statystyki

Wkurzeni.pl: Mentalne barykady hejtu odpowiadają politycznym upodobaniom

autor: Marcin Hadaj17.10.2015, 18:00
ludzie małe zdjęcia

Jakoś tak się dzieje od lat, że nasze myśli w ogólnych kwestiach związanych z fundamentalnym pytaniem „jak żyć” można pozamykać w szufladach z etykietami „prawica” i „lewica”źródło: ShutterStock

Światopoglądowo Polska nie tylko jest pęknięta na pół. To wiemy od lat. Ważniejsze, że obie strony sporu – lewa i prawa – nawzajem obrzucają się najbardziej wymyślnymi epitetami. Wkurzenie narasta. Pytanie, czy wybuchnie.

Immanuel Kant ujął to prosto: niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie. Polacy, choć filozofia jako dziedzina wiedzy jest im raczej obca, akurat tę dewizę opanowali do perfekcji. Nikt im niczego nie nakaże, bo oni wiedzą wszystko najlepiej. A już szczególnie dobrze wiedzą, co mają myśleć w kwestiach obyczajowych. Niestety, zgodnie z zasadą ujętą w smutnym filmie Marka Koterskiego o polskiej duszy „Dzień świra”, gdzie pada słynna kwestia „moja prawda jest najmojsza”. Czyli niekoniecznie przy poszanowaniu innych poglądów.

Jakoś tak się dzieje od lat, że nasze myśli w ogólnych kwestiach związanych z fundamentalnym pytaniem „jak żyć” można pozamykać w szufladach z etykietami „prawica” i „lewica”. Może w tej z napisem centrum też coś by się znalazło, ale stosunkowo najmniej. Chociaż teoretycznie powinna leżeć tu całkiem spora liczba argumentów. Bo przecież wyważone poglądy są najbezpieczniejsze. Nie narażają na konsekwencje, a przynajmniej nie zawsze. Z tymi konkretniejszymi jest trochę inaczej. Szczególnie w Polsce. Od tego, co kto myśli w sprawie formalizacji związków partnerskich, w tym jednopłciowych, w sprawie in vitro, aborcji czy eutanazji, zależy, jak się go traktuje. Albo jak światłego postępowca, albo jak niereformowalnego wstecznika. Przy czym ci pierwsi – zwolennicy tzw. wolnego wyboru w kwestiach obyczajowych – gardzą drugimi, a ci drudzy czasem do przesady konserwatywni i opierający się jedynie na opinii np. Kościoła mieszają z błotem tych drugich. Na całym świecie większość ludzi ma w tych kluczowych sprawach światopoglądowych swoje zdanie, ale tylko w Polsce sami na własne życzenie doprowadziliśmy do budowy mentalnych barykad, za którymi kryją się wyznawcy hołdujący radykalnie odmiennym punktom widzenia. Po obu stronach narasta złość, bywa także, że nienawiść, w stosunku do inaczej myślących. Zmiany społeczne, które w różnym tempie dzieją się w Polsce od 1989 r., stały się jednym z ważniejszych zarzewi konfliktu.

Walka na epitety

Na jakiekolwiek badanie spojrzeć, wszędzie znajdziemy czytelne podziały. Wszystkie ważne sprawy z zakresu obyczajowości dzielą nas jeśli nie równo na pół, to na dwa duże obozy. Przykład pierwszy: aborcja. Od 1993 r. w Polsce obowiązuje prawo pozwalające na przerywanie ciąży jedynie w przypadku, gdy zagraża życiu lub zdrowiu matki, gdy płód jest ciężko i nieodwracalnie upośledzony lub gdy ciąża powstała w wyniku gwałtu. Jak oceniał CBOS w ankiecie „Opinie na temat dopuszczalności aborcji” z 2010 r., co drugi dorosły Polak (50 proc.) sprzeciwia się prawu do usuwania płodu, za całkowitym zakazem jest jednak tylko co siódmy respondent (14 proc.), a ponad jedna trzecia ankietowanych (36 proc.) twierdzi, że powinny być od niego wyjątki. Jednocześnie prawie połowa badanych (45 proc.) uważa, że aborcję trzeba dopuścić. W tej grupie 7 proc. pytanych deklaruje swoje poparcie dla przerywania ciąży bez żadnych ograniczeń, a 38 proc. opowiada się za pewnymi ograniczeniami. Napięcia między zwolennikami ruchów pro life i indywidualnego prawa wyboru trwają od lat i są niezwykle gorące. Ci pierwsi często szokują publicznie wystawami z dużymi ilustracjami zdeformowanych płodów poddanych aborcyjnej interwencji, ci drudzy przekonują, że „ich brzuch, ich decyzja”. Wniosek: Polacy dzielą się niemal na pół – nieco większą grupę stanowią ci, którzy pod żadnym pozorem nie dopuszczają aborcji, minimalnie mniejszą ci, którzy jednak znajdują wyjątki. Efekt: w praktyce brak porozumienia i liczne demonstracje przed Sejmem zawsze, gdy poddaje się dyskusji pomysł liberalizacji lub radykalizacji obowiązującego konsensusu aborcyjnego. W kadencji Sejmu, która właśnie minęła, również mieliśmy do czynienia z tego typu zderzeniem argumentów. Jak i ze zderzeniem epitetów rzucanych z obydwu stron.

Przykład drugi: eutanazja. Zdaniem blisko połowy Polaków (48 proc.) lekarze powinni spełniać wolę cierpiących i nieuleczalnie chorych, którzy domagają się podania im środków kończących życie. Przeciwną opinię wyraża niespełna dwie piąte badanych (39 proc.). Od 1988 r., kiedy po raz pierwszy zapytano Polaków o opinie dotyczące eutanazji, za dopuszczeniem możliwości wyboru przez pacjenta tego, czy chce żyć, czy nie, był jedynie co trzeci z nas (30 proc.). Z roku na rok liczba zwolenników śmierci na życzenie rosła: w 1999 r. było ich 40 proc., w 2001 r. 49 proc. (najwyższy notowany dotąd wskaźnik), a w 2009 r. (ostatnie badanie w tej sprawie) 48 proc. Jednocześnie spadała liczba radykalnych przeciwników: z 47 proc. w 1988 r. do 39 proc. w 2009 r. (CBOS „Opinia społeczna o eutanazji” 2009 r.). Nie zmienia to faktu, że to kolejna kwestia dzieląca radykalnie polskie społeczeństwo i powodująca wiele napięć.


Pozostało jeszcze 73% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (1)

  • ppk(2015-10-17 19:16) Zgłoś naruszenie 11

    Kaczyński jest w stanie doprowadzić nawet do wojny domowej podjudzając do przemocy i ograniczając radykalnie wolność i demokrację, ludzie mają dosyć komuny i jeszcze ją pamiętają, nie pozwolą na jej powrót.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie