statystyki

Rodzice pierdół: Daliśmy się ogłupić modom

autor: Rafał Drzewiecki19.09.2015, 08:45; Aktualizacja: 19.09.2015, 10:23
rodzice, rodzina, nadopiekuńczość, pierdoły

Trudno dzieciom przypisywać winę za tytułową pierdołowatość. To, jak zachowuje się człowiek, uwarunkowane jest przecież ogromną liczbą różnych czynników. źródło: ShutterStock

W pogoni za byciem perfekcyjnym rodzicem tracimy z pola widzenia to, co najważniejsze. I zamiast autentycznie słuchać swojego dziecka, studiujemy internetową krynicę wychowawczych mądrości.

Reklama


Reklama


Dr hab. Joanna M. Moczydłowska

Dr hab. Joanna M. Moczydłowska

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Oj, z pani to strasznie niemądra baba z podrzędnej uczelni, która głosi pseudoteorie, że jak syna wychowuje tylko matka, to wyrośnie na pierdołę albo gorzej, na homoseksualistę.

A pan jest idiotą, który bije kablem swoje dzieci i czyha na ich życie, zakazując im zakładać kask, jak jeżdżą rowerem. I jeszcze każe im skakać na główkę do rzeki.

Lektura takich komentarzy do mojego tekstu „Dzieci pierdoły”, w którym cytuję pani wypowiedzi, skłania mnie do refleksji, że umiejętność czytania ze zrozumieniem powoli zanika. A już dostrzeganie przenośni, ironii czy hiperboli to dar, który mają nieliczni. W efekcie zaczęła się dyskusja o zupełnie innym tekście.

To nic odkrywczego, nastały czasy, gdzie nie liczy się to, co autor napisał, tylko to, co o tym sądzą komentujący. Ale przesadza pan, zdecydowana większość tekst zrozumiała i w komentarzach pana poparła. Szczególnie wzruszyła mnie ciepła rozmowa Jana Wróbla i Romana Kurkiewicza w TVN-owskim programie „Dwie prawdy”, gdzie obaj z sentymentem wspominali stare czasy, w których 10-latek bawił się po lekcjach scyzorykiem i nikt nie wzywał z tego powodu brygady antyterrorystycznej. Na koniec stwierdzili, że akurat w tej sprawie nie udało im się pokłócić.

Bo tu nie ma się o co kłócić, tylko jak najszybciej trzeba się poważnie zastanowić, czy wychowując własne dzieci, trzymamy je pod kloszem i przybliżamy im nieba na każde ich zawołanie. Bo jeśli tak, to możemy je skrzywdzić.

Oczywiście. Trudno dzieciom przypisywać winę za tytułową pierdołowatość. To, jak zachowuje się człowiek, uwarunkowane jest przecież ogromną liczbą różnych czynników. Ważne jest wyposażenie biologiczne, w tym genetyka, ważne jest środowisko społeczne, kulturowe, bytowe warunki życia, stan zdrowia i jeszcze wiele innych elementów. Co gorsza, nie potrafimy jednoznacznie wskazać, które z nich są najważniejsze. Co kształtuje osobowość człowieka? Jaki wpływ ma genetyka, a jaki wychowanie? Dyskusja na te tematy trwa od stuleci i jej końca nie widać. Jednak większość pedagogów i psychologów wydaje się zgodna, że to rodzice, a mówiąc precyzyjniej opiekunowie, mają ogromny wpływ na sposób funkcjonowania dzieci. Ich nadopiekuńczość i inne formy nadgorliwości możemy śmiało zaliczyć do wychowawczych grzechów głównych.

Tylko skąd w nas ta nadgorliwość, to powszechne przekonanie, że musimy dzisiaj bardziej chronić nasze dzieci? Czy rzeczywiście świat stał się bardziej niebezpieczny? Pomijając zagrożenia kryzysami czy wojnami, uważam, że codzienne życie jest teraz wręcz bardziej bezpieczne.

Ja zawsze powtarzam swoim studentom, że każda odpowiedź na dowolne pytanie powinna się zaczynać od słów: to zależy. I nie chodzi tu o jakiś relatywizm etyczny czy wychowawczy, ale o złożoność świata, w którym żyjemy. Bezpieczniej gdzie: w Warszawie czy na Podlasiu? I bezpieczniej w jakim sensie? O poziomie bezpieczeństwa świadczą nie tyle kryminalne statystyki, ile – powiem coś banalnego – jego odczuwanie w społeczeństwie. A to jest codziennie bombardowane strasznymi informacjami z mediów. Bo media, i tu znów banał, żyją głównie z sensacji. I gdy rano pan wstaje, włącza telewizor czy radio, słyszy, że ktoś siekierą śmiertelnie zranił niewinne, przypadkowe dziecko...

...to jak wyjdę do pracy, będę patrzyć podejrzliwie na przechodniów, czy któryś nie ukrywa maczety za pazuchą.

A postęp technologiczny jeszcze takie wrażenie nieustannego zagrożenia pogłębia. Media straciły już monopol na straszenie, teraz każdy ma smartfona z kamerą i nagle miliony osób w serwisach społecznościowych praktycznie na bieżąco relacjonują agresję. Nie ma dnia, żeby w sieci nie pojawił się amatorski filmik ukazujący patologię – a to jakieś dziewczyny biją i kopią swoje rówieśniczki w autobusie, a to pirat autem rozgania cyklistów jadących ścieżką dla rowerów. W efekcie społeczne poczucie zagrożenia jest ciągle wzmacniane. To nieuniknione, bo tak działa nasza psychika.

Zgoda, mogę zrozumieć obawę przed nocnym powrotem córki z dyskoteki, ale jak zobaczyłem ofertę kasków dla dzieci uczących się chodzić, w dodatku z zastrzeżeniem, że tylko do użytku wewnątrz pomieszczeń, to dostałem ataku śmiechu.

Proszę się tak nie śmiać, bo za chwilę pojawią się kaski do użytku zewnętrznego.

A potem kaski letnie i zimowe.

Gorzej, jak się latem dostanie tylko zimowy, wtedy maluch będzie musiał poczekać z nauką chodzenia pół roku. Tyle że rodzic będzie miał ciężko – tyle miesięcy nosić dziecko na rękach.

No sama pani widzi, że nawet jeśli uwzględnimy wzrost poczucia zagrożenia, zdrowy rozsądek nam się gdzieś zapodział.

Bo strach przed fizycznym niebezpieczeństwem to tylko jeden z powodów zbytniej troski o własne dzieci. Drugim ważnym czynnikiem, a nie wiem, czy nie ważniejszym, jest imperatyw perfekcji – bycia zawsze najlepszym rodzicem, panią domu rodem z telewizyjnego show. Jest on tak silny, że można wręcz mówić o presji kulturowej.

I włącza się hiperopiekuńczość. Po pierwsze, by zredukować swój strach do minimum, ale najważniejsze – by sprostać oczekiwaniom otoczenia, by awansować w oczach innych i własnych na rodzica idealnego.

Lecz niestety nie ma jednego wzoru na wychowanie, zero-jedynkowych odpowiedzi na problemy. Rodzicielstwo to skrajnie trudny temat, uwarunkowany wieloma czynnikami. Nie można go sprowadzić do prostego wzoru, że A plus B równa się C. Tymczasem obok presji kulturowej pojawiła się prawna. Kiedyś jak się zostawiło np. 10-letnie dziecko samo w domu na kwadrans, bo trzeba było wyjść do sklepu, nie było problemu. Dzisiaj, np. w Anglii, takie pozostawienie malucha spotka się z natychmiastową reakcją sąsiadów, którzy wezwą policję. O takich rzeczach nie powinny jednak decydować prawo czy kulturowe zwyczaje, tylko przede wszystkim zdrowy rozsądek rodzica. Bo dziecku trzeba adekwatnie do jego wieku poszerzać granice wolności, umożliwiać podejmowanie przez nie coraz poważniejszych samodzielnych decyzji, a nie postępować według jakiegoś prawnego schematu. To jest najważniejsze w przygotowaniu młodego człowieka do wyzwań dorosłości. I będę to powtarzać w nieskończoność.

Wydawało mi się, że tak właśnie jest, że każdy rodzic jest dziś przekonany o tym, że to on najlepiej wychowuje, a reszta się nie zna.

Otóż nie. Znaczna część rodziców nie ufa swojej intuicji, doświadczeniu i szuka odpowiedzi na wszelkie problemy w internecie, kolorowej prasie, telewizji czy poradnikach. Zamiast wczuć się w prawdziwe potrzeby swojego dziecka, odgrywa role opiekunów, które są akurat modne. Stąd biorą się np. klienci na wspomniane kaski do nauki chodzenia, bo taki zakup po pierwsze zaspokaja potrzebę zapewnienia dziecku bezpieczeństwa, a po drugie sprawia, że czujemy się perfekcyjnie przygotowani do rozpoczęcia takiej nauki.

Tracąc z pola widzenia to, że ograniczamy sobie w ten sposób możliwości podejmowania niezależnych decyzji i wpychamy dziecko w sztywne ramy takich czy innych zachowań, pozbawiając je samodzielności.

Co więcej, jeśli nie kupimy tego kasku, najlepiej najdroższego, zostaniemy przez otoczenie wpędzeni w poczucie winy. No jak to? Jedziesz z synem na rowerach i nie dałeś mu kasku? Ryzykujesz jego zdrowiem, jesteś nierozsądny, nie jesteś perfekcyjny. Jesteś winny! Daliśmy się ogłupić różnym pseudozasadom, modom, zapominając o najważniejszym: o słuchaniu własnego dziecka, poznaniu go i podejmowaniu decyzji, które będą dla niego najlepsze, a nie zgodne z tą czy inną modną normą. Bo życia nie da się sprowadzić do rozwiązywania testu, gdzie jest kilka gotowych odpowiedzi i wystarczy zakreślić jedną z nich.

Tak jak nie da się zapewnić bezpieczeństwa młodemu narciarzowi, wprowadzając prawny nakaz zakładania kasków. Wiem, przyczepiłem się do tych garnków na głowach, ale to doskonały przykład absurdalnego kierunku, w którym zmierza ingerencja państwa w wolności obywatelskie. Żaden kask ani ochraniacz na plecy czy łokcie nic nie dadzą, jeśli młody człowiek nie nauczy się odpowiedzialności, rozsądku, nie zrozumie, że każda jego decyzja ma określone konsekwencje. Tylko trzeba mu dać szansę, żeby nabrał takich doświadczeń.

To temat rzeka: w jakim stopniu państwo może ingerować w wychowywanie dzieci. I znów powiem, że to zależy. Jedni uważają, że swobód jest za dużo, inni – że za mało. A prawda leży pośrodku. Pamiętajmy, że ludzkość od czasów Arystotelesa poszukuje złotego środka. Choć zgadzam się, że już od najmłodszych lat, oczywiście – jak już mówiłam – adekwatnie do wieku, trzeba pozwalać dzieciom na podejmowanie własnych decyzji. Nawet jeśli będą one błędne. Tak się zdobywa doświadczenie, które jest znacznie cenniejsze niż jakiekolwiek prawo.

Niestety, większość woli kupić drogi gadżet, by ogrzać się w blasku nowoczesności i postępu, zamiast spojrzeć na dzieciaka i pomyśleć.

Trudno powiedzieć, czy większość, lecz z pewnością jakaś część ludzkości przestała po prostu samodzielnie myśleć. Kiedyś młoda mama spotykała się z garstką innych mam podczas spaceru w parku. Wymieniały się doświadczeniami, radziły sobie, jak postępować w razie problemów. Poważniejsze kłopoty wymagały podjęcia przemyślanych działań, np. wizyty u lekarza specjalisty. Dzisiaj informacja stała się – jak nigdy dotąd w historii – łatwo dostępna. Wystarczy kilka klików, by znaleźć odpowiedź na dowolne pytanie. Nadmiar możliwości sprawia jednak, że szukamy odpowiedzi najprostszych i najłatwiejszych do zrozumienia. Proszę zwrócić uwagę, jak popularne stały się internetowe fora, gdzie tysiące dyskutują np. o tym, jak postępować, gdy dziecko ma czkawkę. Służą gotowymi radami, a to, że wiarygodność takich wypowiedzi jest żadna, to już nieważne. Najważniejsze, że jest jasna odpowiedź. Niestety, mózg to mięsień i potrzebuje ćwiczeń, by sprawnie działać. Nieużywany, niezmuszany do wysiłku znacznie traci swoje zdolności.

