Z wyjątkiem von der Leyen kandydaci, którzy wezmą udział w dzisiejszej debacie eurowyborczej, nie mają większych szans na fotel szefa Komisji Europejskiej. Mimo to Niemka nie jest pewna reelekcji.

Przedwyborcza debata kandydatów wiodących poszczególnych frakcji na jedno z najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej rozpocznie się dziś o godz. 15 i będzie tłumaczona na 24 języki. Politycy będą odpowiadać na pytania z takich dziedzin jak: ekonomia i praca, obronność i bezpieczeństwo, klimat i środowisko, demokracja, migracja i granice, innowacje i technologie. Choć w debacie wezmą udział reprezentanci prawie wszystkich frakcji, w stawce liczy się de facto wyłącznie obecna szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oraz – jako przeciwwaga – kandydat Socjalistów i Demokratów (S&D) Nicolas Schmit.

W debacie nie wezmą udziału czołowe postaci europejskiej polityki, lecz kandydaci wiodący frakcji na stanowisko przewodniczącego KE. Dobrym zwyczajem jest, aby najważniejsze funkcje w UE były sprawowane przez reprezentantów najliczniejszych klubów. Sęk w tym, że procedura ta ani razu w pełni nie doprowadziła do odsady fotela szefa KE. Zawsze był to efekt negocjacji państw członkowskich, które zakulisowo trwają od miesięcy, a ich oficjalnym finałem będzie szczyt UE w drugiej połowie czerwca lub kolejne szczyty, jeśli nie uda się dojść do porozumienia za pierwszym razem. Dlatego sama procedura była krytykowana przez różne frakcje i rządy. Wiele wskazuje na to, że tym razem jednak będzie inaczej ze względu na to, że von der Leyen ubiega się o reelekcję (co daje jej przewagę w relacjach z szefami państw i rządów) i reprezentuje najliczniejszą, największą i najpewniej zwycięską frakcję w nadchodzących wyborach.

Prawicowe frakcje nie wystawiły kandydatów wiodących

Dziś Niemka nie ma realnego rywala. Schmit, drugi najpoważniejszy kandydat wiodący, jest postrzegany raczej jako partner do rozmów z von der Leyen niż jej kontrkandydat. Choć między środowiskiem Europejskiej Partii Ludowej (EPP) a socjalistami w ostatnich miesiącach iskrzyło, to ich tradycyjny sojusz wydaje się możliwy do utrzymania w kolejnej kadencji, jeśli EPP – co podkreślił w rozmowie z nami Schmit – nie skręci w prawo. W gronie potencjalnych nazwisk do objęcia fotela szefa KE wymienia się też byłego premiera Włoch Maria Draghiego, który kierował dość egzotyczną koalicją, czy premiera Hiszpanii Pedra Sáncheza jako jednego z nielicznych reprezentantów lewicy spośród szefów rządów dużych państw europejskich. Obaj nie zabiegają otwarcie o tę funkcję, choć dla części liderów mogą stanowić realną alternatywę w rokowaniach.

Spośród frakcji obecnych w Parlamencie Europejskim tylko dwie nie wystawiły swoich kandydatów wiodących: Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (ECR) oraz Tożsamość i Demokracja (ID). Obie prawicowe kluby są mocno podzielone wewnętrznie. W ECR prym wiodą Bracia Włoch z premier Giorgią Meloni na czele, kuszeni przez EPP, a z drugiej – Prawo i Sprawiedliwość. PiS nie zdołało jednak przeforsować żadnego z kandydatów wiodących, choć w kuluarach wymieniano nazwisko Jacka Saryusza-Wolskiego. W ID sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen nie chce zasiadać w jednej frakcji z Alternatywą dla Niemiec (AfD). To pokłosie wypowiedzi Maximiliana Kraha z AfD, który w dzienniku „La Repubblica” stwierdził, że nie nazwałby automatycznie przestępcą osoby, która nosiła mundur SS (nawiązywał do wstąpienia pisarza Güntera Grassa do Waffen-SS). Choć prawica notuje wzrost popularności, niekoniecznie musi się on przełożyć na wynik wyborczy. Ostatnie tygodnie stanęły pod znakiem sporów wewnętrznych.

Własne problemy mają także liberałowie z frakcji Odnówmy Europę (RE), której motorem napędowym jest ugrupowanie prezydenta Francji Emmanuela Macrona Odrodzenie, mocno ustępujące pod względem poparcia Zjednoczeniu Narodowemu. Liberałowie próbują przeciwstawiać się dwóm największym siłom – EPP i S&D, krytykując pierwszych za przejęcie postulatów migracyjnych prawicy, a drugich za niewielkie zainteresowanie małymi i średnimi firmami. Na razie RE bije się o trzecią lokatę, choć według prognoz mogą zdobyć o dwa mandaty mniej niż ID. Dominację EPP i socjalistów potwierdzają wszystkie prognozy. EPP może liczyć na 175 mandatów, a S&D na 143. To za mało na większość w 720-osobowym parlamencie. Obie frakcje będą musiały zabiegać o wsparcie mniejszych grup. Co więcej, 50 mandatów może przypaść partiom, które dotychczas nie ogłosiły swojej afiliacji frakcyjnej. To one mogą być brakującym puzzlem w tej układance. ©℗

ikona lupy />
Kandydaci europejskich frakcji politycznych na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe