Tyle że brytyjski zakaz zadłużania obowiązuje w „normalnych czasach”, jak dosłownie ujmuje to nowe prawo. Nakłada ono obowiązek osiągnięcia przez Wielką Brytanię nadwyżki budżetowej do 2020 r., pod warunkiem że przez ten cały czas kraju nie uderzy recesja – czyli wzrost niższy niż 1 proc. PKB. Podobny kruczek kryje się w niemieckiej konstytucji. Chociaż budżet powinien być „co do zasady” zbilansowany, to jednak w czasie, gdy warunki gospodarcze odbiegają od „normalnych”, można czasowo obejść to prawo. Dotyczy to też takich sytuacji jak np. katastrofy naturalne. Niemiecka konstytucja wymaga opracowania planu powrotu na zbilansowaną ścieżkę, jednak schemat bliższy jest zasadzie „oszczędzaj w dobrych czasach, wydawaj w złych” niż pryncypialnej „zawsze oszczędzaj, jeśli jesteś rządem”.

W Polsce, tej podobno niegospodarnej i ogólnie rzecz biorąc nieogarniętej, zasady są... ostrzejsze, gdy zbliżamy się do wartości 55 proc. i 60 proc. zadłużenia w stosunku do PKB. Kiedy walniemy w 60 proc., to nie ma już tłumaczeń „przecież powódź, przecież kryzys światowy, przecież Rosja”. Żadnych wyjątków – budżet ma być zbilansowany. I w przeciwieństwie do brytyjskiej ustawy naszej zasady konstytucyjnej nie można po prostu zmienić większością głosów.

Zadłużanie państwa stanowi poważny problem. Polacy, korzystając z własnych doświadczeń, ustalili zasady, które w naszym kraju jakoś się sprawdzają. Na ogół prawica, także ta radykalna, nawołuje, aby odwrócić się od wzorców „przeżartego etatyzmem i tolerancjonizmem” zachodniego modelu. Tym razem odwrotnie, nawołuje, aby kopiować! Zważywszy że polska lewica chce naśladować rozwiązania wzięte ze Skandynawii i Niemiec, mamy w niedzielę wdzięczny wybór między neokolonizatorami z prawicy i neokolonizatorami z lewicy.