Nie oglądając się na UE, premier Włoch dogadała się z Albanią w sprawie przetrzymywania uciekinierów z Afryki. Zakusy na wypchnięcie azylantów poza swoje granice mają też inne kraje.

Ukryte w górzystym pustkowiu lotnisko wojskowe Gjadër to nie tylko pomnik zimnowojennej przeszłości Albanii, lecz także gratka dla miłośników eksploracji porzuconych, zaniedbanych i trudno dostępnych miejsc. Upiorne, betonowe konstrukcje doskonale nadawałyby się na scenografię do postapokaliptycznego filmu. Wcinający się między wzniesienia prawie trzykilometrowy pas startowy był poważnym sprawdzianem precyzji i ostrożności pilotów, który w razie zbyt ostrego skrętu w prawo mógł się skończyć katastrofą. Po wylądowaniu myśliwce znikały za masywną żelazną bramą, a wydrążone w skałach tunele mogą pomieścić 50 samolotów. Dziś hangar wygląda jak cmentarzysko pokrytych dekadami kurzu radzieckich MiG-ów.

Bazę zbudowano na przełomie lat 60. i 70. XX w., żeby uszczelnić ochronę albańskiej przestrzeni powietrznej – notorycznie naruszanej przez jugosłowiańskie lotnictwo. W trakcie wojny na Bałkanach udostępniono ją CIA i wywiadowi wojskowemu USA, które wysyłały stamtąd misje rozpoznawcze do Bośni. Chaos polityczny napędzany przez ciągłe turbulencje w gospodarce i niepokoje społeczne spowodował, że infrastruktura lotniska przechodziła kolejne stadia niszczenia, aż u progu XXI w. oficjalnie wyłączono je z użytku.

Dzięki inspiracji szefowej włoskiego rządu Georgii Meloni premier Albanii Edi Rama znalazł jednak nowy sposób na zagospodarowanie starej bazy wojskowej: jej tereny mają stać się częścią „innowacyjnego rozwiązania” dla masowej migracji, której presję wyjątkowo silnie odczuwa w tym roku Półwysep Apeniński. W ubiegłym tygodniu przywódcy obu krajów ogłosili zawarcie porozumienia, które w praktyce sprowadza się do wypchnięcia strumienia azylantów poza Unię Europejską. Na jego mocy Włosi sfinansują budowę dwóch obozów dla migrantów na terytorium Albanii: w portowym mieście Shëngjin, położonym ok. 65 km na północ od Tirany, i właśnie w Gjadërze. W tym pierwszym przybysze będą legitymowani i sprawdzani pod kątem bezpieczeństwa. Po dopełnieniu formalności zostaną przewiezieni do drugiego ośrodka, w którym będą oczekiwać (do 28 dni) na rozpatrzenie przez włoskie urzędy wniosku o ochronę międzynarodową. A najpewniej także na deportację. „Ośrodki będą podlegać włoskiej jurysdykcji. Będzie tam włoski personel, nasi policjanci i urzędnicy azylowi. Dokładnie tak jak w centrach recepcyjnych na terytorium kraju” – wyjaśniała Meloni w wywiadzie dla dziennika „Il Messaggero”. Ponadto Rzym weźmie na siebie koszty utrzymania infrastruktury związanej z pobytem cudzoziemców oraz wydatki na opiekę medyczną nad nimi czy przymusowe powroty. Albańskie służby mają zaś zapewnić funkcjonariuszy do ochrony i pilnowania bezpieczeństwa w obiektach.

Dla wiarygodności Meloni, która zbudowała polityczny kapitał na antymigranckich hasłach, statystyki są w tym roku bezlitosne: od stycznia u wybrzeży Półwyspu Apenińskiego zjawiło się 146,5 tys. przybyszy. W tym samym okresie 2022 r. ich liczba sięgnęła 88 tys.

Ten migracyjny outsourcing obejmie jedynie pasażerów łódek uratowanych przez włoską straż przybrzeżną – poza ciężarnymi kobietami, dziećmi i osobami z niepełnosprawnościami (ci, którym udało się przybić np. na Lampedusę czy do Kalabrii, tak jak dotychczas trafią do punktów recepcyjnych na terenie Italii). Rządy szacują, że przez obozy w Shëngjin i Gjadër może się przewinąć rocznie 36–39 tys. osób. Plan zakłada, że oba będą gotowe na przyjęcie 3 tys. azylantów już wiosną 2024 r. „Wierzę, że może się on stać modelem współpracy między państwami UE i państwami trzecimi w kwestii zarządzania przepływami migracyjnymi” – podkreślała Meloni.

Dokładne koszty przedsięwzięcia nie są znane. Albańskie media ujawniły jedynie, że obok rachunków za utrzymanie ośrodków rząd w Rzymie rocznie wypłaci partnerowi dodatkowe 16,5 mln euro. Premier Edi Rama zapewniał jednak, że zgodził się na współpracę nie dla korzyści finansowych, lecz z wdzięczności za to, jak sąsiad z zachodu powitał albańskich uchodźców, gdy po upadku reżimu komunistycznego kraj znalazł się na krawędzi wojny domowej. Symbolem tamtego exodusu był oblegany przez ok. 15 tys. uciekinierów frachtowiec „Vlora”, który 8 sierpnia 1991 r. po siedmiogodzinnym rejsie przybił do portu w Bari. – Dla Albanii to zawsze zaszczyt pomóc Włochom – zapewniał na łamach „Libero Quotidiano” szef albańskiego rządu.

Sąsiedzi

W rzeczywistości 30 lat temu przybysze zza cieśniny Otranto nie spotkali się z tak ciepłym przyjęciem na Półwyspie Apenińskim, jak sugeruje Rama. Początkowy zryw gościnności ze strony zwykłych Włochów i samorządów wraz z kolejnymi łodziami cumującym w portach Apulii zastępowała retoryka „inwazji” podszyta kalkulacją, jak się szybko pozbyć nadmiaru przybyszy. Argumenty przypominały te, które pobrzmiewają również w dzisiejszych dyskusjach wokół przyjmowania „obcych”: że pogorszą sytuację na rynku pracy, przeciążą system ubezpieczeń społecznych, wywołają napięcia, osłabią tożsamość narodową. Media i popularne programy telewizyjne umacniały jeszcze negatywny obraz Albańczyków, którzy stali się twarzami typowych bolączek Włoch lat 90.: zorganizowanej przestępczości, przemytu czy prostytucji.

Ponieważ większość przybyszy została uznana za ofiary katastrofy gospodarczej, które prawo międzynarodowe traktuje jako nielegalnych migrantów, a nie uchodźców, władze w Italii zaczęły rozwozić ich do rozproszonych po kraju obozów detencyjnych i kazały tam czekać na deportację. Opór Albańczyków przed powrotem do pogrążonej w chaosie i biedzie ojczyzny nierzadko kończył się dramatycznymi scenami starć z mundurowymi. Żeby zachęcić „sąsiadów” do wyjazdu, rząd w Rzymie zaoferował nawet każdemu chętnemu pieniądze (50 tys. lirów), a także zwiększył pomoc finansową dla ich ojczyzny. Do końca 1991 r. przymusowo odesłano kilkadziesiąt tysięcy osób, ale już sześć lat później, gdy w Albanii doszło do społecznej rewolty, przez którą kraj po raz kolejny znalazł się na skraju wojny domowej, łodzie z uciekinierami znowu regularnie kursowały przez cieśninę Otranto.

Obecnie licząca ponad 400 tys. osób albańska diaspora we Włoszech jest całkiem nieźle zintegrowana, a oba kraje łączą bliskie relacje polityczne, ekonomiczne i kulturowe. Premier Rama liczy, że zbudowany na tej współpracy kapitał zaowocuje przyspieszeniem na ścieżce do członkostwa w Unii, które Meloni obiecała wspierać. Dlatego włoskie media spekulują, że Tirana musiała dostać w zamian jakieś koncesje w procesie akcesyjnym. Albania formalnie uzyskała status kandydata w 2014 r., ale sprawy posuwały się dotąd mozolnie. Rada Europejska dopiero trzy lata temu dała zielone światło dla rozpoczęcia negocjacji – ze względu na opóźnienia w spełnianiu warunków Brukseli, lecz także na brak woli rozszerzenia w samej Wspólnocie. Komisja Europejska prognozowała wówczas, że Albania wraz z Macedonią Północną mogą wejść do UE w 2025 r. Dziś – nawet biorąc pod uwagę, że wybuch wojny w Ukrainie rozruszał akcesyjną machinę – ta perspektywa wydaje się nierealna.

Ludzie jak paczki

Ogłoszenie porozumienia z Albanią wywołało ostrą krytykę opozycji i organizacji humanitarnych, ale wprawiło w konsternację także unijnych decydentów, którzy zaledwie cztery miesiące wcześniej negocjowali z Meloni pakt o migracji i azylu – reformę regulacji dotyczących ochrony granic i podziału odpowiedzialności za uchodźców. Po powrocie z lipcowego szczytu Rady Europejskiej, na którym uzgodniono projekt, włoska premier w triumfalnym tonie chwaliła się, że przekonała inne kraje do przyjęcia w tej sprawie optyki Rzymu. – Zmieniliśmy punkt widzenia UE – cieszyła się Meloni. Nowe podejście zakłada większy odsiew cudzoziemców mających nikłe szanse na status uchodźcy na zewnętrznych granicach UE, a także nacisk na umowy z państwami trzecimi, zwłaszcza północnymi, które w zamian za przechwytywanie łódek wyruszających na Morze Śródziemne otrzymywałyby wsparcie finansowe. Na razie Komisja wypowiada się wstrzemięźliwie na temat włosko-albańskiego dealu, tłumacząc, że wciąż czeka na szczegóły. Zastrzega jednak, że musi on „w pełni respektować prawo unijne i międzynarodowe”, żeby uzyskać akceptację. A tu planowane przedsięwzięcie najpewniej napotka problemy. – Jeśli migranci, którzy znaleźli się na terytorium Włoch i tam złożyli wniosek o azyl, mieliby być przewożeni do obozów w Albanii, to takie rozwiązanie będzie niezgodne z prawem UE. Dyrektywa w sprawie wspólnych procedur udzielania i cofania ochrony międzynarodowej gwarantuje im bowiem prawo do pozostania w państwie członkowskim do czasu rozpatrzenia wniosku azylowego. W przypadku jej naruszenia Włosi narażą się na pozwy do Trybunału Sprawiedliwości UE – tłumaczy Jolanta Szymańska, koordynatorka programu Unia Europejska w PISM.

Więcej wątpliwości budzi sytuacja, w której migranci uratowani na wodach międzynarodowych zostaliby przetransportowani bezpośrednio do Albanii: czy jeśli przechwyci ich włoska straż przybrzeżna, to będzie znaczyło, że znaleźli się już na terytorium państwa członkowskiego, które powinno wziąć za nich odpowiedzialność? A może sam fakt, że przybysze składają wnioski azylowe we włoskich urzędach, wystarczy, by wywożenie ich do kraju trzeciego stało się nielegalne? A skoro zgodnie z przepisami decyzję o zatrzymaniu migranta w zamkniętym ośrodku musi zatwierdzić sędzia, to czy da się w ogóle uniknąć postoju na włoskim wybrzeżu? „Włochy nie mogą przewozić ludzi uratowanych na morzu do krajów trzecich, jakby to były paczki czy towary” – napisał na Twitterze (X) Riccardo Magi, szef centrolewicowej partii Più Europa (Więcej Europy). Umowę z Albanią nazwał próbą „stworzenia rodzaju włoskiego Guantánamo poza jakimikolwiek standardami międzynarodowymi”.

Outsourcing migrantów to kolejna rozpaczliwa próba zduszenia ruchu na szlaku z Afryki Północnej do Europy. Dla wiarygodności Meloni, która zbudowała polityczny kapitał na antymigranckich hasłach, statystyki są w tym roku bezlitosne: od stycznia u wybrzeży Półwyspu Apenińskiego zjawiło się 146,5 tys. przybyszy – najczęściej to osoby, które wypłynęły z Tunezji lub Libii. W tym samym okresie 2022 r. ich liczba sięgnęła 88 tys. Większość to migranci zarobkowi, którzy w świetle włoskich przepisów nie spełniają kryteriów azylowych, ale służby nie radzą sobie z ich wydalaniem. Nożyce wjazdów i wyjazdów rozwierają się coraz szerzej: w całym roku 2022 zarejestrowano ponad 105 tys. nowych przybyszy i prawie 4 tys. deportacji – głównie obywateli Tunezji, z którą Włochy mają podpisaną umowę w tej sprawie. Jak wynika z analizy Fondazione Leone Moressa, w latach 2013–2021 niespełna jedna piąta (44 tys.) osób, które dostały nakaz wyjazdu do kraju pochodzenia (230 tys.) faktycznie opuściła Półwysep Apeniński. Władze w Rzymie wyjaśniają zatory deportacyjne m.in. tym, że rządy niektórych krajów – np. Egiptu i Nigerii – wprowadzają roczne limity dla liczby obywateli, których zgadzają się przyjąć z powrotem.

Po tym, jak w połowie września na Lampedusę w ciągu 24 godzin dotarło 120 łódek łącznie z ok. 7 tys. pasażerów, rząd wydał pakiet dekretów, które miały odstraszyć migrantów perspektywą długiego pobytu w obozie. Zgodnie z nowymi przepisami osoby czekające na deportację mogą być teraz przetrzymywane w zamknięciu nawet przez półtora roku (wcześniej – do sześciu miesięcy). Ułatwiono też wydalanie z kraju m.in. cudzoziemców, których policja zakwalifikowała jako zagrożenie dla porządku publicznego, a także osoby, które zaniżyły w dokumentach swój wiek (nieletni cieszą się bowiem specjalną ochroną przed deportacją).

Czarne dziury

Jednocześnie rząd Meloni zapowiedział podwojenie liczby strzeżonych centrów detencyjnych. Mowa o tzw. CPR-ach (centri di permanenza per il rimpatrio), które nawet jak na fatalne standardy większości zamkniętych ośrodków owiane są wyjątkowo złą sławą. Trafiają tam cudzoziemcy oczekujący na deportację, a także ci, którzy nie dostali jeszcze decyzji azylowej, lecz według urzędników mogą się spodziewać odmowy (zwłaszcza jeśli okazałoby się, że mają na koncie wyrok skazujący). Eksperci praw człowieka od dawna alarmują, że pobyt w CPR-ach niewiele się różni od odsiadki w więzieniu o zaostrzonym rygorze, a panujące tam warunki to definicja nieludzkiego traktowania: ciasnota, brud, niedziałające toalety, brak światła, zbutwiałe materace, ograniczony dostęp do opieki medycznej. CILD, koalicja włoskich organizacji na rzecz praw obywatelskich, nazwała te miejsca czarnymi dziurami.

Obecnie w kraju działa 11 CPR-ów dysponujących ok. 800 miejscami. Najnowszy obiekt, oddany do użytku pod koniec września, to ogrodzone drutem kolczastym kontenery, które dostawiono do ośrodka recepcyjnego w sycylijskim Pozzallo. Mają być tam wysyłani wyłącznie obywatele krajów uznawanych za bezpieczne (wśród nich są m.in. Nigeria, Tunezja, Senegal i Maroko), a zatem przeważnie bez perspektywy na status uchodźcy. Nowe przepisy pozwalają im uniknąć czekania w obozie na deportację, jeśli zapłacą depozyt w wysokości 5 tys. euro.

Plan rozbudowy sieci CPR-ów napotkał jednak sprzeciw ze strony burmistrzów i prezydentów regionów, którzy oświadczyli, że nie chcą ich mieć na swoim terenie. Rządowi zarzucili, że usiłuje przerzucić odpowiedzialność za przetrzymywanie i pozbywanie się z kraju niechcianych cudzoziemców na lokalne władze. Wśród oponentów znaleźli się nawet ci samorządowcy, którzy zwykle należą do czempionów ostrego kursu wobec migracji, np. Luca Zaia, prezydent Wenecji Euganejskiej i polityk skrajnie prawicowej Ligi Północnej. „CPR-y nie rozwiążą problemu przyjazdów. To tak, jakbyśmy chcieli opróżnić morze za pomocą wiadra” – dowodził. W tej sytuacji Meloni postanowiła szukać wsparcia poza Italią.

