Czy powinniśmy być więc zaniepokojeni? Tak, ale bez paniki. McCarthy po prostu potrzebuje głosów i wyczuwa tendencje panujące wśród elektoratu oraz potencjalnych kongresmenów następnej kadencji. A sondaże są bezwzględne, Amerykanie stają się coraz bardziej zmęczeni wojną. Zmianę nastrojów widać najlepiej właśnie u republikanów. Z badania ośrodka Pew Research Center wynika, że co trzeci wyborca tej partii uważa, że Ukraina dostaje za dużo wojskowej pomocy z USA. W marcu mówiło tak 9 proc. elektoratu, a w maju – 17 proc. Odsetek tych, którzy utrzymują, że wsparcie militarne jest za małe, spadł w siedem miesięcy z 49 proc. do 16 proc. Z sondażu Quincy Institute z września wynika natomiast, że 58 proc. obywateli USA jest przeciwnych utrzymywaniu obecnego poziomu wsparcia dla Ukrainy, jeśli oznaczałoby to wzrost inflacji w ich kraju.
Jako opozycja republikanie w sprawie Ukrainy mają dwie opcje. Pierwsza: krytykować prezydenta Joego Bidena za zbyt mało jastrzębią politykę i domagać się więcej. Druga: uderzać w tony nazywane nieco na wyrost „izolacjonistycznymi”. Zwolenników pierwszego podejścia wciąż jest wielu, należy do nich m.in. lider republikańskiej mniejszości w Senacie Mitch McConnell, który wzywał administrację do przekazania Ukraińcom pocisków dalekiego zasięgu, przed czym ta się wstrzymuje. Jednak po partyjnych prawyborach, w których sukces i wiele nominacji odnieśli kandydaci wspierani przez Donalda Trumpa, a także im bliżej 8 listopada, komentarzy typu „robimy za dużo” słychać po prawej stronie coraz więcej.