Widmo inwazji na Rafah nie jest już postrzegane wyłącznie jako straszak, argument wykorzystywany przez premiera Izraela Binjamina Netanjahu w negocjacjach w sprawie zawieszenia broni z Hamasem. Wejście wojsk lądowych do położonej na granicy z Egiptem miejscowości to dziś pewnik.

Zdaniem Hamasu świadczy to o „niebezpiecznej eskalacji”.

W poniedziałek rano Siły Obronne Izraela (IDF) wezwały mieszkańców oraz przebywających w Rafah przesiedleńców do ewakuacji ze wschodniej części miasta w kierunku tego, co określili mianem „powiększonej strefy humanitarnej” w południowej części enklawy. Chodzi o okolice Al-Mawasi, gdzie – jak twierdzi IDF – znajdują się zapasy żywności, szpitale polowe i namioty dla Gazańczyków. Armia zapewnia, że o konieczności ucieczki poinformowała za pośrednictwem wiadomości tekstowych, połączeń telefonicznych czy transmisji medialnych w języku arabskim. Podobnie postępowała na początku wojny, nakłaniając Palestyńczyków do ewakuacji z północnej części Strefy Gazy. Organizacje pomocowe krytykowały wówczas obraną przez Izrael strategię, wskazując m.in. na przypadki ostrzeliwania korytarzy humanitarnych, którymi mieli się poruszać cywile i które zostały oznaczone przez Tel Awiw jako bezpieczne.

Teraz jest podobnie. Według Norwegian Refugee Council warunki w Al-Mawasi są nieodpowiednie: brakuje podstawowej infrastruktury do obsługi i wsparcia nawet tych grup, które przebywają tam od dłuższego czasu.

Pracownicy sektora humanitarnego alarmują, że sytuacja na miejscu nie jest zgodna z informacjami przekazywanymi przez Izrael. – Tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni odnotowaliśmy 10 incydentów obejmujących strzelanie do konwojów, aresztowania pracowników ONZ, w tym ich zastraszanie, rozbieranie do naga, groźby z użyciem broni i duże opóźnienia na punktach kontrolnych, zmuszające konwoje do poruszania się w ciemności lub przerwania podróży – napisał na portalu X (dawniej Twitter) Philippe Lazzarini, szef Agencji Narodów Zjednoczonych dla Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie.

Niewykluczone, że wpływ na decyzję o wkroczeniu do Rafah miał poniedziałkowy atak Hamasu na przejście graniczne Kerem Szalom, w którym zginęło czterech izraelskich żołnierzy. Rząd Binjamina Netanjahu utrzymuje jednak, że ofensywa na Rafah odbędzie się, ponieważ Hamas odrzucił propozycję rozejmu. Zdaniem izraelskich ekspertów „Bibi” próbuje jednak wprowadzić społeczeństwo w błąd. – Chce stworzyć narrację, z której wynikałoby, że mu na porozumieniu zależy i że dąży do jego zawarcia. To nieprawda – przekonuje Mairav Zonszein z International Crisis Group.

W sobotę, kiedy izraelskimi ulicami przetaczały się antyrządowe protesty, pojawiły się pogłoski, że Hamas jest skłonny zgodzić się na warunki opracowanej przez władze Egiptu umowy, rezygnując ze swojego podstawowego warunku: wycofania izraelskich wojsk ze strefy i zakończenia wojny. Egipska propozycja zakładała, że strony zgodzą się w pierwszej kolejności na czasowe zawieszenie broni, które będzie podstawą do zakończenia wojny w późniejszym terminie.

Jak słyszymy, Netanjahu natychmiast zdecydował się na sabotaż. – W Strefie Gazy od około trzech miesięcy praktycznie nie ma wojny. Do starć dochodzi od czasu do czasu, więc w kraju rośnie ruch nawołujący do odsunięcia Netanjahu od władzy. Wkraczając do Rafah, ten próbuje zyskać na czasie. To wznowi prawdziwą wojnę – tłumaczy w rozmowie DGP Dani Jatom, były szef Mosadu. Jego zdaniem obywatele Izraela skupią się wtedy na ofensywie, nie zaś na obalaniu wieloletniego przywódcy kraju.

Sondaże wskazują jednak na duże podziały w izraelskim społeczeństwie. Z badania przeprowadzonego przez ośrodek Lazar wynika, że 54 proc. ankietowanych od inwazji na Rafah wolałoby porozumienie z Hamasem.

Podczas listopadowej przerwy w walkach udało się w ten sposób uwolnić ponad 100 zakładników.

Z tym że wśród wyborców prawicy poparcie dla operacji wojskowej wynosi niemal 80 proc. A to właśnie środowiska skrajnie prawicowe mają dziś największy wpływ na działania rządu. Radykalni koalicjanci „Bibiego” – Itamar Ben Gewir i Becalel Smotricz – zagrozili opuszczeniem koalicji, a w konsekwencji upadkiem rządu, jeśli Netanjahu wycofałby się z planów inwazji.

Szef rządu postrzega więc atak na Rafah jako ostatnią szansę na zachowanie władzy i wizerunkowy sukces. Przejęcie miasta pozwoliłoby mu ogłosić, że Izrael osiągnął cel zniszczenia Hamasu, odciągając jednocześnie uwagę od kwestii zakładników, z których część zmarła w niewoli. W rzeczywistości pokonanie bojówki jest, zdaniem ekspertów, niemożliwe. – Nie da się zniszczyć ideologii – wskazuje Jatom.

Zdaje się, że Izrael więcej może na ofensywie stracić. Po siedmiu miesiącach wojny współczucie świata po ataku z 7 października osłabło.

Zamiast tego rośnie frustracja z powodu liczby ofiar śmiertelnych wśród Palestyńczyków (obecnie wynosi ona ok. 34 tys. osób). Inwazja zostanie przeprowadzona bez dyplomatycznego wsparcia Zachodu, który stawiał w ostatnich miesiącach na zawieszenie broni. „Jest ono niezbędne, aby doprowadzić do uwolnienia zakładników i przynieść ulgę głodującym” – napisał wczoraj szef dyplomacji Unii Europejskiej Josep Borrell. ©℗