Migranci wyoutsoursowani

– Idea outsourcingu azylantów od dawna budzi zainteresowanie państw członkowskich – podkreśla Jolanta Szymańska z PISM. – Pojawiła się np. na szczycie Rady Europejskiej w czerwcu 2018 r., na którym przywódcy zadecydowali o utworzeniu w pozaeuropejskich krajach ośrodków dla migrantów uratowanych na Morzu Śródziemnym, którzy nie zdołali dotrzeć na terytorium Unii. Miała to być alternatywa dla relokacji. Plan nie wypalił, bo nie znalazły się kraje chętne, żeby stać się obozami uchodźczymi dla Europy.

Unijnym państwem, które dotąd najpoważniej przymierzało się do wyoutsourcowania migrantów poza swoje granice, jest prowadząca jedną z najsurowszych polityk azylowych Dania. W czerwcu 2021 r. socjaldemokratyczna premier Mette Frederiksen ogłosiła nawet, że jej celem jest zredukowanie liczby przyjmowanych uchodźców do zera.

Dwa lata wcześniej Frederiksen poprowadziła swoje ugrupowanie do zwycięstwa, neutralizując zagrożenie ze strony zwyżkującej w sondażach skrajnej prawicy poprzez obranie twardego kursu wobec azylantów. Duńscy socjaldemokraci, którzy w tym stuleciu przegrywali wybory seriami, przerwali fatalną passę, przekonując ludzi, że ograniczenie liczby uchodźców i migrantów do minimum jest gwarancją utrzymania hojnego państwa dobrobytu. Dzisiaj za taką polityką opowiadają się praktycznie wszystkie partie w kraju – z wyjątkiem progresywnej lewicy. W osiągnięciu celu „zero azylantów” miało pomóc porozumienie zawarte w 2021 r. z Rwandą, która za bliżej nieznaną kwotę zgodziła się przyjmować rocznie około 1 tys. migrantów, którzy stawili się na duńskiej granicy. Władze w Kigali miały na siebie wziąć także procedury azylowe, co oznaczałoby, że nawet w przypadku pozytywnej decyzji uchodźcy nie mogliby osiedlić się w Skandynawii. Po zeszłorocznych wyborach Kopenhaga wstrzymała rozmowy na temat migracyjnego outsourcingu, tłumacząc, że zamierza je teraz prowadzić „we współpracy z UE i europejskimi partnerami”. – Szersze podejście ma sens, bo wiele krajów jest tym zainteresowanych – oznajmił minister spraw wewnętrznych Kaare Dybvad gazecie „Altinget”.

W Niemczech rządząca koalicja, opozycja i władze landów uzgodniły tydzień temu pakiet zmian, które mają m.in. przyspieszyć deportacje i utrudnić azylantom dostęp do programów socjalnych, a przy okazji zapowiedziały, że „przeanalizują” możliwość stworzenia centrów uchodźczych w krajach trzecich. Również Austria bada taką opcję.

Podobną umowę co Dania zawarła z Rwandą w 2022 r. Wielka Brytania. Plan, opracowany przez zdymisjonowaną w tym tygodniu minister Suellę Braverman, zakładał, że Kigali otrzyma wartą 120 mln funtów pomoc gospodarczą, a do tego 20–30 tys. funtów za przyjęcie każdego migranta, któremu Londyn wręczy bilet w jedną stronę. W czerwcu Sąd Apelacyjny orzekł jednak, że Rwanda nie jest krajem bezpiecznym i nie gwarantuje przestrzegania praw człowieka, dlatego porozumienie jest nielegalne. W środę jego wyrok utrzymał w mocy Sąd Najwyższy (czytaj też na str. 17–18).

– Tendencje do wypychania azylantów poza granice UE będą się nasilać, bo rządy państw członkowskich obawiają się eurosceptycyzmu, który wzrasta na fali migracji – mówi Jolanta Szymańska. – Na krótką metę takie rozwiązania mogą nawet przynosić spektakularne efekty. Tak było z umową, w której Turcja w zamian za pomoc finansową Unii zobowiązała się zatrzymywać migrantów na swoim terytorium. Po jej zawarciu liczba osób przedostających się do Europy błyskawicznie zmalała o ok. 90 proc. W dłuższej perspektywie to jednak nie działa. Gdy dochodziło do rozbieżności, Turcja zaczynała szantażować UE migrantami, wywołując lokalne kryzysy. Teraz widać to również na podstawie porozumienia Unii z Tunezją – dodaje. ©Ⓟ