Rosja sprzymierzyła się z partią skompromitowanego oligarchy, by wspólnie rozpalić kryzys polityczny.

„Wiele europejskich narodów, jeśli nie wszystkie, stoi przed poważnymi wyzwaniami energetycznymi, ale nasze mają charakter egzystencjalny. Dziedzictwo niemal pełnego uzależnienia od Rosji w kwestii gazu i prądu oraz niezdolność kolejnych rządów do zdywersyfikowania dostaw zagraża przetrwaniu naszej gospodarki” – pisze prezydent Mołdawii Maia Sandu w tekście opulikowanym przez portal Politico.eu. I nie chodzi tylko o to, że ze względu na wzrost cen energii Mołdawianie – jak twierdzi Sandu – tej zimy wydadzą na energię 65 proc. swoich dochodów. Ze względu na trwającą wojnę może wręcz nie być za co płacić. A jeśli tak się stanie – sugeruje prezydent – Mołdawianie mogą dołączyć do ukraińskich uchodźców w państwach zachodnio- i środkowo europejskich.
Rząd zatwierdził plan 30-proc. ograniczenia zużycia energii, ale władze liczą też na pomoc Zachodu. Jak pisze Sandu, Rumunia pokrywa obecnie 80 proc. mołdawskiego zapotrzebowania na energię elektryczną. Na ukraiński prąd Mołdawianie nie mogą już liczyć, ponieważ w październiku, ze względu na regularne ostrzały elektrowni i deficyty na własnym rynku, Kijów wstrzymał jego eksport. Wcześniej Ukraińcy pokrywali jedną trzecią zapotrzebowania, a reszta płynęła z elektrowni w Dnestrovscu na terenie opanowanym przez separatystyczne Naddniestrze. Rumuni sprzedają swój prąd po ok. 90 dol. za MWh. Naddniestrzańska energia miała tę zaletę, że jest dużo tańsza (kosztuje 62,5 dol.), ale rodzi dodatkowe ryzyka. 1 listopada Moskwa ograniczyła o 50 proc. dostawy gazu dla Mołdawii. Tymczasem częściowo właśnie na nim pracuje naddniestrzańska siłownia, która musiała przez to zredukować produkcję. Kolejne problemy wywołał jeden z ostatnich ostrzałów Ukrainy. 15 listopada, w dniu wybuchu w Przewodowie, zgasło światło w kilku mołdawskich regionach, w tym w części stolicy.
Rosyjskim kuratorom Naddniestrza nie podoba się prozachodnia administracja Mai Sandu. W Kiszyniowie od kwartału demonstrują zwolennicy Partii Șor (PȘ). To trzecie co do wielkości ugrupowanie w mołdawskim parlamencie, zostało nazwane od nazwiska lidera, oligarchy Ilana Șora. Biznesmen ukrywa się w Izraelu, ścigany listem gończym ze względu na podejrzenia o udział w wyprowadzeniu równowartości 1 mld dol. z mołdawskiego systemu bankowego. Afera z ukradzionym miliardem w 2015 r. wstrząsnęła lokalną sceną polityczną, ale nigdy jej do końca nie wyjaśniono. PȘ sięga po hasła populistyczne, nie waha się przed kupowaniem poparcia kosztownymi podarkami dla elektoratu. Po 24 lutego jej politycy zacieśnili relacje z Rosjanami, choć jeszcze w 2015 r. Ilanowi Șorowi zakazano wjazdu do Rosji. Parlamentarzyści PȘ obiecywali podczas wrześniowej wizyty w Moskwie, że będą dbali o rosyjskie interesy gospodarcze. W zamian szef komisji spraw zagranicznych Dumy Leonid Słucki obiecał zniżkę na gaz dla Orgiejowa, bastionu ugrupowania.
Kiszyniowscy demonstranci żądają przedterminowych wyborów. Ostatnie sondaże wskazują, że PȘ mogłaby potroić poparcie z poprzedniego głosowania, podczas gdy związana z Maią Sandu Partia Działania i Solidarności najpewniej straciłaby samodzielną większość. Dla samego oligarchy wejście do koalicji rządzącej po kolejnych wyborach byłoby także szansą na zamknięcie toczonych przeciwko niemu postępowań i wycofanie listu gończego. Do demonstracji PȘ nie przyłączyły się inne partie z prorosyjskiej części sceny – socjaliści i komuniści. Obie dopiero dostosowują taktykę do nowej sytuacji, w której – jak pisze mołdawski NewsMaker – to oligarchiczni populiści Șora, grający na pogarszających się ze względu na głęboki kryzys gospodarczy nastrojach społecznych, stali się dla Kremla partią pierwszego wyboru. Sandu powiedziała na poniedziałkowym forum w Paryżu, że demonstracje są finansowane z Rosji. – To zemsta za to, że jesteśmy solidarni z UE i Ukrainą – mówiła szefowa państwa. Niewykluczone, że PȘ zostanie zdelegalizowana. ©℗