Na cmentarzu parafialnym w Rogóźnie (Lubelskie), na grobie rodziny Marciniaków złożono wieńce i kwiaty. Potem w pobliskim Ludwinie odbyło się spotkanie z mieszkańcami.

„Pamięć o tych wydarzeniach powoli wygasała. Jestem bardzo wdzięczny wszystkim osobom, które przyczyniły się do wznowienia tej historii w naszej społeczności” - powiedział wójt gminy Ludwin Andrzej Chabros.

Bracia Marciniakowie – Jan, Józef i Feliks - ich siostra Klementyna oraz żona Jana, Anna, zostali w lutym 1943 r. zamordowani przez niemieckich okupantów w związku z ukrywaniem Żydów i sowieckiego jeńca.

Historię rodziny opowiedział zebranym dyrektor lubelskiego oddziału IPN Marcin Krzysztofik. „Natknąłem się na nią przypadkiem” – zaznaczył. Do historii tej dotarł, kiedy poszukiwał krewnych jednego z żołnierzy AK a potem podziemia antykomunistycznego - Stanisława Marciniaka, straconego w styczniu 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie.

Rodzina Marciniaków mieszkała we wsi Dratów, ich sąsiadami była żydowska rodzina Reisów, która została wywieziona do getta w Łęcznej. W gospodarstwie Marciniaków ukrywał się młody Leopold Reis. Ukrywał się tu także jeniec sowiecki - Konstanty Gorłow, którego jeden z braci Marciniaków znalazł w zimie na polu i udzielił mu pomocy.

Według ustaleń śledztwa prowadzonego przez prokuratorów IPN w Lublinie, 10 lutego 1943 r. grupa żandarmów niemieckich i tzw. granatowej policji otoczyła zabudowania rodziny Marciniaków. Towarzyszył im ówczesny wójt gminy Ludwin Andrzej Sadowy.

Do żandarmów wyszedł Jan Marciniak, który chciał im dać łapówkę, został zastrzelony w momencie, gdy sięgał do kieszeni. Jego brat Józef uciekł w kierunku pobliskiego jeziora, ale dogonił go saniami Sadowy i tam zastrzelił. W gospodarstwie Marciniaków Niemcy odnaleźli ziemiankę z ukrywającym się jeńcem sowieckim. Zamordowano go wrzucając do ziemianki granaty. Według ustaleń śledztwa IPN w czasie akcji niemieckich żandarmów Leopolda Reisa akurat nie było w zabudowaniach Marciniaków. Jego dalsze losy są nieznane.

W tym samym czasie zginął też kolejny z braci Marciniaków, Feliks, który mieszkał w sąsiedniej wsi Uciekajka i prawdopodobnie zaniepokojony odgłosami wybuchu zmierzał w stronę zabudowań brata w Dratowie. Został rozpoznany przez sołtysa Dratowa i wskazany żandarmom. Feliks - żołnierz Batalionów Chłopskich i Armii Krajowej - próbował uciec, strzelał z pistoletu. Został ranny, a następnie popełnił samobójstwo lub też został dobity przez Andrzeja Sadowego.

Kobiety z rodziny Marciniaków zostały zatrzymane w budynku gminy w Ludwinie. Wśród nich były żona Feliksa - Julia Marciniak, żona Jana - Anna Jakubowska-Marciniak, wraz córkami Krystyną Jakubowską i Heleną Marciniak. Zatrzymana została także siostra braci Marciniaków – Klementyna z dwuletnim dzieckiem żydowskim, które ukrywała. Było to prawdopodobnie dziecko lekarza z Zamościa, Klementyna ubierała je w dziewczęce ubrania, mówiła, że to jej nieślubne dziecko.

20 lutego 1943 r. niemiecki żandarm zastrzelił przy budynku gminy Klementynę wraz z dzieckiem oraz Annę Marciniak, która była w zaawansowanej ciąży. Julia Marciniak została zwolniona. Wybłagała darowanie życia swojej córki - Heleny, a jej starsza córka – Krystyna została wywieziona do Niemiec.

Z żydowskiej rodziny Reis ocalały dwie siostry Sara i Rachela. Jak wspominała Helena Kuśnierz (z domu Cygan), córka Franciszka i Janiny z domu Marciniak – wujkowie Marciniakowie załatwili Racheli fałszywe dokumenty i znaleźli dla niej schronienie w rodzinie zamieszkałej we wsi koło Puchaczowa. Natomiast Sara Reis przez osiem miesięcy była u rodziny Cyganów we wsi Abramów, przedstawiana jako krewna, która przyjechała zaopiekować się chorą Janiną. Kiedy o ukrywaniu Żydówki u Cyganów doniesiono granatowej policji, Franciszek Cygan skierował ja do swojej znajomej – Kazimiery Zięby, która pomogła jej się ukrywać w Warszawie. Sara po wojnie wyjechała z Polski, ale utrzymywała kontakt z polską rodziną.

Rodzina Cyganów za uratowanie Sary Reis - została odznaczona medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata, przyznanym w 1978 r.

Sebastian Piątkowski z delegatury lubelskiego IPN w Radomiu powiedział, że „nie ma w powojennych badaniach historycznych w Polsce większego zaniedbania” niż sprawa Polaków ratujących Żydów. „To z dzisiejszej perspektywy jest straszne, że przez dziesiątki lat nikogo to nie interesowało. Pierwsza duża akcja mająca na celu przebadanie tych wydarzeń została przeprowadzona przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce w 1984 r., czyli ok. 40 lat po zakończeniu wojny. Większość tych osób ratujących Żydów już nie żyła” - powiedział.

„W Polsce istniała ta dominacja, jak to się mówi złośliwie -+historii strzelanej+. Prawdziwym bohaterem był ten, kto walczył z pistoletem czy karabinem, natomiast ci ludzie, którzy w godzinie próby wykazali się tym niezwykłym poczuciem obywatelstwa i solidarności, tak naprawdę nikogo nie interesowali” – dodał Piątkowski.

Zdaniem Piątkowskiego o wielu takich heroicznych czynach nie wiadomo, nie ma na to dokumentów, ani relacji świadków. „Jesteśmy bezradni. Jest za późno. To pokolenie, które ratowało, powoli odchodzi. Dzisiaj mamy ostatnią szansę spotkać tych niezwykłych ludzi” – zaznaczył.(PAP)

autor: Renata Chrzanowska

edytor: Paweł Tomczyk