Takie poparcie zadeklarowali szwedzcy wyborcy w dwóch opublikowanych ostatnio sondażach: badaniu firmy Ipsos zleconym przez dziennik „Dagens Nyheter” oraz przeprowadzonym przez Kantar Sifo na prośbę szwedzkiego radia publicznego. Chociaż nie jest to najlepszy wynik Szwedzkich Demokratów (w sierpniu ub.r. ugrupowanie miało poparcie na poziomie 27 proc.), to z najnowszych badań wynika, że partia lekko odbiła się po paru miesiącach słabszych notowań.

Podobnie jak w innych krajach europejskich wysokie notowania skrajnej prawicy zmusiły partie bardziej centrowe do zaostrzenia retoryki, w efekcie przesuwając całe polityczne spektrum bardziej na prawo. Tak było w Holandii, gdzie chrześcijańscy demokraci Marka Ruttego walczyli o głosy z Partią na rzecz Wolności Geerta Wildersa. Tak też było w Niemczech, gdzie pod wpływem Alternatywy dla Niemiec bardziej stanowczą postawę względem migracji zajęła również CDU/CSU.

Szwecja w ciągu ostatnich pięciu lat przyjęła 400 tys. osób, czyli średnio więcej w przeliczeniu na mieszkańców niż jakikolwiek inny kraj Unii Europejskiej. Jak mówi Marcin Fronia, dyrektor think-tanku Norden Centrum, już podczas poprzednich wyborów parlamentarnych w 2014 r. partie głównego nurtu robiły wszystko, aby odłożyć temat migracji na bok i nie pozwolić mu zdominować debaty publicznej. – Nie doceniły w ten sposób potrzeby elektoratu do rozmowy na ten temat – mówi.

I właśnie w tym swoją szansę upatrzyli Szwedzcy Demokraci. Skrajnie prawicowe ugrupowanie w wielkiej polityce w Sztokholmie zadebiutowało w 2010 r., zdobywając 5,7 proc. głosów i 20 miejsc w 349-mandatowym Riksdagu. Cztery lata później było to już 12,9 proc. głosów i 49 mandatów w parlamencie. Kryzys migracyjny, podobnie jak w przypadku Alternatywy dla Niemiec, był dla ugrupowania niczym wiatr w żagle. Z przebojowym Jimmie Akessonem na czele ugrupowanie niezwykle biegłe w korzystaniu z nowoczesnych kanałów komunikacji (na Facebooku mają więcej fanów niż inne szwedzkie partie) momentami podwoiło swoje poparcie.

W tym samym czasie znajdujący się u władzy socjaldemokraci z premierem Stefanem Loevfenem na czele musieli mierzyć się z wyzwaniami, jakie przyniósł kryzys migracyjny: zapewnienie dachu nad głową, szkoleń dla dorosłych, edukacji dla dzieci, dostępu do świadczeń i dostosowania w zakresie kultury. W samym szczycie kryzysu migracyjnego, pod koniec 2015 r., partia zaczęła jednak czuć na plecach oddech Szwedzkich Demokratów, domagających się deportacji migrantów.

Stąd seria działań mających na celu odwrócenie trendu sprzyjającego skrajnej prawicy: wprowadzenie kontroli paszportowych, ograniczenia w liczbie przyznawanych azyli i w zasadach dotyczących sprowadzania przez migrantów rodzin. To jednak nie pomogło, stąd w ub. tygodniu socjaldemokraci zapowiedzieli, że po wygranych wyborach wprowadzą możliwość odbierania zasiłków w przypadku odmowy nauki języka szwedzkiego.

Dotychczas jednak zaostrzenie retoryki nie przyniosło efektów pod postacią odwrócenia trendu w sondażach.

– Szwedzcy Demokraci zawsze mogą powiedzieć: jesteśmy wyjątkowi, a wszyscy inni nas kopiują – i dlatego nie możecie im ufać. Jak widać, ta taktyka działa – mówił dziennikowi Aftonbladet były socjaldemokratyczny minister finansów Erik Asbrink.

– Mimo wszystko w Szwecji wciąż dominuje przekonanie, że państwo w długoterminowej perspektywie poradzi sobie z wyzwaniami, jakie niesie tak duża fala migrantów – mówi Fronia. Dlatego też receptą polityczną na sukces wyborczy partii Akessona prawdopodobnie będzie kordon sanitarny, czyli podobnie jak w przypadku Alternatywy dla Niemiec, wykluczenie możliwości zawiązania jakiejkolwiek koalicji. Możliwy jest natomiast wariant, w którym odpływ wyborców do Szwedzkich Demokratów będzie na tyle zróżnicowany, że pokrzyżuje szyki pozostałym partiom i zmusi do żmudnych rozmów koalicyjnych – podobnie jak to miało miejsce w Holandii, Niemczech i we Włoszech.