Pokazał to niedawno ekonomista z amerykańskiego MIT Matthew Amengual. Jego konikiem są stosunki pracy. Ale nie tyle teoria i formalna treść regulacji, lecz ich stosowanie. Tym tropem Amengual trafił do Argentyny, gdzie przez dłuższy czas prowadził badania terenowe. Czyli rozmawiał z ludźmi: z politykami odpowiedzialnymi za regulacje, ze związkowcami i przedsiębiorcami oraz z samymi pracownikami. Chciał wiedzieć, czy ustawodawstwo chroniące gwarantowane prawem interesy – bezpieczeństwo, czas pracy, terminowość wypłat – działa. I dlaczego w jednych miejscach jest z tym lepiej, a w innych gorzej.

Rafał Woś

Rafał Woś

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Obraz, który zaczął się z tego badania wyłaniać, zaskoczył Amenguala. Przyjechał do Argentyny pełen solidnej wiedzy teoretycznej z pogranicza ekonomii, politologii i socjologii. Jak większość zachodnich badaczy tematu był przekonany, że rynek pracy powinien być poddany regulacji. Ale jednocześnie te wszystkie regulacje muszą być egzekwowane przez państwo wcielające się w rolę bezstronnego arbitra. Traktujące w miarę możliwości w taki sam sposób pracowników oraz pracodawców. To przekonanie wywodzone jeszcze od ojca zachodniej socjologii Maxa Webera i podnoszące biurokrację do roli niezależnego gracza kształtującego społeczny ład w kraju.

Zaskoczenie Amenguala polegało jednak na tym, że ten model w codziennej praktyce takiego średniozamożnego państwa jak Argentyna po prostu nie działa. Badacz uświadomił to sobie, towarzysząc inspektorowi pracy w jego wizytacji prowincji Cordoba. Wspólnie odwiedzili kilka najbardziej centralnie położonych zakładów. Amengual chciał pojechać na prowincję, ale inspektor powiedział, że nie dostał na to środków (Argentyna od ponad dekady boryka się z ciągłym brakiem fiskalnej równowagi). Wtedy doszło jednak do przypadkowego spotkania z jednym z działaczy związkowych z branży metalowej. Ten zaproponował, że on zawiezie obu panów na miejsce. Wypad poskutkował wykryciem paru nieprawidłowości i wlepieniem kilku mandatów.

I wtedy badacza olśniło. Zrozumiał, jak bardzo kontrproduktywny jest model neutralnego regulatora. Bo oczekiwanie, że urzędnicy będą wyposażeni w odpowiednie narzędzia i zasoby do skutecznego wykonywania swojej pracy, może i sprawdza się w kraju takim jak Niemcy czy Dania. Ale nie w Argentynie czy innym średniozamożnym kraju o słabo dofinansowanej administracji. O biedniejszych już nie wspominając. W tych krajach powinno się stosować jakieś by-passy. Które owszem, nie wyglądają zbyt „zachodnio” i pewnie niejeden instytucjonalny purysta by się na nie oburzył. Ale działają. Ot, jak to wykorzystanie przez inspektora zasobów, którymi dysponują organizacje związkowe. Jasne, że w teorii jest to wyjście przez urzędnika z roli „bezstronnego” sędziego. Ale akurat w tym przypadku obie strony mają do zrealizowania wspólny interes. Nie powinniśmy im więc zakazywać grania w jednej drużynie.

Albo inny przykład. W czasie wizyty w prowincji Tucuman okazało się, że najmniejsze zanieczyszczenie przyrody notowane jest w tych zakładach, gdzie pracują dyrektorzy, którzy w swojej karierze mieli epizod pracy dla administracji państwowej. Odbywało się w ramach krótkiego zrywu, gdy władze Argentyny próbowały przyciągnąć fachowców, oferując im krótkie, ale dobrze płatne kontrakty. I znów z punktu widzenia teorii „good governance” sytuacja jest wysoce wątpliwa. Bo toż to przecież nic innego jak po tylekroć wyszydzane „drzwi obrotowe” między biznesem a polityką. W praktyce schemat przyniósł państwu nieoczekiwane korzyści. Krótki epizod w administracji wystarczył, by uwrażliwić menedżerów na ekologiczny i prospołeczny aspekt wykonywanej przez nich działalności.

Swoje spostrzeżenie Matthew Amengual zawarł w książce „Politicized Enforcement in Argentina” (Upolitycznione egzekwowanie prawa w Argentynie). To ciekawa lekcja, że państwo powinno stawać po stronie strukturalnie słabszego. I nie udawać kogoś, kim nie jest i nigdy nie będzie. Pamiętam, że gdy kilka lat temu rozmawiałem z ówczesnym ministrem pracy Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, on definiował rolę państwa jako „bezstronnego mediatora” między pracownikiem a pracodawcą. I to jest właśnie to, przed czym przestrzegają nas Matthew Amengual i jego książka.

Nasz rząd zapowiedział wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy. I słusznie. Tylko że walka o to, żeby z pracą było lepiej, to zadanie trudniejsze, niż się wydaje.