Rosja nie szykowała się do takiej wojny, jej możliwości się kurczą. A my cieszymy się wsparciem cywilizowanego świata. Ale będzie jeszcze bardzo ciężko - zauważa Serhij Hrabski pułkownik Sił Zbrojnych Ukrainy w stanie spoczynku, założyciel Związku Uczestników Operacji Pokojowych.

Z Serhijem Hrabskim rozmawia Michał Potocki
Zacznijmy od 24 lutego 2022 r. Spodziewał się pan?
Zaczęliśmy się uważnie przyglądać podejrzanym ruchom rosyjskiej armii w marcu 2021 r. Analizując sytuację, doszliśmy do przekonania, że to tylko demonstracja siły, bo jej liczebność nie wystarczyłaby do okupacji Ukrainy. To wyglądało bardziej na rozmazywanie wojsk wzdłuż granicy niż na poważną operację. Znając zasady działania Rosjan, bo przecież uczyliśmy się w tych samych akademiach…
Czyli wiecie, jak myślą.
Tak, bo uczyliśmy się tego samego, a u nich nic się nie zmieniło. Dopiero w drugiej połowie stycznia 2022 r. zaczął się ruch, który świadczył, że mają zamiar coś zrobić. Dzwonkiem alarmowym był początek tworzenia w obwodzie biełgorodzkim - koło Charkowa, lecz po drugiej stronie granicy - wojsk drugiego rzutu. Kolejnym sygnałem była nasilona aktywność grup zwiadowczo-dywersyjnych. Jednak do 23 lutego pod względem liczebności, jakości i składu wojsk nie było żadnych oznak, że Rosjanie mogą rozpocząć wojnę na taką skalę. Dlatego rozpatruję ich napad jako awanturę. Powiem więcej. 23 lutego o 23.30 skontaktowałem się z przyjaciółmi z Sił Operacji Specjalnych. Powiedzieli, że coś się zaczęło na wschodzie kraju i że podjęto decyzję o wycofaniu stamtąd ich ludzi. Poprosiłem, żeby do drugiej w nocy potwierdzili, że nie ma ich już w Mariupolu ani w Siewierodoniecku. Tak zrobili i poszedłem spać. Byłem przekonany, że biorąc pod uwagę sytuację, taka awantura nie jest możliwa. Rosjanie nie mieli szans. Śmiech i grzech! Przecież ani jednego milionowego miasta nie wzięto siłą po II wojnie. Kiedy po rozpoczęciu inwazji zgodnie z poleceniem kierownictwa dotarłem do Lwowa, zadałem pytanie, ile było uderzeń. Mówią: 186. Pytam: „To żart?”. Odpowiedzi nie było, bo nawet oni nie rozumieli, co ten atak ma wspólnego z teorią operacji ofensywnej.
Uderzeń?
Zmasowanych uderzeń ogniowych z użyciem m.in. lotnictwa i rakiet. Dla takiego terytorium jak Ukraina powinno ich być od razu 400-600. A tu 186 na cały kraj. Nasz system dowodzenia nie został zniszczony, podobnie lotniska i miejsca koncentracji wojsk. Rosjanie wyprowadzili uderzenia - i co? Tylko ludzi rozwścieczyli. Poza tym są obiektywne wskaźniki dotyczące liczebności sił wymaganych do przeprowadzenia operacji ofensywnej. Taka armia winna dwu-, trzykrotnie przewyższać siły obrońców. Czyli powinni skoncentrować wojska liczące ok. 600-700 tys. ludzi, a mieli 200 tys. Jaki był tego efekt? Czy zdobyli choć jeden krytycznie ważny punkt? Zajęli Chersoń, jednak Charków, Sumy ani Czernihów nawet na chwilę nie trafiły pod okupację. Ich logistyka była nieprzemyślana, zabezpieczenie medyczne nieprzemyślane, techniczne podobnie. Posuwali się do przodu, dopóki starczyło im paliwa. Potem stanęli. 2 marca było jasne, że przegrali.
ikona lupy />
Serhij Hrabski pułkownik Sił Zbrojnych Ukrainy w stanie spoczynku, założyciel Związku Uczestników Operacji Pokojowych / Materiały prasowe / fot. materiały prasowe
Spotkałem się z wyjaśnieniem, że rosyjska operacja była obliczona jedynie na zajęcie Donbasu i Charkowa oraz południa Ukrainy, ale ktoś w ostatniej chwili z politycznych przyczyn wcisnął do niej jeszcze Kijów.
Proszę spojrzeć na mapę (Hrabski wyciąga telefon i uruchamia aplikację z mapami - red.). Wyjaśnię, dlaczego dzwonkiem alarmowym była dla nas koncentracja ich sił w rejonie Charkowa. Ukraińskie siły były rozmieszczone głównie w rejonach obwodów donieckiego i ługańskiego, a tutaj widać najkrótszy odstęp między granicą a rzeką Dniepr...
Pokazuje pan odcinek między Charkowem a Krzemieńczukiem.
Od Charkowa przez Połtawę, Krzemieńczuk, Horiszni Pławni. Logiczne byłoby wyprowadzenie uderzenia w tym miejscu, co rozerwałoby Ukrainę na trzy części. Z lewobrzeżnej Ukrainy wycofać się nie da, bo mamy kaskadę zalewów na Dnieprze. Siły na Donbasie i południu, dociskane od strony Krymu, też są zablokowane. Cała lewobrzeżna Ukraina jest w ich rękach. Kijów można potem próbować do czegoś zmuszać. Z Białorusi od strony Polesia i Wołynia atak był mało realny.
Błoto?
Tak, i ograniczona sieć dróg. Tak też sądziliśmy: Rosjanie koncentrują wojska w obwodach briańskim, kurskim i biełgorodzkim, żeby wyprowadzić całkowicie logiczne uderzenie. Wprawdzie do tego też potrzebowaliby dwa razy więcej sił, ale mogli próbować. Niezależnie od tego, jakie były plany, dodali jakiś niezrozumiały czynnik polityczny, czego jako wojskowy analityk nie będę analizował.
W USA wychodzą artykuły i książki opowiadające, że Amerykanie o wszystkim wiedzieli i was uprzedzali, ale do końca nie chcieliście wierzyć. Co prawda, gdyby tak było, to szef wywiadu wojskowego Kyryło Budanow nie opisałby tych planów publicznie już w listopadzie 2021 r., ale interesuje mnie pana opinia.
Trzeba wziąć pod uwagę możliwości ich wywiadu. Amerykanie mają pełen obraz sytuacji, wiedzą, jakiego koloru jest papier toaletowy używany na Kremlu. Oni znali projekt pod nazwą „Podbój Ukrainy”. To teraz Amerykanie są tacy śmiali, ale wtedy z dużą ostrożnością - zrozumiałą z operacyjnego punktu widzenia - dzielili się wiedzą, by nie spalić swoich źródeł. Bo Ukraina była spenetrowana przez rosyjską agenturę. Nie mam wątpliwości, że wiedzieli. Nie mam też wątpliwości, że sugerowali nam, co się stanie. I nie mam wątpliwości, że Siły Zbrojne Ukrainy reagowały. W książkach piszą, że jeśli potencjalny wróg przeprowadza masowe manewry na terytorium sąsiedniego państwa, trzeba odpowiedzieć tym samym. Nasza armia 14-16 lutego została rozlokowana w miejscach przeznaczenia. 16-18 lutego rozmieszczono główne grupy uderzeniowe w nowych punktach dyslokacji. Moskale w to nie uwierzyli, podobnie jak nie oczekiwali, że naród będzie tak zjednoczony. Nie uwzględnili, ilu ludzi przeszło przez ATO (operacja antyterrorystyczna prowadzona na Donbasie od 2014 r. - red.), ani że istnieje wielki bufor zwany rezerwą operacyjną. Z jakiegoś powodu sądzili, że nasza reakcja zajmie kilka dni, tymczasem już po kilku godzinach byliśmy gotowi do walki. Rezerwa operacyjna została rozwinięta zgodnie z nowymi standardami, więc rosyjskie uderzenie trafiło w próżnię.
Co zadecydowało o udanej obronie Kijowa?
Opór ludności. Wróg sądził, że wskutek ataku wszyscy będą w szoku. Tymczasem w pierwszych dniach ludziom rozdano dziesiątki tysięcy karabinów. Nawet miejscowi bandyci zaczęli się zbierać, by bronić kraju. Każdy robił, co uważał za stosowne. Jeden z przyjaciół opowiadał, jak w ośmiu organizowali potrzask na Rosjan. Gdy kolumna wroga dotarła do miejsca zasadzki, ostrzeliwano ją z 20-30 pozycji. A oni wiedzieli, że jest ich tylko ośmiu. Jak już na miejscu kolumny został farsz, to zobaczyli, jak jakieś drogie dżipy rozjeżdżają się w różne strony. Inni do nich dołączyli. Czegoś takiego Moskale nie mogli przewidzieć. Mierzyli wszystko swoją mentalnością pokory. Nie wiedzieli, że u nas każdy sam z siebie będzie się bronić. Poza tym są utarte prawidła sztuki operacyjnej. Brygada czołgowa może wejść do wielkiego miasta. Brygada piechoty też. A Moskale działali do ostatniej chwili taktyką batalionowych grup taktycznych. Czym jest te 800 osób? Wejść do miasta, wejdą - ale co dalej?
Od 2014 r. analitycy podkreślali, że dalekosiężnym celem Rosji jest opanowanie lądowego korytarza na Krym. Tak się stało. Jeśli obrona Kijowa była zwycięstwem, to na południu można mówić o porażce.
Można. Sytuację Krymu studiowałem dość długo - jeśli weźmie pan mapy operacji Piotra Wrangla z 1920 r., to maksymalny zasięg jego wojsk pokrywa się z zasięgiem Rosjan z 2022 r. Doszli do Kachowki, Hulajpola, Orichiwa. I tyle. Dalej nie mogli pójść, bo tam są tylko dwa szlaki dostaw. Można skoncentrować dużą liczbę wojsk, ale nie da się ich przepchnąć jednocześnie przez wąskie gardła łączące Krym z obwodem chersońskim. Co więcej, trójkąt na Chersońszczyznie, w którym obecnie znajdują się Moskale, jest nie do obrony. To samo dotyczyło Ukraińców. Nasi znajdowali się wtedy w stepie, nie mieli szlaków dostaw. Jakich by nie stworzyli punktów oporu, byłoby im trudno wytrzymać pierwsze uderzenie. Zadaniem ukraińskich wojsk było więc powstrzymanie przeciwnika - i tak też się stało. Rosyjskie uderzenie zatrzymało się także dzięki niezłomności Mariupola. Nie zapominajmy też o ich totalnej przewadze na tym odcinku frontu. Jedna trzecia ukraińskich wojsk była skoncentrowana na Donbasie. Tam Moskale nie osiągnęli większych sukcesów. Sukcesy mieli tam, gdzie nie napotkali na zorganizowany opór i gdzie pozwalała im na to geografia. A obwody czernihowski, kijowski i sumski to lasy i drogi. Ograniczona liczba szlaków dostaw i niemożliwość utrzymania się w miastach sprawiła, że natarcie samo się zatrzymało. Rosjanie stali się wtedy celem dla naszej obrony przeciwpancernej.
Można dojść do wniosku, że i zajęcie przez nich Odessy było niemożliwe.
Rozmawiałem na ten temat z chłopakami z Sił Wojskowo-Morskich. Nawet w szczycie możliwości rosyjska Flota Czarnomorska mogła przeprowadzić desant dwóch i pół brygady. Czym jest 10 tys. ludzi na takie miasto jak Odessa? Taki desant ma szanse powodzenia w kombinacji z operacją lądową, a ta byłaby możliwa, gdyby przedarli się w rejonie Wozniesieńska. Do którego zresztą doszli, ale zbyt rozciągnięte szlaki dostaw, wraz z heroiczną obroną Mariupola, nie pozwoliły im na atak w kierunku Odessy. Sam Mariupol to nasza straszna porażka. Ponieśliśmy kolosalne straty w zabitych, rannych i wziętych do niewoli. Tylko tych ostatnich było 1,2 tys. Ale ta straszna ofiara sprawiła, że Rosjanie nie mieli sił na dalszą ofensywę, bo musieli ściągnąć 12 tys. żołnierzy pod Mariupol. Potem w naszej dyspozycji pojawiły się rakiety, ostrzelano okręty i atak na Odessę został udaremniony.
Przyszedł przełom marca i kwietnia, wyzwolenie obwodów czernihowskiego, kijowskiego i sumskiego. Zmusiliście ich do odwrotu czy sami podjęli decyzję, że nic więcej już tam nie zrobią?
