Broń z USA jest bardzo ważna. Sprzętu z USA nie zastąpi pomoc Europy w dzisiejszym kształcie. Konflikt z Donaldem Trumpem i pozbawienie się możliwości gry między państwami UE a USA też nie pomaga Wołodymyrowi Zełenskiemu w prowadzeniu wojny. To jednak nie oznacza, że Ukraina jest skazana na szybki upadek - pisze Zbigniew Parafianowicz, publicysta DGP
Uderzenia na Kijów w lutym 2022 r. od strony Białorusi dokonała druga armia świata. W liczbach sprawa była oczywista. Ukraina nie powinna mieć żadnych szans. Tak przynajmniej wynikało z Excela, gdy policzyło się liczbę czołgów, bojowych wozów piechoty, zestawów artyleryjskich, samolotów i śmigłowców. Gdy jednak wyszło się na tzw. miasto, sprawa nie była tak prosta. Widok ponaddwumilionowej stolicy nasyconej partyzantką miejską, uzbrojoną i umundurowaną w kombinowany sposób oraz gotową do walki, przeczył tezom zagranicznych generałów, którzy powtarzali, że „następne 72 godziny wszystko rozstrzygną” i lepiej szykować się na upadek państwa. Już wówczas Ukraińcy dysponowali również armią znającą słabości przeciwnika i gotową podjąć wyzwanie.
Podobnie jest dziś. Broń z USA jest bardzo ważna. Sprzętu z USA nie zastąpi pomoc Europy w dzisiejszym kształcie. Konflikt z Donaldem Trumpem i pozbawienie się możliwości gry między państwami UE a USA też nie pomaga Wołodymyrowi Zełenskiemu w prowadzeniu wojny. To jednak nie oznacza, że Ukraina jest skazana na szybki upadek. Gdy ma się wybór: niemal bezwarunkowa kapitulacja (to przecież proponował Trump) lub podjęcie wysiłku, by spróbować uciec do przodu, nie ma prostych rozwiązań. Efektem tego jest liczenie przez władze w Kijowie czasu, który ma Ukraina bez amerykańskiej pomocy. Co ważne, to liczenie nie rozpoczęło się dopiero po kłótni w Białym Domu.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.