statystyki

Tadeusz Woźniak: Coraz trudniej zaakceptować inność

autor: Paulina Nowosielska01.12.2017, 07:04; Aktualizacja: 01.12.2017, 09:49
Tadeusz Woźniak piosenkarz, kompozytor, autor tekstów.

Tadeusz Woźniak piosenkarz, kompozytor, autor tekstów.źródło: Agencja Gazeta
autor zdjęcia: Fot. Albert Zawada AG Fot.

Osoby z zespołem Downa patrzą na życie wprost. Zauważają rzeczy, które nam umykają. Są jak papierek lakmusowy, reagując na każde napięcie.

Gdy umawialiśmy się na rozmowę, zastrzegł pan, że nie chce zostać zaszufladkowany.

Chodzi o prostą sprawę. Nasza – moja i żony – decyzja, by Filip się urodził, była podyktowana tym, że po prostu chcieliśmy mieć dziecko. Nie robiliśmy badań prenatalnych, ale nie kierowaliśmy się także jakąkolwiek doktryną, w tym religijną, by chronić człowieka od chwili poczęcia. Dziś żyjemy z pewnym niepokojem, co przyniesie przyszłość. Jednak każdego dnia rośnie we mnie przekonanie, że nie ma lepszego towarzysza życia niż osoba z zespołem Downa.

Wyniki badań prenatalnych cokolwiek by zmieniły?

Pyta pani o aborcję? Z dzisiejszej perspektywy nie wyobrażam sobie, że zdecydowalibyśmy się na nią. Ale co byłoby wtedy, 21 lat temu? Tego nie wiem.

Mam wrażenie, że ostatnio o takich dylematach rozmawiają osoby, które nie mają o nich pojęcia. Mówią: powinniście, rodzice, przyjąć każde dziecko, które szykuje się na ten świat...

Gdybym miał dzisiejszą świadomość, czym jest zespół Downa, nawet przez chwilę nie myślałbym o aborcji. Ale prawie ćwierć wieku temu moja wiedza była żadna. Downa, za przeproszeniem, widziałem tylko kilka razy w życiu, i to w telewizji.

Moment, w którym dowiaduje się pan, że ma syna z zespołem Downa, zapamiętuje się do końca życia?

Tak, bo człowiek zderza się z jakąś czarną dziurą, przepaścią. W takiej świadomości wtedy wszyscy żyliśmy, że to monstrum, horror. „I po co wam to było”, padały pytania. Najczęściej zadawali je lekarze. Nie mogli zrozumieć, dlaczego w okresie ciąży nie robiliśmy badań. Jak mogliśmy do tego dopuścić? Uważałem to za skrajną bezduszność w zderzeniu z żywym stworzeniem, które mieli przed oczami. Z człowiekiem, który już był, zachowywał się, oddychał. Dlatego to pytanie było prostactwem. Jasne, gdy pojawił się Filip, mieliśmy już swoje lata. Dobiegałem pięćdziesiątki. Ale to mit, że dzieci z zespołem Downa rodzą się tylko starszym rodzicom. Sam byłem jedenastym z rodzeństwa, a moja mama miała 47 lat, gdy mnie rodziła. Z drugiej strony nie brakuje młodych par, które muszą mierzyć się z tym problemem. Wiek nie jest więc żadną regułą.

A jest jakaś reguła, która mówi, jak odnaleźć się w takiej sytuacji?

Nie wiem... Może dlatego, że wszyscy w rodzinie nam sprzyjali, może to mój osobniczy rys w mentalności, ale poradziłem sobie szybko. Uznałem, że trzeba wyjść życiu naprzeciw, a nie zamykać się w kokonie przerażenia. Najpierw zaakceptowałem więc sytuację, którą niektórzy uważali za tragedię. Zdarzyło się, trafiło na mnie i tyle. Walczyłem o to, żeby nie załamała się cała konstrukcja mojego dotychczasowego świata. Bo człowiek nie żyje sam, tylko zawsze w jakimś kontekście. Życie zawodowe, rodzina, starsi synowie (22 i 27 lat) z pierwszego małżeństwa. Nie przypominam sobie zresztą, żeby okazywali, że to jest dla nich jakiś problem. Zacząłem czytać książki o zespole Downa. W tamtych czasach były to głównie przedruki z literatury anglojęzycznej. Sprzed pół wieku lub starsze. Jawił się z nich jakiś koszmar. Dziś jest już dużo lepiej.


Pozostało jeszcze 82% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie