Na rynku pracy znajomość języków obcych może decydować o zawodowym być albo nie być. Ale Ameryka w języki nie inwestuje i poczytuje to sobie za powód do dumy
Stan językowych umiejętności mieszkańców USA najlepiej opisuje dowcip. Jak nazywa się osoba, która włada kilkoma językami obcymi? Poliglota. A władająca jednym? Amerykanin. Gdy już ustanie śmiech, obywatele Stanów Zjednoczonych sami wyjaśnią, skąd bierze się taki stan rzeczy. Po pierwsze – angielski jest nowym lingua franca, zawracanie sobie głowy innymi językami nie ma więc dla nich sensu, a jest stratą czasu. Po drugie – jak właściwie mieliby się drugiego języka nauczyć, skoro dostęp do kursów w szkołach jest ograniczony, a ich poziom pozostawia wiele do życzenia.
W Europie obowiązkowa nauka drugiego języka, przeważnie angielskiego, często zaczyna się w zerówce, a prawie połowa państw nieco później wprowadza naukę trzeciego. W USA tylko 10 z 50 stanów w ogóle wymaga zaliczenia kursu z języka obcego przed ukończeniem powszechnej edukacji. Do tego nauka języków rozpoczyna się późno, dopiero w gimnazjum lub liceum, zaś do zaliczenia przedmiotu wystarczy nawet jeden semestr nauki. Szkoły często też rezygnują z kursów językowych, bo brakuje wykwalifikowanej kadry – na jej niedobory skarży się aż trzecia część placówek.
Jezus mówił po angielsku
Młodzi Amerykanie, gdy jest taka możliwość, nawet zapisują się na lekcje języków, ale coraz mniej z nich osiąga biegłość. – W ubiegłym roku licealiści, którzy przystąpili do egzaminów AP (Advanced Placement) z języka obcego, stanowili 1 proc. wszystkich zdających. W porównaniu z resztą świata to żenujący wynik – mówi mi Rosemary G. Feal, dyrektor ośrodka sondażowego Modern Languages Association, który prowadzi statystyki uczestnictwa amerykańskich uczniów w zajęciach z języków obcych.
Europa i reszta świata mają oczywiście na temat utrzymującej się w USA żelaznej odporności na języki obce własne zdanie. Pierwsze, co przychodzi na myśl, to ignorancja, zadufanie w sobie oraz egocentryzm (nazywany tu patriotyzmem), w myśl którego Stany są pępkiem świata i to świat powinien tańczyć tak, jak mu Waszyngton zagra. Utwierdzić się w tym osądzie tym łatwiej, że w wielu zakątkach USA, zwłaszcza na prowincji, sami Amerykanie z dumą powtarzają powiedzonko Miriam Ferguson, gubernator Teksasu sprzed II wojny światowej: „If English was good enough for Jesus Christ, so it ought to be good enough for the children of Texas” (Skoro angielski wystarczył Chrystusowi, to i dzieciom z Teksasu powinien wystarczyć).
Stan edukacji językowej w USA to wypadkowa wielu czynników i zjawisk obecnych w tamtejszej kulturze od stuleci. Przede wszystkim od początku istnienia państwa angielski uważany jest za podstawowe narzędzie jednoczenia narodu imigrantów, których prócz adresu na nowej ziemi nie łączyło nic. Posługiwanie się angielskim było – i pozostaje do dzisiaj – symbolem asymilacji i przyjęcia tradycji, obyczajów, wartości.
Jednak pierwsze sto lat historii Ameryki było okresem tolerancji dla obcej mowy. Języki państw, z których przypływało do USA najwięcej emigrantów – niemiecki, włoski oraz skandynawskie – nauczane były w szkołach za przyzwoleniem władz i aprobatą rodziców. Punkt zwrotny nastąpił z chwilą przystąpienia Stanów do I wojny światowej. Niemiecki był w tym czasie drugim po angielskim najczęściej używanym językiem w Ameryce. Wydany przez Waszyngton zakaz posługiwania się nim w miejscach publicznych miał wymowę symboliczną, lecz i praktyczną. Bo kto używał mowy Bismarcka, mógł być – ostrzegała propaganda – szpiegiem. To wtedy społeczeństwo zrobiło się podejrzliwe wobec każdego, kto nie posługiwał się angielskim, a stąd był tylko krok do niechęci do nauki języków obcych, której długi cień kładzie się na postawy Amerykanów do dziś. Osoba używająca w ich obecności obcego języka wcześniej czy później doczeka się uwagi, by przeszła na angielski. Tylko tak będą mogli mieć pewność, że nikogo nie obgaduje lub co gorsza – nie knuje na szkodę państwa. Edukacja językowa na chwilę odzyskała publiczną łaskę w czasie zimnej wojny. Rząd przeznaczył na nią większy budżet, bo potrzebował specjalistów do działań szpiegowskich. Niestety, już w latach 80. i 90. niechęć odżyła z nową mocą w odpowiedzi na kolejne fale imigracji z Ameryki Łacińskiej i Azji. Narodził się m.in. ruch English Only o silnym zabarwieniu patriotycznym i narodowym.
