Brytyjski Wysoki Trybunał (High Court) orzekł w czwartek, że do rozpoczęcia formalnego procesu wyjścia kraju z Unii Europejskiej niezbędna jest zgoda obu izb parlamentu. Rzecznik rządu zapowiedział apelację i dodał, że premier jest "zawiedziona" wyrokiem.



Według dotychczasowych planów rządu premier Theresa May zamierzała podjąć decyzję bez ponownego zwracania się do Izby Gmin i Izby Lordów, argumentując, że czerwcowe referendum ws. Brexitu i istniejące prerogatywy ministerialne stanowią wystarczającą podstawę do podjęcia działania.

W proteście wobec tego stanowiska grupa aktywistów wniosła sprawę do Wysokiego Trybunału, domagając się głosowania w parlamencie po przedstawieniu strategii negocjacyjnej rządu. Przekonywali, że jest to niezbędne dla dopełnienia konstytucjonalnego procesu wyjścia z Unii Europejskiej.

W czwartek Trybunał przyjął argumenty strony pozywającej, uznając, że "rząd nie ma w ramach prerogatyw królewskich prawa do wystosowania listu notyfikacyjnego określonego w art. 50 (unijnego traktatu - PAP) w celu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej".

"Dzisiejsza decyzja dotyczy nas wszystkich - nie tylko mnie i mojego zespołu, ale Wielkiej Brytanii i przyszłości nas wszystkich. (...) Ta sprawa dotyczyła procesu, a nie polityki" - powiedziała Gina Miller, liderka aktywistów, którzy wnieśli sprawę do Trybunału.

Wyrok uznawany jest za porażkę premier May. Jej rzeczniczka podkreśliła jednak, że rząd nadal planuje rozpocząć procedurę wychodzenia z UE przed końcem marca 2017 roku i nie uważa, że czwartkowa decyzja pokrzyżuje te plany.

"Naszym planem jest uruchomienie artykułu 50. traktatu lizbońskiego do końca marca, uważamy, że harmonogram prawny na to pozwoli. Naszym zamiarem nie jest pozwolenie, aby to (orzeczenie - PAP) doprowadziło do fiaska harmonogramu" - powiedziała rzeczniczka.

Wcześniej rzecznik rządu podkreślił, że gabinet "jest rozczarowany czwartkową decyzją i złoży apelację w tej sprawie". Zapewnił, że "rząd jest zdeterminowany, by uszanować wynik referendum".

Jeśli decyzja Wysokiego Trybunału zostanie utrzymana przez Sąd Najwyższy (Supreme Court), rząd będzie zmuszony zaproponować ustawę, która następnie będzie musiała być uchwalona przez obie izby brytyjskiego parlamentu. Według informacji mediów sprawa trafi na wokandę prawdopodobnie 7 grudnia.

W toku dyskusji w Izbie Gmin i Izbie Lordów posłowie będą mogli modyfikować proponowaną ustawę, zmuszając rząd do ewentualnych ustępstw wobec dotychczas przyjętej linii tzw. twardego Brexitu, opierającego się na ograniczeniu swobody przepływu osób i opuszczeniu wspólnego rynku Unii Europejskiej.

Proeuropejscy politycy mają większość w obu izbach parlamentu, co może spowodować, że będą próbowali opóźnić uruchomienie procedury wyjścia z UE do czasu uzyskania satysfakcjonujących gwarancji dotyczących przyszłych relacji ze Wspólnotą, znacząco opóźniając dotychczasowe plany rządu.

Decyzja Wysokiego Trybunału została dobrze przyjęta przez inwestorów. W pierwszych minutach po niej funt umocnił się wobec dolara. Orzeczenie skrytykowali zwolennicy wyjścia kraju z UE.

"Zmierzamy w kierunku pół-Brexitu. Jestem coraz bardziej zaniepokojony, widząc posłów ze wszystkich partii, którzy mówią, że tak właściwie to powinniśmy pozostać w ramach wspólnego rynku i wpłacać pieniądze do unijnego budżetu. Myślę, że to może być początek procesu świadomej zdrady 17,4 miliona wyborców przez klasę polityczną" - oświadczył ustępujący lider eurosceptycznej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Nigel Farage.

Posłowie opozycji, którzy byli zwolennikami pozostania w UE, podkreślili jednak, że nie zamierzają wykorzystać czwartkowego wyroku do zmiany podjętej w czerwcowym referendum decyzji wyborców.

"Ta decyzja podkreśla to, jak ważne jest, aby rząd przedstawił w parlamencie swoją pozycję negocjacyjną. Partia Pracy szanuje decyzję Brytyjczyków o wyjściu z Unii Europejskiej, ale musi być zachowana przejrzystość procesu i odpowiedzialność parlamentu dotycząca warunków Brexitu" - powiedział lider laburzystów Jeremy Corbyn.

"Jest niezwykle istotne, aby rząd przedstawił swoje stanowisko, zanim dojdzie do głosowania" - wtórował mu przywódca partii Liberalnych Demokratów Tim Farron.

Dodał jednak, że jego partia oczekiwałaby ponownego referendum na koniec dwuletniego procesu negocjacyjnego po uruchomieniu procedury wyjścia z UE.

"Brytyjczycy zagłosowali za opuszczeniem Unii Europejskiej, ale nie za kierunkiem dalszej podróży - dlatego jest niezwykle istotne, aby dać im ponownie prawo głosowania nad ostatecznym porozumieniem, oferując szansę odrzucenia nieodpowiedzialnego Brexitu, który zaszkodziłby gospodarce i miejscom pracy" - powiedział Farron.

Z kolei rzecznik centrolewicowej Partii Walii (Plaid Cymru) ds. Brexitu Jonathan Edwards ocenił, że ostateczne decyzje powinny zapaść nie tylko w parlamencie brytyjskim w Westminsterze, ale także w każdym z parlamentów regionalnych: Szkocji, Walii i Irlandii Północnej.

Według części dziennikarzy - m.in. Eleanory Garnier i Johna Pienaara z BBC, Patricka Wintoura z "Guardiana" i Sama Coatesa z "Timesa" - czwartkowa decyzja Trybunału "znacząco" zwiększa szanse na przedterminowe wybory parlamentarne.

Spekuluje się, że May mogłaby skrócić kadencję parlamentu, aby w przedterminowych wyborach uzyskać dla Partii Konserwatywnej większość w Izbie Gmin i jednoznaczny mandat dla wyjścia kraju ze Wspólnoty.

Największe firmy bukmacherskie obniżyły stawkę na przedterminowe wybory w 2017 roku, zwiększając prawdopodobieństwo takiego wydarzenia z 10 proc. do 33 proc.

Szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w piątek rano będzie rozmawiał przez telefon z premier May, na jej wniosek - poinformował rzecznik KE.

W czerwcowym referendum ws. wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej 51,8 proc. wyborców opowiedziało się za opuszczeniem Wspólnoty.