Rozumiem, że młodzi rodzice, ci, którzy nie chodzili po drzewach bez alpinistycznej asekuracji, są uzależnieni od internetowej, powierzchownej wiedzy. Że wychowują nie tak, jak czują, tylko według zasad poznanych w telewizyjnych show. Że hodują pierdoły, bo nie wiedzą nawet, że można inaczej. Ale takie same pierdoły wychodzą także spod skrzydeł naszych, czyli starszych rodziców, pamiętających jagody jedzone prosto z krzaka, jazdę rowerem z rozwianym włosem i solówki na dużej przerwie między lekcjami. Byliśmy wychowywani niepierdołowato, ale teraz sami robimy krzywdę swoim dzieciom. Dlaczego?

Jak zwykle powiem: to zależy. W wielu przypadkach z pewnością ze specyficznego wygodnictwa. Żeby pozbyć się lęku. Gdy nasza pociecha ma iść do znajomych na imprezę, a potem późno wrócić do domu, nie pozwalamy na to, by mieć komfort niedenerwowania się. Mądrość wskazałaby na próbę opanowania strachu i wyrażenie zgody, wygoda woli jednak rozwiązanie mniej stresujące. To takie pójście po linii najmniejszego oporu. Choć mamy inne doświadczenia z dzieciństwa, teraźniejszość nas przytłacza. Ciężka praca, moc obowiązków, kredyty na głowie, to wszystko sprawia, że nie mamy już ani chęci, ani czasu na trudne analizy, podejmowanie skomplikowanych rozważań i stawianie naszemu dziecku coraz to poważniejszych wymagań. Wybieramy drogę na skróty, sięgając po gotowe rozwiązania z internetu czy telewizji, bo może to i stoi w sprzeczności z naszymi doświadczeniami, ale za to ogranicza możliwe negatywne skutki podjętych decyzji. Zyskujemy pozorny spokój.

No to trochę racji mają ci, którzy szydzą: nazywacie dzisiejsze dzieci pierdołami, ale to wy je wychowaliście, piewcy PRL-u. I kto tu jest pierdołą?

Każdy, kto nie słucha swojego dziecka. Kto autentyczny kontakt z własnym dzieckiem zastępuje kontaktem z kolejną internetową „krynicą wychowawczych mądrości”. Z badań wynika, że paradoksalnie mimo pogoni za byciem perfekcyjnym rodzicem często tracimy z pola widzenia to, co najważniejsze. Niedawno przeprowadziliśmy wśród rodziców gimnazjalistów test. Na wywiadówce rozdaliśmy im ankiety, w których były pytania: czy wiesz, kto jest szkolnym przyjacielem twojego dziecka; czy wiesz, z kim siedzi w jednej ławce; jakiego przedmiotu nie lubi; z kim wraca ze szkoły. Rodzice z przerażeniem odkrywali, że nie mają pojęcia o życiu najbliższej im osoby. Że najczęściej, chcąc odpowiedzieć szczerze, musieli zakreślić odpowiedź: nie wiem. Jak mądrze wychowywać, tak mało wiedząc o swoich dzieciach? Chcę to mocno podkreślić: nic nie zastąpi zwykłej rozmowy, pielęgnowania codziennych rodzinnych rytuałów, wspólnego fajnie spędzanego czasu, kiedy możemy poznawać nasze dzieci i lepiej rozumieć ich potrzeby, ich zachowania. Ale, co ważne, w ten sposób możemy też lepiej poznać siebie w trudnej roli bycia rodzicem. By – cytując pana określenie – nie być rodzicem pierdołowatym, bo zestresowanym, znerwicowanym, pogubionym w tym, jakie właściwie wartości chce zaszczepić własnemu dziecku.

Czyli zdrowy rozsądek przede wszystkim.

Tak. I tu już nie powiem: to zależy... 

