Przyszłość unijnego rynku określi wynik sporu między zwolennikami i przeciwnikami atomu. Na razie perspektywy wypracowania dealu wydają się jednak odległe. Kolejne fiasko oznacza dla Polski wydłużenie niepewności w dwóch kluczowych dla naszej transformacji i bezpieczeństwa energetycznego sprawach.

Wczorajsze, pierwsze od lipca i drugie od objęcia unijnej prezydencji przez Hiszpanów spotkanie ministrów ds. energii „27” miało zakończyć ciągnący się od miesięcy spór o nowe zasady na wspólnym rynku prądu. Jeszcze przystępując do rozmów, hiszpańska wicepremier Teresa Ribera zapewniała, że – mimo utrzymujących się rozbieżności wizji między Niemcami a Francją – jest optymistką i wierzy w osiągnięcie porozumienia. O tym, że kompromis jest „w zasięgu” (choć jego wypracowanie może się okazać czasochłonne), przekonana była też komisarz ds. energii Kadri Simson, która przypominała, że to właśnie spotkanie ministrów może być ostatnią szansą na przeprowadzenie reformy przed przyszłorocznymi eurowyborami. By tak się stało, uzgodnienie i przyjęcie ostatecznej wersji przepisów przez państwa członkowskie i Parlament Europejski powinno nastąpić najpóźniej do kwietnia przyszłego roku.

Gdy zamykaliśmy to wydanie DGP, trwała przerwa w zebraniu unijnej Rady. W kuluarach prezydencja zorganizowała spotkanie trójstronne z udziałem przedstawicieli Francji i Niemiec poświęcone warunkom kompromisu. Perspektywy wypracowania dealu wydawały się jednak odległe.

Kolejne fiasko oznacza dla Polski wydłużenie niepewności w dwóch kluczowych dla naszej transformacji i bezpieczeństwa energetycznego sprawach. Pierwsza dotyczy wsparcia elektrowni węglowych po 2025 r. Zgodnie z obowiązującymi przepisami tego typu bloki za niecałe dwa lata mają stracić możliwość dopłat z tzw. rynku mocy dla jednostek stabilizujących system energetyczny. Derogacja, która uzyskała wstępną i nieoficjalną akceptację większości stolic, zakłada wydłużenie możliwości stosowania tego instrumentu w uzasadnionych przypadkach do końca 2028 r. Do przeciwników wyłączenia, o które walczył polski rząd, należą jednak Austria i Luksemburg, co oznacza, że do ostatniego momentu istnieje ryzyko, że mało istotne dla innych krajów rozwiązanie może stać się kartą przetargową w negocjacjach o inne elementy reformy.

Drugim istotnym wymiarem dla Polski jest kwestia atomu. Jak wynika z naszych informacji, oczekiwanie na unijne regulacje jest jednym z głównych czynników, które opóźniają określenie mechanizmu finansowania dla planowanej na Pomorzu pierwszej polskiej elektrowni jądrowej. W przypadku fiaska rozmów na szczeblu ministrów kolejną okazją do podjęcia „rozmów ostatniej szansy” w sprawie reformy będzie szczyt unijnych przywódców, który ma się odbyć pod koniec października.

Konieczność zreformowania unijnego rynku energii wydawała się coraz bardziej oczywista już od czasu, gdy – w drugiej połowie 2021 r., jeszcze przed atakiem rosyjskich wojsk na Ukrainę – do kontraktowego minimum swoje dostawy błękitnego paliwa do Europy ograniczył Gazprom, windując ceny gazu i prądu w całej Wspólnocie. Na niekorzyść UE zagrała tzw. zasada merit order. Zakłada ona – z jednej strony – pierwszeństwo dostępu do sieci dla energii ze źródeł o najniższych kosztach krańcowych, premiując tym samym źródła odnawialne. Z drugiej strony sprawia, że ceny energii na rynku wyznacza „domykający” miks energetyczny najdroższy jego składnik, którym w okresie kryzysu energetycznego stał się gaz. W grudniu 2021 r. na największych europejskich rynkach – we Francji, w Niemczech, we Włoszech czy w Hiszpanii – za megawatogodzinę energii trzeba było płacić średnio ponad 200 euro. Cztery miesiące później we Włoszech (najdroższy rynek w UE) przeciętne ceny prądu przekroczyły 300 euro. A w rekordowym sierpniu ub.r. sięgnęły tam przeszło 540 euro.

Szybko okazało się jednak, że państwom członkowskim nie jest łatwo porozumieć się co do szczegółów reformy. Problematyczne okazało się zwłaszcza znalezienie kompromisu pomiędzy Paryżem a Berlinem. Francja pozyskuje z atomu ok. dwóch trzecich swojej energii elektrycznej. Niemcy wiosną zakończyli eksploatację swoich ostatnich bloków jądrowych. Plan wygaszania atomu, zatwierdzony przez kanclerz Angelę Merkel po katastrofie w Fukushimie, został tylko nieznacznie skorygowany w reakcji na kryzys związany z rosyjską agresją na Ukrainę (pracę trzech ostatnich reaktorów wydłużono o 3,5 miesiąca w obawie o stabilność dostaw energii w sezonie grzewczym). Rząd Scholza obawia się, że zgoda na postulaty zachodniego sąsiada będzie oznaczać relatywnie tańszą energię dla francuskiego przemysłu.

Francuzom, dzięki wykorzystaniu formatu skupiającego paręnaście państw członkowskich nieformalnego paktu projądrowego, udało się skonsolidować poparcie dla korzystnego dla atomu kształtu reformy. Popierają go m.in. kraje Europy Środkowej: Polska, Czechy, Węgry, Słowacja czy Rumunia. Minister transformacji energetycznej Francji Agnès Pannier-Runacher akcentowała wczoraj, że dopuszczenie subsydiów dla istniejących reaktorów przyczyni się do obniżenia kosztów energii w dobie zielonej transformacji, i przestrzegała przed dyskryminacją atomu. – Muszą być równe zasady gry, nie może być dyskryminacji rynku nuklearnego, bo on – ten dotychczasowy – ma ceny porównywalne z OZE, a w kolejnych latach będziemy potrzebować więcej energii – mówiła.

Wstępną aprobatę Francji uzyskała także ostatnia propozycja kompromisu, przedstawiona stolicom przez hiszpańską prezydencję przed weekendem. Pannier-Runacher oceniła rano, że wypełnia ona minimalne oczekiwania Paryża, bo nie wyklucza zastosowania kontraktów różnicowych do wspierania istniejących jednostek jądrowych, a konkretnie – do modernizacji służących do przedłużenia ich pracy ponad obowiązujące kontrakty. Za kompromisową formułą zaproponowaną przez prezydencję opowiedziały się ponadto m.in. Grecja, Portugalia, Finlandia i kraje bałtyckie.

Ale szybko okazało się, że Berlin nie zamierza łatwo ustąpić. – Nie możemy poprzeć wersji reformy proponowanej przez prezydencję – oświadczył wicekanclerz Niemiec Robert Habeck, zdaniem którego dopuszczenie wsparcia wydłużenia pracy reaktorów może zagrozić równości reguł rynkowych dla istniejących źródeł energii. – Wiele było debat w ostatnim czasie na ten temat, przedłożyliśmy wiele propozycji, co najmniej trzykrotnie wydawało się, że już mamy porozumienie, ale dziś jeszcze tak nie jest – mówił Habeck.

Czego oczekuje Berlin? Ograniczenia wolumenów energii elektrycznej, która może być przez Francję subsydiowana, lub precyzyjnej kontroli gromadzenia i redystrybucji dochodów uzyskiwanych przez Paryż z energetyki jądrowej. Tymczasem obóz Emmanuela Macrona stoi na stanowisku, że UE nie powinna regulować powyższych kwestii, lecz pozostawić je w gestii państw członkowskich. ©℗

Udział w produkcji energii elektrycznej w 2022 r. (proc.) / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe