OPINIA

No i stało się. Przeciąganie przez Warszawę sporu o państwo prawa, jaki toczy z nami Komisja Europejska, sprawiło, że więcej państw członkowskich opowiada się za powiązaniem wypłat środków unijnych ze stanem praworządności. Innymi słowy mówiąc, upór rządu Beaty Szydło sprawił, że na poważnie rozważane jest rozwiązanie, które jeszcze do niedawna nie cieszyło się popularnością.

Sprzeciw względem takiego mechanizmu w wywiadach wciąż deklaruje przewodniczący Komisji, Jean-Claude Juncker. Możliwe jest, że deklaracja stanowi wybieg ze strony Unii: w końcu cała masa pomysłów rozważanych w Brukseli trafia na półkę, a fakt podjęcia jakichś prac nie przesądza o tym, że ich efekt wejdzie w życie.

Skoro jednak sam pomysł nie jest nowy, a spór trwa już tak długo, dlaczego Komisja wcześniej nie zagoniła prawników do pochylenia się nad stworzeniem takiego mechanizmu? Wydaje mi się, że najważniejszą przyczyną jest problem natury metodologicznej: w jaki sposób mierzyć i porównywać stan praworządności w państwach członkowskich, tak żeby wyniki nie budziły wątpliwości i nie pozbawiały wiarygodności organów unijnych?

W przypadku spraw gospodarczych sprawa jest prosta: umawiamy się, że nie możemy mieć deficytu większego niż 3 proc. PKB. To obiektywny, mierzalny parametr. Nie można go ukryć (casus Grecji pomijamy), więc jeśli ktoś go nie spełnia, Komisja wydaje ostrzeżenie. Inna sprawa, na ile państwa członkowskie przejmują się połajankami z Brukseli w kwestiach zadłużenia (nie przejmują się).

Z praworządnością tak jednak nie jest. Nie da się jej sparametryzować i umieścić na skali, chociaż można wyliczać uchybienia i potencjalne zagrożenia. Gdzieś na samym końcu procesu oceny ktoś musi jednak podjąć decyzję: czy rozwiązanie A w państwie B osłabia, czy wzmacnia państwo prawa – zwłaszcza że podobne funkcjonuje przecież w państwie C, gdzie działa to całkiem nieźle.

Jak zatem mógłby wyglądać taki system oceny państwa prawa? Wskazówek dostarczają już istniejące rozwiązania, w tym „unijna tablica wyników wymiaru sprawiedliwości” (EU justice scoreboard). Służy ona do porównywania różnych parametrów pracy sądownictwa w państwach członkowskich. Z tego względu jednak znajdziemy w niej wyłącznie mierzalne wartości, tj. przeciętny czas trwania spraw sądowych w dniach czy liczba rozpoczętych procesów w przeliczeniu na 100 mieszkańców. Siłą rzeczy mierzenie w taki sam sposób praworządności będzie trudne.

Nie zmienia to jednak faktu, że takie próby się podejmuje. Komisja robi to na przykład w ramach negocjacji akcesyjnych z Serbią, a konkretnie przy rozdziałach 23 – sądownictwo i prawa podstawowe oraz 24 – sprawiedliwość, wolność i bezpieczeństwo (czy ktoś jeszcze pamięta, ile szumu nad Wisłą wywoływały informacje o zamykaniu kolejnych rozdziałów w naszych negocjacjach akcesyjnych?).

W ramach tych dwóch rozdziałów Komisja przygotowała dla Serbów 91 benchmarków – parametrów, które Belgrad musi spełnić w zakresie państwa prawa, żeby uznać standardy panujące nad Sawą i Dunajem za zbliżone do europejskich. Nie chodzi tu jednak o wystawianie ocen na jakiejś skali, ale o spełnienie przez Belgrad listy wymagań, tj. nowelizacja konstytucji w oparciu o zalecenia Komisji Weneckiej i przyjęcie pakietu ustaw reformujących sądownictwo (brzmi znajomo?). Lista obejmuje także drobniejsze rzeczy, tj. uzupełnienie braków kadrowych w biurze prokuratury zajmującym się walką z przestępczością zorganizowaną.

Oczywiście stawianie wymogów kandydatom do Unii to jedno, a relacje Komisji z krajem już będącym członkiem UE to drugie. Niemniej jednak propozycje sformalizowania nadzoru nad stanem praworządności w poszczególnych państwach członkowskich pojawiały się już na forum unijnym.

Jedną z nich dwa lata temu przygotowali europosłowie z Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy. Projekt powstały pod nadzorem wiceprzewodniczącej grupy Sophie in‚t Veld zakładał stworzenie tablicy wyników państwa prawa podobnej do istniejącej już (i wspomnianej wyżej) tablicy wyników wymiaru sprawiedliwości. W przeciwieństwie jednak do justice scoreboard, tutaj znalazłyby się takie parametry jak „pewność prawa” czy „niezawisłość sądownictwa”. Każdy byłby oceniany jednym z trzech kolorów – zielonym, jeśli wszystko byłoby OK; żółtym, jeśli działoby się coś niepokojącego; i czerwonym, gdyby realizacja danego parametru była w fatalnym stanie.

Aby zapewnić obiektywność takiego procesu, oceny wystawiałoby szerokie grono ekspertów pod auspicjami unijnej Agencji Ochrony Praw Podstawowych – tak aby subiektywność ocen poszczególnych członków zastąpić konsensem większości. W sytuacjach granicznych jednak (zielony/żółty, żółty/czerwony) członkowie owej postulowanej komisji będą musieli, tak czy inaczej, posłużyć się intuicją.

Na marginesie warto zauważyć, że prace nad stworzeniem procedury badania stanu państwa prawa mają się rozpocząć w drugiej połowie roku, kiedy przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej obejmie Austria. Brzmi to trochę jak chichot historii: nad losem europejskiej praworządności pochyli się rząd, w skład którego wchodzi Wolnościowa Partia Austrii. Ostatnim razem, kiedy FPOe współtworzyła gabinet w Wiedniu (kto pamięta Joerga Haidera), pozostałe państwa UE obłożyły Wiedeń sankcjami dyplomatycznymi. ⒸⓅ

źródło: Dziennik Gazeta Prawna