statystyki

Władzo, pomóż. Paradoks PRL: Rządzący i rządzeni na co dzień żyć bez siebie nie mogli

autor: Andrzej Krajewski04.03.2016, 06:38; Aktualizacja: 04.03.2016, 08:42
\Nowym I sekretarzem wybrano, cieszącego się opinią dobrego gospodarza, Edwarda Gierka.

\Nowym I sekretarzem wybrano, cieszącego się opinią dobrego gospodarza, Edwarda Gierka.źródło: Wikimedia Commons

Wbrew pozorom ludzie rządzący Polską Ludową wcale nie zamierzali wszystkich przywilejów mieć tylko dla siebie. Co jakiś czas lubili zrobić przysługę maluczkim, by ci rozpływali się w wyrazach wdzięczności.

Reklama


Reklama


Z szafy gen. Czesława Kiszczaka wypadły papiery, które mocno skonfundowały nie tylko Lecha Wałęsę. Były szef MSW zachował na pamiątkę, obok teczek osobowych agentów, także rozliczne podziękowania od znanych ludzi, którym zrobił przysługę. Aktorka Beata Tyszkiewicz przysłała liścik z zaproszeniem na obiad wdzięczna za wzięcie jej często okradanego domu pod milicyjną ochronę.

Pisarz Andrzej Szczypiorski, poetka Agnieszka Osiecka i historyk Władysław Bartoszewski, choć wprawdzie sympatyzowali z opozycją, to jednak grzecznie dziękowali za przyznanie im paszportów. A publicysta Daniel Passent obiecywał wdzięczność, gdy tylko generał weźmie się za podwładnych, którzy gustują w mordowaniu księży i opozycjonistów. Nawet prymas Polski kardynał Józef Glemp posłał dziękczynny list, doceniając wkład szefa MSW w „ochronę świątyń i ściganie przestępców kradnących lub niszczących przedmioty sakralne”.

Z tej korespondencji można wnosić, iż Kiszczak był niezwykle uczynnym człowiekiem, gotowym wiele zrobić dla bliźnich. Nie ma też śladu oczekiwania na rewanż. Aż dziw bierze, że ktoś tak dobry potrafił przez lata kierować policją polityczną mającą na koncie liczne zbrodnie. Ale właśnie na tym polegał już niemal zapomniany paradoks PRL: rządzących i rządzonych splatała sieć zależności powodujących, że na co dzień żyć bez siebie nie mogli. Niezależnie, jak mocno się wzajemnie nienawidzili.

Na górze jak za cara

„Józek, zmień pracę, bo cię zamęczą” – mawiał matka na pożegnanie do wicepremiera Józefa Tejchmy. Ilekroć odwiedzał rodzinny dom, natychmiast zjawiali się krewni i znajomi, by prosić o przysługę. Na koniec dnia powstawała cała lista rzeczy do załatwienia. „Anielka (cioteczna siostra – aut.) ma zawsze najwięcej spraw: wsadź syna Możdżenia do jakiejś szkoły, bo nie zdał na akademię w Krakowie. Mama informuje, że był znowu Krówko z Leżajska i błagał, abym pomógł wyjść z więzienia jego synowi. Zdzisiek: chłop kupił w Bieszczadach używany kombajn zbożowy, po utworzeniu nowych województw tamtejsze władze nie puszczają maszyn poza swoje granice. Załatw to. Anielka: w Krakowie wyrzucają z mieszkania Zośkę – załatw” – notował wicepremier.

To, jak funkcjonował Józef Tejchma, który przez moment miał szansę zająć stanowisko I sekretarza KC po Władysławie Gomułce, nie było w Polsce Ludowej czymś szczególnym. Partia komunistyczna pod koniec lat 40. stworzyła nową hierarchię społeczną. Niegdyś szanowane profesje, urzędy i tytuły straciły znaczenie i zostały zastąpione przez nowe. Na samym szczycie znalazła się czerwona arystokracja, czyli członkowie centralnego aparatu partyjnego PZPR. Z czasem zaczęto nazywać ich zupełnie nowym słowem – nomenklatura. Wbrew komunistycznej ideologii, dzięki posiadanej władzy, ludzie ci zapewnili sobie dostęp do najważniejszych przywilejów. Mieli też możliwość dzielenia się nimi z mniej ważnymi Polakami. Tak samoistnie społeczeństwo podzieliło się na kasty.


Pozostało jeszcze 82% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 89,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama

  • Pan Murzyński - Filipiński(2016-03-04 12:27) Odpowiedz 01

    System rządów w PRL wzorem sowieckiego brata był zorganizowany na wzór bizantyjskiego dworu. Jeżeli tytułowi rządzeni mieli by być zwykłymi obywatelami, to jest to nieprawda, bo władza ich istnienia nawet nie dostrzegała, ba nie mogła ich dostrzegać, bo to by ją poniżało. Stwierdzenie "Rząd się sam wyżywi" choć w sposób groteskowy, to jednak trafny oddaje sposób postrzegania rzeczywistości władzy. Jeżeli rządzeni to bywalcy dworu, na których opinii władcom zależało, jak na przykład artyści, dziennikarze, czyli tak zwana elita, to jest to prawda. Niestety w wyniku udanej transformacji po roku 1989 system rządu - dworu bizantyjskiego został skutecznie przeszczepiony wraz z innymi patologiami do III RP. Dlatego nie wypada pisać o takich mechanizmach w czasie przeszłym, to nadal rzeczywistość.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Prawo na co dzień

Galerie

Reklama