Sytuację pogarsza to, że edukacja w Ameryce wciąż zachowuje charakter lokalny i włączenie do programu nauczania w danym okręgu szkolnym języków obcych leży w gestii miejscowych władz. Dodatkowo języki obce w szkołach zniszczyła reforma edukacyjna prezydenta George’a W. Busha „No Child Left Behind” z 2001 r. Szkoły – przerażone wizją kar grożących za złe wyniki w testach i przy jednoczesnych kłopotach budżetowych (bo kadencja Busha juniora to cięcia wydatków w sektorze publicznym) – powszechnie rezygnowały z nauczania języków obcych i innych „słabo przydatnych” przedmiotów, jak wychowanie fizyczne czy plastyka, by koncentrować się na przedmiotach objętych egzaminami.
Rewolucja mormonów
Zastanawiając się nad wyjątkową awersją Amerykanów do języków, dziennik „Washington Post” postawił tezę, że winni są temu nazbyt pragmatyczni i ambitni rodzice. Nauka języka to ciężka i systematyczna praca, która wymaga nakładu czasu. A czas to rzecz deficytowa w świecie współczesnego amerykańskiego dziecka, które w podaniu na studia musi pochwalić się długą listą osiągnięć oraz umiejętności zdobytych na zajęciach pozaszkolnych. Dodatkowo niska ocena z nieżyciowego przedmiotu (czyli języka) to obniżenie średniej, a to może zniweczyć szanse przyjęcia na lepszą uczelnię. Więc nawet jeśli młodzież miałaby ochotę podjąć językowe wyzwanie, przewidujący rodzice szybko wybiją jej to z głowy.
Amerykanie celują w twórczych odpowiedziach na najprostsze pytania i nie byliby sobą, gdyby przyznali, że ich awersja do języków obcych to wynik złej polityki czy zbyt wąskich horyzontów myślowych. Marty Abbott, prezes centrum edukacyjno-badawczego American Council on the Teaching of Foreign Languages, wyjaśnia, że to historia wypaczyła pogląd Amerykanów na języki obce. – Pamiętajmy, że ludzie dwujęzyczni od zawsze kojarzyli się nam z napływową i niewykształconą biedotą, dla której to angielski był przepustką do lepszego życia. Z powodu geograficznego odizolowania nigdy też tak naprawdę nie czuliśmy potrzeby inwestowania w języki obce. Ich nauka nie była postrzegana jako rzecz dla wybranych. Było to bardziej ćwiczenie akademickie niż coś przydatnego – wyjaśnia.
Organizacja Abbott, podobnie jak rosnąca rzesza ekspertów, w tym ekonomistów, od lat stara się przekonać Amerykę, że pora zmienić poglądy. – Na naszych oczach rodzą się nowe potęgi gospodarcze. Nieznajomość języków będzie się nam coraz bardziej odbijać czkawką. Może się okazać, że za kilkanaście lat, gdy świat jeszcze bardziej się zmniejszy, a Ameryka i dolar przestaną być jedyną liczącą się siłą, obudzimy się w świecie, który nas wyprzedził – mówi Abbott.
I pojawiła się jaskółka zmian, choć w typowo amerykański sposób. Czyli nie tam, gdzie byśmy jej oczekiwali – w Utah. Kolebka mormonizmu, stan zamieszkiwany w większości przez białych, na dodatek skąpców, bo wydający na szkolnictwo publiczne najmniej w całym kraju. Ponieważ jednak tradycja religijna wymaga od mężczyzn, by przez jakiś czas poświęcili się pracy misyjnej, najlepiej za granicą, mormoni pozostają w USA grupą najbardziej biegłą w językach obcych – i najmniej do nich uprzedzoną.
I to tłumaczy, dlaczego to oni pierwsi postanowili powiązać swoją ekonomiczną prosperity z biegłością w językach obcych. Cztery lata temu gubernator Utah wyłożył pieniądze na program edukacji dwujęzycznej w podstawówkach. Biorący w nim udział uczniowie przez połowę czasu szkolnego przyswajają wiedzę wyłącznie w języku obcym. Co ciekawe, najczęściej wybierany jest chiński, a nie hiszpański, choć w ofercie znajdują się także inne języki europejskie oraz arabski.
Władze stanu zakładają, że kompetentne, lokalne językowe zaplecze przyciągnie zagraniczne inwestycje, zwłaszcza z coraz bogatszej i zainteresowanej rynkiem amerykańskim Azji. Gdy publiczne radio NPR wyemitowało reportaż o tym eksperymencie, podkreślając zwłaszcza fenomenalne wyniki uzyskiwane przez uczniów z Utah w testach (i to pomimo że egzaminy z przedmiotów, których dzieci uczą się po chińsku czy niemiecku, przeprowadzano po angielsku), amerykańscy rodzice złapali się za głowy. Świat od dawna wie, że nauka języków obcych zwiększa u dzieci potencjał intelektualny, lecz Ameryka, po swojemu, musiała się o tym przekonać na własnej skórze.
Czy nauka języków obcych to remedium na żałośnie niskie wyniki amerykańskich uczniów w międzynarodowych testach? Jak kraj długi i szeroki rodzice nalegają teraz na władze szkolne, by powielić eksperyment z Utah. Marty Abbott udało się namówić Kongres na sfinansowanie oficjalnych badań nad dwujęzycznością. – Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to w przyszłym roku wystartujemy z ogólnonarodową kampanią na rzecz podniesienia w narodzie świadomości o korzyściach płynących z nauki języków obcych. Dowcip o Amerykaninie może w końcu przestanie być aktualny – mówi.
Językiem obcym w alzheimera
Kto wie, czy największą zachętą do inwestycji w języki obce nie będą jednak dla zakochanych w młodości i zdrowiu Amerykanów wyniki badań światowego autorytetu w zakresie dwujęzyczności, dr Ellen Bialystok z kanadyjskiego Uniwersytetu York w Toronto.
Dziesięć lat temu wykazała, że u ludzi dwujęzycznych sprawniej pracuje ośrodek mózgu zawiadujący funkcjami wykonawczymi. Oznacza to, że potrafią szybciej podejmować decyzje. Niedawno dr Bialystok ogłosiła, że dwujęzyczność chroni mózg przed demencją. – U ludzi znających język obcy pierwsze objawy choroby Alzheimera pojawiają się średnio o 4,5 roku później niż u ludzi nieznających go.
Wątpliwości, że tak naprawdę się dzieje, że w grę nie wchodzą np. czynniki imigracyjne, a więc większa determinacja, by sobie w życiu w obcym kraju poradzić, więcej się uczyć, rozwiały badania powielające, które przeprowadzono w Indiach. Nikt z tam badanych nie był imigrantem, część była nawet analfabetami. Wyniki okazały się jednak dokładnie takie same, magiczne 4,5 roku więcej życia w dobrym zdrowiu – mówi mi dr Bialystok. I konkluduje: – Możemy śmiało wyjść z tezą, że u poligloty istnieją rezerwy, z których jego starzejący się mózg czerpie we wczesnym stadium demencji.
Niedawno Newt Gingrich, lider republikanów, którzy nieustannie oprotestowują reformę zdrowia prezydenta Obamy i szukają własnych pomysłów na ograniczenie kosztów opieki zdrowotnej, zaproponował, by Ameryka podwoiła budżet na badania związane z prewencją demencji. Bo wydatki na jej leczenie pochłaniają lwią część budżetu państwowej ubezpieczalni dla emerytów. – Mam nadzieję, że Gingrich podliczy, ile kraj mógłby zaoszczędzić na leczeniu alzheimera, gdyby choroba rozpoczynała się u każdego pacjenta o cztery lata później. I że wszyscy sceptycy przyjmą w końcu do wiadomości, że kompetencje językowe to nie tylko umiejętności, to także przepis na zdrowie – konkluduje dr Bialystok. ©?