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Reklama

  • MariuszG(2015-09-21 12:15) Odpowiedz 12

    Bzdura. Teraz JEST niebezpieczniej. I tylko uwrażliwienie dorosłych na bezpieczeństwo zapobiega lawinowemu wzrostowi wypadków. Przede wszystkim ruch drogowy nieporównywalny z wcześniejszym (teraz dziecka samego nie puszczę na rower na cały dzień) ale też agresja wśród młodzieży - nie chodzi o poziom, bo on generalnie pozostał podobny ale o brutalizację zachowań. Skala ich się rozjeżdża - od "pierdół" aż po "kilerów". To typowe zjawisko dla obecnego porządku społecznego, też z nasilającym się rozwarstwieniem. Pani Doktor proponuję natomiast lekturę książki Dave'a Grossman'a "O zabijaniu". To raczej nie jest nasze polskie przejaskrawienie sytuacji...

  • Jakiś Taki Chyba Nienormalny, co?! :D(2015-09-24 14:16) Odpowiedz 11

    Cytuję!

    Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka - właściwie
    na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominany z nostalgią nasze szalone lata 80.:

    Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach.
    Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).

    Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali,
    że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.

    Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.

    Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem
    nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa
    za raczenie dzieci spirytusem.

    Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.

    Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo,
    jak zwykle.

    Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.

    Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.

    Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły
    o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.

    Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu
    do psychologa rodzinnego.

    Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję, żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.

    Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.

    W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.

    Pies łaził z nami bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.

    Raz uwiązaliśmy psa na "sznurku od presy" i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo
    z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu,
    na zawsze.

    Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.

    Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub "tam" nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.

    Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.

    Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.

    Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.

    Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły,
    on chodził pięć kilometrów.

    Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.

    Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.

    Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.

    Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.

    Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.

    Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził. Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.

    Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.

    Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie bez beczenia i wycierania ust rękawem.
    Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.

    Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
    Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.

    Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.

    Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
    My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.

    A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!

    MY Z PATOLOGICZNYCH RODZIN --- www.frs.pl/docs/my_z_patologicznych_rodzin.doc

  • beton(2015-09-19 11:21) Odpowiedz 10

    Akurat KASK na głowie podczas jazdy na rowerze, nartach, łyżwach, rolkach itp... to PODSTAWA. Bo który rodzic, chciałby mieć dziecko "warzywo" podłączone do respiratora? Oczywiście czasem się go zapomni i wtedy dziecku daje się do zrozumienia, że ma uważać - jechać ostrożniej i wolniej. Kaska do nauki chodzenia w domu to głupota, chyba, że się ma na posadzce beton!

  • elekt.(2015-09-20 10:11) Odpowiedz 00

    Obserwator. Pocałuj Swego idola w kaczy kuper.Ględzisz nie na temat.

  • obserwator(2015-09-19 09:52) Odpowiedz 00

    teraz będą szkalować jaki to Kaczyński niedobry, a Kopacz dobra, niech przeprowadzą sondaż to się przekonają, że to co powiedział Kaczyński popiera zdecydowana większość Polaków

  • zenek(2015-09-19 10:01) Odpowiedz 00

    Proszę nie używać teraz że- daliśmy się- bo ilość negatywnych komentarzy o pseudo reformie była ogromna

  • nunulek(2015-09-19 11:05) Odpowiedz 00

    Komu dzisiaj , lato kojarzy się z poobijanymi kolanami ?

  • Aśka(2015-09-21 09:40) Odpowiedz 00

    Dzisiaj te wszystkie porady można sobie wsadzić w buty.Jeśli jest tak bezpiecznie jak piszą rozmówcy, to dlaczego dzieci nie chodzą same do szkoły,tylko rodzice muszą je zaprowadzać i przyprowadzać?Nie mam na myśli nastolatków,tylko dziecko chociażby w pierwszej czy drugiej klasie podstawówki.Albo jak się coś stanie dziecku w domu to zaraz wzywa się prokuratora,bada stan trzeźwości...to nie chodzi o to,że rodzice wychowują pierdoły,tylko o to że Państwo ingeruje w wychowywanie i z byle powodu zabiera dziecko rodzicom.Dawniej jak była biedna rodzina to dzieci dostawały bezpłatny posiłek w szkole i zapomogę z opieki społecznej,mimo że była to wina rodziców,pracy było pod dostatkiem.Teraz jest bezrobocie i czasem rodzic nie może znaleźć pracy,ale wtedy Państwo zwyczajnie zabiera dziecko i oddaje do zastępczej rodziny ze sporą kasą,bo ponad 3 tys złotych.Czy nie można byłoby dać chociaż połowy tego matce?Oczywiście chorymi dziećmi państwo nie zawraca sobie głowy,odbiera tylko te zdrowe.
    Następna sprawa to długie godziny pracy,dojazdu i ciągły brak czasu...

  • nunulek(2015-09-19 14:08) Odpowiedz 00

    Obserwator ! Bełkocz za siebie .Mamroczesz , nie na temat.Wypad z forum !

  • elza(2015-09-19 18:05) Odpowiedz 01

    Dzieci pierdoły bo rodzice pierdoły. Myślenie wyłączyliśmy, zew woła kasa, mieć, ja. A dzieci to naśladują.

  • OlafS(2015-09-23 12:34) Odpowiedz 00

    Tak teraz jest niestety, ze dzieci mają milion zajęć dodatkowych, korepetycji. Panią od odrabiania lekcji, ze często nie mają po prostu jak z nimi spędzać czasu.
    Wszyscy chodzą na niemiecki, angielski , balet i sport... czasami się zastawiam co jeszcze .Ja wiem,że młody umysł szybko chłonie wiedzę, ale czy to znaczy, że powinien się przepracowywać? Ja mam prawie 50 lat i nauczyłem się zupełnie dla siebie nowego języka - francuskiego metodą Emila Krebsa i dało radę. Dzieci tez jak czegoś będą potrzebowały to się nauczą. Dajmy im trochę czasu, żeby porozmawiać , spędzić z nami jakąś chwilę.
    ,

  • dsa(2015-09-20 16:45) Odpowiedz 01

    Sam widzę po sobie, że problemem dzisiejszych rodziców jest bral czasu na dzieci. Owszem powiedzą, że rodzina to dziś 1+1, praca, obowiązki itp itd.Ale sam patrząc na moich rodziców, którzy potraktowali mnie jako spełniającego ich ambicję dzieciaka. Liceum, Studia i zaraz po niech szybkie zderzenie z realnością beznadziejna praca, brak czasu itp. I tłumaczenie się że przecież to "nie nasza wina". A może wystarczyło trzeźwo , bez patrzenia i porównywania się ze znajomymi poświęć 15 minut. I zapytać "kim chcesz byc", "co ciebie interesuje" i znaleźć pokrewną szkołę. Mnie interesowały rajdy samochodowe, miałem nawet licencję sędziego, gdyby wtedy rodzice przystali na Technikum Samochodowe i studium ratowników medycznych może nie mierzył bym się z depresją ... Ale wtedy był argument "co ja powiem w pracy ? "- Tam tylko ludzie do LO i na politologię, pedagogikę czy prawo. Dzięki bogu wyjechałem i dziś ufam sobie i swoim zainteresowaniom, a z rodzicami (dalej uważają że są święci)kontaktu nie mam...

  • db(2015-09-28 23:17) Odpowiedz 01

    beton - no właśnie niczego nie zrozumiałeś z tego artykułu. Piszesz: "Kask podczas jazdy na rowerze, nartach, łyżwach, rolkach itp... to nie jest PODSTAWA". Nie prawda. To złuda bezpieczeństwa. A i tak trzeba nauczyć się dbać o własny łeb i wywracać na ręce i tyłek. Dziecko musi nauczyć się bać o własne bezpieczeństwo. Musi się wywrócić i sobie coś potłuc, pocierpieć, żeby znać swoje granice. A wstrząsu mózgu można dostać potykając się o krawężnik.

  • Basia(2015-09-21 08:40) Odpowiedz 01

    Przykro czytać, że jest się jednym z tych rodziców którzy wolą się nie bać i mieć święty spokój.. Chyba czas zastanowić się czy aby lepiej nie jest nawet czasami usłyszeć, że jest się 'złym rodzicem', ale za to mieć szczęśliwe dzieci, które uczą się na własnych doświadczeniach i błędach, a nie cały czas przewracają się na porozkładane wszędzie poduszki lub chodzą w kaskach na głowach.. Chyba daliśmy się zwariować myśląc, że dobrymi rodzicami jesteśmy tylko wtedy, kiedy robimy wszystko tak samo jak pani z TV.. Może lepiej rzeczywiście w końcu zaufać własnej intuicji!! Powodzenia życzę sobie i wszystkim innym rodzicom :)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Prawo na co dzień

Galerie

Reklama