Prawda, że przewaga kurczyła się szybko: od 30 punktów procentowych niemal do remisu. Sam kandydat plątał się w gafach, lapsusach i programowo niespójnych obietnicach, ale Polacy i tak zagłosowali na dowód zaufania do rządu Donalda Tuska. Mandatu nie otrzymał Bronisław Komorowski, ale cała formacja polityczna. Wyborcy przekazali pełnię władzy Platformie Obywatelskiej w przekonaniu, że teraz będzie lepiej amortyzowała efekty kryzysu, że wolna od codziennych potyczek z Pałacem Prezydenckim zapewni nam kolor zielony na europejskiej mapie wzrostu gospodarczego. Rzecz w tym, że PO nie jest już tą samą partią reform, tą, która wygrała wybory parlamentarne w 2007 roku. A sytuacja na świecie nie pozwoli nam na utrzymanie stałego wzrostu gospodarczego bez niepopularnych reform. Po ostatnich wyborach Platforma Obywatelska szybko osiadła na laurach.

Na zmiany nie jest za późno

Wyborcy przekazali PO pełnię władzy w przekonaniu, że teraz będzie lepiej amortyzowała efekty globalnego kryzysu. Problem w tym, że to już nie ta sama partia, która wygrała wybory parlamentarne w 2007 roku. Osiadła na laurach. Zrezygnowała z ambitnego programu dogłębnych reform. Niektóre zmiany markowała, inne rozmyła, a za brak tych najważniejszych winiła poprzedniego prezydenta.

Po wielkich liberalnych ideach nie ma już śladu. Ani w programie rządu, ani w deklaracjach nowego prezydenta. Gorzej: w miarę jak narastała presja przedwyborczych sondaży opinii publicznej, Bronisław Komorowski wycofywał się z ostatnich obietnic gruntownej naprawy państwa. Nie było już prywatyzacji szpitali, reformy KRUS, indywidualnych dopłat do leczenia, rozmył reformę emerytur dla mundurowych, a pozostałym obiecał sowitą rewaloryzację. Ministerstwo Edukacji obiecało, że nie ruszy anachronicznych przywilejów zapisanych w Karcie nauczyciela, a sztab Komorowskiego, czując słabnące poparcie młodzieży, zapowiedział zniżki dla studentów.

Platforma jest dziś najsilniejszą partią w 21-letniej historii wolnej Polski. Ale wysoką cenę zapłaciła za pełnię władzy. W licznych kompromisach, ustępstwach utonęła spójna wizja naprawy państwa i polityki gospodarczej. Z partyjnego słownika zniknęły takie sformułowania, jak „liberalizm”, „prywatyzacja”, „sprawiedliwość” i „wolność rynkowa”. Kalendarz reform niebezpiecznie przesuwa się o rok, w oczekiwaniu na wybory parlamentarne. Deficyt budżetowy, bezrobocie, wysokie koszty obsługi długów i niewydolnego systemu świadczeń społecznych nie zastygły jednak w miejscu. Rząd i prezydent muszą zdecydować, które z haseł wyborczych chcą teraz realizować. Wzrost gospodarczy czy politykę powszechnej zgody – bezkonfliktowego zarządzania. Czy PO chce dalej schlebiać związkowcom i grupom nacisku, czy w imię rozwoju i dobrobytu przyjmie twardy kurs zmian, mając po swojej stronie zarówno ustawodawczą, jak i pełnię władzy wykonawczej. Czy dla świętego pokoju zachowa niesprawiedliwy system emerytalny, świadczeń społecznych i ochrony zdrowia, czy zdecyduje się na roztropne cięcie deficytu. Ochrona nierentownych miejsc pracy czy warunki do tworzenia nowych, konkurencyjnych branż przemysłu.

Rada ekspertów „DGP” przez ostatnie miesiące monitorowała postęp rządowych prac nad naprawą państwa. Postęp był mierny, ale program jest gotowy. Na zmiany nie jest za późno. Prezydent Ronald Reagan najodważniejsze reformy systemowe przeprowadzał w drugiej kadencji. Na potrzeby powyborczej debaty przyjmijmy, że zaniechania ostatnich dwóch lat były faktycznie podyktowane zawirowaniami politycznymi. Populistyczne hasła kampanii wyborczej konieczne były, żeby przekrzyczeć związkowców i lewicowo-etatystyczną opozycję. Niech będzie. W takim razie to jest ten moment, w którym możemy zacząć poważnie mówić o naprawie państwa. Zaproponować spójną strategię gospodarczą i choć raz doprowadzić ją do końca.