Zrozumieli, że natknęli się na realny opór. Nie byli w stanie wejść do Charkowa, Czernihowa, Sum. Doszli do Browarów pod Kijowem i stanęli. Rozciągnęli swoje kolumny. Proszę policzyć, ile potrzebowali paliwa do czołgów. A Ukraińcy zamienili ataki na opancerzone kolumny zmechanizowane na ataki na kolumny logistyczne, które nie były osłaniane. Rosjanie mogli zostawić garnizony i czekać na rezerwy, ale zanim by one dotarły, to te garnizony zostałyby zlikwidowane. Skoro nie udała się im awantura w Kijowie, trzeba było się wycofać.
Część sił przerzucili wtedy na Donbas, zdobyli Lisiczańsk i Siewierodonieck, ale nic ponadto.
Ich problemem jest to, że w przeciwieństwie do ukraińskiej armii, która wciąż trochę pozostaje zainfekowana sowieckością, w Rosji do rangi prawdy absolutnej podniesiono kanony radzieckiej sztuki operacyjnej. Mentalność rosyjskich dowódców nie zmieniła się od stulecia. Dochodzi do tego presja polityków, która pozbawia dowódców inicjatywy. Mówi się u nas, że rosyjski sierżant to po prostu szeregowiec z nawykami. I tak do generała. To chłopi pańszczyźniani. Nieważne, czy masz lampasy i gwiazdki generalskie, działasz w sztywnej strukturze pionowej. Cała armia czeka na zadania do wykonania.
Bardzo to archaiczne.
Mają masę sprzętu, ale nie są w stanie działać tak, jak nowoczesna armia.
Ukraińska armia też wyrasta z sowieckości. Jak udało się sprawić, że dowódcy nie boją się podejmować decyzji?
Zniszczenie armii, która pozostała na terenie Ukrainy po rozpadzie ZSRR, polegało na faktycznym wymarciu radzieckich oficerów. Niewielu pozostało nosicieli sowieckości. Trochę ich jeszcze jest, ale nie mają decydującego wpływu. Mentalność się zmieniła. Ukraińcy to indywidualiści. Dwie rewolucje na Majdanie sprawiły, że nauczyliśmy się samoorganizować. Ten proces został wzmocniony przekazem, który zasiali amerykańscy wojskowi w centrum szkoleniowym w Jaworowie, przez które przeszły wszystkie brygady Sił Zbrojnych Ukrainy. To pozwoliło stworzyć fenomen ukraińskiego wojska, któremu na imię „Pan Sierżant”. W odróżnieniu od Moskali, pan sierżant to u nas menedżer, który decyduje. Czasem śledzę rosyjskie przekazy, kiedyś trafiłem na rozmowę korespondenta wojennego z wojskowym, który powiedział, że u Ukraińców sierżant może sam zwrócić się o wsparcie artylerii. W rosyjskiej armii nawet kapitan nie zawsze może to zrobić. Ta kombinacja nowej metodyki, doświadczenia i mentalności umożliwiła nam przeprowadzanie operacji ofensywnych mniejszymi liczebnie siłami, niż przewiduje nauka o wojskowości.
Nadmierna autonomia nie przeszkadza koordynacji działań?
Tak się zdarza. Jak to się u nas mówi: gdzie dwóch Ukraińców, tam trzech hetmanów. Jeden z moich kolegów, pochodzący z Kaukazu, mówi, że zawsze zadziwiał go u nas kompletny brak szacunku do kierownictwa. I to czasem szkodzi. Niektórzy podejmują decyzje bez uwzględnienia ogólnej sytuacji, którą zna dowództwo operacyjne. A jest jeszcze aspekt niejednorodności oddziałów. Trudno porównać regularne oddziały z - ujmijmy to tak - półregularnymi, o trochę odmiennej ideologii i innym poziomie autonomii. Jak powiedziałem, są plusy, są minusy.
Wróćmy do chronologii wydarzeń. Wczesną jesienią efektowne przełamanie frontu pod Charkowem. To największe zwycięstwo tej wojny?
Były dwa takie zwycięstwa: Charków i Chersoń. Trafiliśmy na moment, gdy przeciwnik wszystko, co mógł, rzucił na Donbas, by zrealizować strategiczny cel zajęcia obwodów donieckiego i ługańskiego, a pod Charkowem zostawił oddziały tyłowe. A myśmy działali wbrew kanonom. Rosjanie nie spodziewali się, że mniej liczebne wojska ukraińskie spróbują tu zaatakować. Ale biorąc pod uwagę brak inicjatywy Rosjan i rozciągnięcie frontu, zdecydowaliśmy się na to. Pozycje Rosjan były rozciągnięte tak mocno, że trudno było mówić o linii frontu. Można było między nimi iść na grzyby. Nie mieli też drugiej linii obrony. Zawczasu wytypowano punkty, przez które można było spróbować się przedrzeć. Wiedzieliśmy, że uderzając w punkt dowodzenia, zamieniamy ich armię w niedecyzyjny tłum. Oskarżano potem siły ukraińskie, że pozwoliły przeciwnikowi się wycofać. To nie tak. Przeciwnik uciekał. Ukraina zdobyła tyle czołgów, że pokryła własne straty i wróciła do stanu sprzed 24 lutego. Pod Charkowem to był taki, jak mawiają Francuzi, „courage”. W Chersoniu było zupełnie inaczej.
Jak?
Gdy przeciwnik zdał sobie sprawę, że nie przebije się do Mikołajowa, zaczął się okopywać pod Snihuriwką i Dawydiw Bridem. Zbudował trzy linie obrony. Stąd wojska ukraińskie zastosowały taktykę zakładającą metodyczne niszczenie szlaków dostaw, rejonów umocnień, punktów dowodzenia. Ta operacja może nie wyglądała tak zuchwale, ale świadczyła o wysokim stopniu zorganizowania sił ukraińskich, które niszczyły rosyjskie wojska w sposób asymetryczny. Można było niszczyć deficytowymi systemami HIMARS punkty obronne, które przeciwnik i tak by uzupełnił, tymczasem my biliśmy tak, by przeciwnik, mimo wielkiej liczby ludzi, czołgów i artylerii, nie był w stanie nic zrobić. Ludzie przecież muszą coś jeść, czymś jeździć i z czegoś strzelać. Ta konsekwentna praca sprawiła, że przeciwnik uciekł na lewy brzeg Dniepru. Ta operacja jest kontynuowana, to samo się dzieje na lewobrzeżnej Chersońszczyźnie. Odcinek w stronę Krymu praktycznie zamknęliśmy. Przeciwnik może uzupełniać zapasy tylko jedną trasą z Krymu. Rosyjska kontrola lewobrzeżnego obwodu chersońskiego jest czysto symboliczna. Czasem strzelają, ale to tyle.
Co dalej? Sforsowanie Dniepru?
Wykluczone.
Ofensywa na Melitopol?
Nikt na serio nie rozpatruje forsowania Dniepru, zwłaszcza w tym miejscu. To już jest prawie morze. Nie ma na świecie takich zasobów, którymi można by sforsować taką przeszkodę wodną. Moskale nie mogą tego zrobić, ale my też nie. Trzeba się skupić na Melitopolu, bo gdyby udało się go wyzwolić i dojść do Morza Azowskiego, rosyjski front południowy się rozpadnie. Nie utrzymają go, odejdą pewnie aż do granicy obwodu donieckiego.
Niemniej po wyzwoleniu Chersonia front się zatrzymał, a w styczniu straciliście więcej terytorium, niż odbiliście. Są powody do niepokoju?
I tak, i nie. Początkowo mieliśmy do czynienia z armią kontraktową. Gdy Rosjanie zrozumieli, że jest źle, w maju zaczęli po cichu mobilizować nowe siły. Ale jest takie angielskie słowo: gap, czyli dziura. W pewnym momencie osłabli tak, że nie mogli reagować, gdy Ukraina, korzystając z szansy, wyparła ich z Charkowszczyzny. Na początku jesieni weszły do gry po ich stronie prywatne firmy wojskowe. Potocznie mówi się o wagnerowcach, ale tych firm jest około dziesięciu. Wybuchowemu zwiększeniu ich liczebności towarzyszył katastroficzny spadek jakości. W latach 1941-1943 Stalin też rzucił na Niemców więźniów, których nawet nie przebierał w mundury. Nazywano ich czarnymi płaszczami. Mieli za cel powstrzymanie marszu przeciwnika za każdą cenę. Nawiasem mówiąc, w trakcie operacji charkowskiej pojawiła się u Rosjan funkcja, którą nazwaliśmy „ochroniarzem okopu”. Wysyłali żołnierza do okopu, dawali mu karabin i tyle. Jeśli naprzeciw ciebie siedzi jeden taki ochroniarz okopu, dajesz mu w łeb i już. Jeśli setka, to do ich likwidacji potrzebujesz z tysiąc nabojów. A jeśli jest ich tysiąc? Jak mawiała moja babcia Janina, większa kra topnieje wolniej niż mniejsza. Rosjanie zaczęli więc zasypywać odcinek doniecki szturmowcami Wagnera, byśmy na nich marnowali swoje zasoby. Pod Bachmutem obie strony sczepiły się niczym dwa buldogi. Nikt nie może ani zagryźć drugiego, ani odejść. Kiedy minister obrony Ukrainy Ołeksij Reznikow w grudniu 2022 r. mówił, że na początku stycznia rozpocznie się nowa ofensywa, wychodził z takiego założenia: 21 września ogłoszono w Rosji mobilizację, w okolicach 1 października rozpoczęto szkolenia, po trzech miesiącach - rozmieszczanie w jednostkach. Obiektywnie mówiąc, przeciwnik wzrósł dwukrotnie w porównaniu z tym, jak zaczynał. Nawet jak wystawimy tam 10 abramsów, one po prostu ugrzęzną w kupie mięsa armatniego i będą w tej krwawej masie buksować.
Czyli mobilizacja w Rosji przyniosła efekty.
Co więcej, Rosjanie wrócili do tradycyjnego dla siebie sposobu prowadzenia wojny. Bo oni nie wiedzą, co robić z armią zawodową - mikroskopem też można wbijać gwoździe, ale to nieefektywne. Dlatego zrobili to, co zawsze. Zmobilizowali masę facetów, którzy pokornie idą umierać tam, gdzie im każą. Jak mawiał mój wujek frontowiec: „Marsz wpieriod, marsz wpieriod, szturmowaja rota, wpieriedi was sława żdiot, szadi pulemioty” (naprzód marsz, naprzód marsz, szturmowa kompanio, z przodu czeka was chwała, z tyłu karabiny). Nic się nie zmieniło poza tym, że teraz za enkawudzistów robią Czeczeni. Więc ci zmobilizowani będą pokornie nacierać. I jest ich bardzo dużo. Nie starcza na nich pocisków ani sprzętu. Potrzebujemy rezerw. Ponosimy też bardzo poważne straty. Inaczej się walczy przeciwko 200 tys. zgrupowaniu, a inaczej przeciw półmilionowemu.
Głównodowodzący wojsk ukraińskich gen. Wałerij Załużny mówi, że potrzebuje 300 czołgów.
Dane z sufitu. Trudno szacować, ile czołgów potrzeba do konkretnej operacji. Poza tym, wie pan, co może zrobić abrams albo leopard na ulicach Doniecka?
Co?
Może spłonąć.
To samo dotyczy rosyjskich czołgów na ulicach Kijowa.
Kiedy mówimy o wyzwoleniu Doniecka, czy na pewno potrzebujemy tyle czołgów? Chyba nie. Moi bracia czołgiści mnie zabiją, ale według mnie czołg to broń XX w. Potrzebna nam tylko dlatego, że istnieje takie pojęcie, jak pojedynek czołgów. Rosjanie mają ich mnóstwo, dlatego my też potrzebujemy więcej.
Na czym polega wojskowe znaczenie Bachmutu?
Z wojskowego punktu widzenia jest warunkowe. Bachmut to jeden z fortów twierdzy Donbas. Przyciągnął kolosalną liczbę Rosjan, ale to bez sensu. Skoro widzisz, że przez pół roku nie możesz nic zrobić, po co się pchasz? Nawet Czyngis-chan odchodził, jeśli miasto nie poddawało się po pół roku. Dla nas Bachmut jest ważny, bo działa niczym maszynka do mięsa: dopóki straty Rosjan przewyższają nasze, dopóty utrzymanie miasta ma sens. Podkreślam słowo „miasto”, bo np. dalsze utrzymywanie miejsca, które niegdyś było miastem Sołedar, było już bezcelowe. Tam już nie było nawet gdzie się okopać. Istnieje granica, za którą dalsza obrona traci sens. Tak było też w Siewierodoniecku i Lisiczańsku. Do pewnego momentu był sens ich bronić. Jak już nie było, chłopaki się wycofali. Weszli Moskale i co? Dalej nie poszli. Odnieśli pyrrusowe zwycięstwo. Bachmut ma sens, bo ściąga siły przeciwnika, które mielimy. W grudniu 2022 r. wszyscy histeryzowali w kwestii uderzenia z Białorusi. Tymczasem Moskale najpierw mieli tam 12 tys., potem 6 tys. żołnierzy. Później na froncie pojawili się ci „Białorusini” - Rosjanie, których szkolono na Białorusi. Bachmut odgrywa więc strategiczną rolę w niszczeniu zasobów i udaremnianiu planów ofensywnych Rosji. Jak Mariupol swego czasu uratował Odessę i Mołdawię, tak teraz Bachmut wiąże maksymalne siły przeciwnika. To nie znaczy, że tak pozostanie, bo celowość jego utrzymania maleje.
Jak będziemy podsumowywać sytuację za rok?
Sytuacja się poprawi, ale zdecyduje nie czynnik wojskowy, lecz ekonomiczny. Już w natowskich szkołach się uczyłem, że wojny wygrywa gospodarka. Zadaniem wojska jest nadać sens temu zwycięstwu. Podczas I wojny światowej niemiecka armia nigdy nie walczyła na swoim terenie, ale przegrała, będąc najlepszą armią globu. Ukraina cieszy się wsparciem cywilizowanego świata. Będą straty, możemy się cofać. Ale armia wykonuje postawione zadania. Celem obrony manewrowej jest zadanie przeciwnikowi maksymalnych strat nawet w sytuacji, gdy trudno myśleć o kontrofensywie. Oni się nie szykowali do takiej wojny, ich możliwości się kurczą. Ale będzie jeszcze bardzo ciężko. Straty są przerażające. Boję się jeździć do Lwowa. Kiedy idę na Cmentarz Łyczakowski… (dłuższe milczenie, łzy w oczach) Finlandia podczas wojny zimowej też miała ogromne straty, ale przetrwała. Polska w 1920 r. rozbiła rosyjską armię, ale nie zadała jej śmiertelnego ciosu. Po 19 latach Moskale przynieśli wam straszną tragedię. Dlatego wy i Bałtowie tak dobrze nas rozumiecie. I dajecie wszystko, co możecie. Nie ma wyboru.
Czy Rosja, przegrywając, może sięgnąć po broń jądrową?
Na początku kariery miałem coś wspólnego z jądrowym komponentem Sił Zbrojnych ZSRR. Stąd moje kategoryczne przekonanie, że nie może. Na nasze wspólne szczęście światowa wspólnota stworzyła uniwersalny system kontroli nad tą bronią, który wyklucza możliwość jej niesankcjonowanego zastosowania. A teraz przyjrzyjmy się arsenałowi jądrowemu Federacji Rosyjskiej. Podczas sprawdzania zdolności bojowej sprawdza się praktyczne wykorzystanie. Czy kiedykolwiek Federacja Rosyjska przeprowadziła próbę jądrową? Nie. Czy Federacja Rosyjska ma gdzie przeprowadzić taką próbę? Nie. ZSRR przeprowadzał je w Semipałatyńsku (obecnie Semej w Kazachstanie - red.), a w latach 60. na Nowej Ziemi. Po 60 latach mam duże wątpliwości, czy Rosja jest w stanie przywrócić ten poligon do użytku. Jeszcze jeden argument: okupowana Zaporoska Elektrownia Atomowa. Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej nie mogła uzyskać do niej dostępu, dopóki nie nadeszła informacja, że dwa liczniki kontroli radiacji przestały odpowiadać na zapytania stacji centralnych. Po tygodniu szef MAEA dostał zielone światło i wjechał do elektrowni. Idziemy dalej: wszyscy wiedzą, gdzie są składowane taktyczne pociski jądrowe. Te składy są obserwowane. Niechby ktoś zauważył jakąkolwiek anomalię, niech zamiast trzech osób któregoś ranka przyjadą cztery, natychmiast zostanie uruchomiony cały łańcuch, aż wiedza dotrze na sam szczyt. Reakcja będzie natychmiastowa: „Chłopaki, co wy tam odwalacie?”. ©℗