje.

Dni po zamachu pokazały "w sposób dobitny i wzbudzający strach" polaryzację w kraju - pisze publicysta. Jego zdaniem z krajem dzieje się coś niepokojącego, gdy dyskusja o politycznych przyczynach zamachu prowadzona jest tak zaciekle, że ofiary zdają się nie mieć znaczenia. "Merkel musi znaleźć na to odpowiedź" - uważa Nico Fried.

Wybory parlamentarne odbędą się w Niemczech na jesieni 2017 roku.