Na co dzień śledzi pan w Stambule statki, które przez Cieśninę Bosfor transportują kradzione przez Rosję zboże z Ukrainy. Jak to jest możliwe, że świat jest świadomy tego procederu, a on się odbywa, jak gdyby nigdy nic?
Czysto technicznie jest to legalne. W tureckich portach te statki zwykle nawet się nie zatrzymują. Mają prawo do poruszania się po wodach morskich na podstawie standardowych zasad wolności żeglugi. Jeśli Turcja nie jest w stanie wojny albo nie zadeklarowała jakiegoś innego ważnego powodu, nic nie stoi na przeszkodzie, by dalej pływały. To jedna strona medalu. A tak naprawdę sam ciągle zadaję sobie pytanie, jak to jest możliwe. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że Turcja jasno opowiada się po stronie Ukrainy i przy woli politycznej mogłaby te transporty zboża zakłócić. Ale biznes jest kontynuowany. Część tych towarów trafia nawet do Turcji, co jest jeszcze bardziej nie do przyjęcia. Można takie zachowania wytłumaczyć jedynie sytuacją gospodarczą, która jest u nas tragiczna. Zboże nabywają podmioty prywatne, a rząd ze względu na kryzys przymyka na to oko. Niekoniecznie zachęca do takich posunięć, ale nie robi też nic, by je powstrzymać.
Widzi pan jakieś rozwiązania tego problemu? Co powinna zrobić Turcja?
Reklama
W 2018 r. turecka izba żeglugi opublikowała wytyczne dotyczące inspekcji statków i niedopuszczania do portów tureckich tych, które przybyły z okupowanych portów Ukrainy. Dokument zakłada też, że żaden statek nie opuści tureckiego portu, jeśli docelowo miałby zmierzać w kierunku okupowanych terytoriów. W tych wytycznych dokładnie wymieniono, co można zrobić. Zastosowanie się do nich w zupełności by wystarczyło. Ruchy tych statków są świetnie udokumentowane. Mamy zdjęcia z portów załadunkowych, w tym przede wszystkim okupowanego Sewastopola. Zdjęcia robią ukraińscy aktywiści, ale też Rosjanie, którzy sprzeciwiają się tej niesprawiedliwej wojnie. Mamy też dostęp do zdjęć satelitarnych. Ja dodatkowo widzę, jak codziennie przepływają przez Bosfor. Nie ma wątpliwości, co to za statki, dokąd płyną, co wiozą i że nielegalnie przekraczają granicę Ukrainy. Powinniśmy znacznie lepiej kontrolować ich lokalizację, rozmawiać z ich załogami itp. A jeśli pojawią się jakiekolwiek niespójności, uniemożliwić dalszą podróż. To biurokracja w dobrej wierze. Poza tym Ankara powinna po prostu podążać za kierunkiem swojej polityki zagranicznej. Ta od początku inwazji jest jasna: nie akceptujemy naruszania integralności terytorialnej Ukrainy. To, że przepuszczamy rosyjskie statki, jest robione wyłącznie w imię jakiegoś krótkoterminowego zysku dla wybranych jednostek. W Turcji mamy do czynienia z erozją praworządności. I dzięki temu znajdują się osoby, które korzystają na cierpieniu naszych sąsiadów. To sytuacja skrajnie nieetyczna.

Reklama
Z drugiej strony mamy umowę wynegocjowaną przez Organizację Narodów Zjednoczonych i Turcję z Rosją, dzięki której Ukraina mogła zacząć eksportować swoje produkty rolne. Jednak pierwszy statek zamiast do Libanu ostatecznie trafił najpewniej do Syrii, sojusznika Rosji.
Myślę, że to była taka mała próba demonstracji siły ze strony Rosjan. Świat - w tym rząd w Ankarze - świętował sukces Ukrainy. Zawarliśmy umowę, której Ukraina potrzebowała, tymczasem pierwsza dostawa popłynęła do przyjaciela Władimira Putina. Nie oznacza to, że cała umowa jest porażką. Na przykład teraz pierwszy statek z Ukrainy zmierza do Afryki. To dobry znak. Powiedziałbym, że lepsze to niż nic. Cała sprawa świetnie jednak pokazuje, jak sprytni są Rosjanie. Manipulują tą umową od samego początku. W tym samym czasie, kiedy do Syrii docierały statki z kradzionym przez Rosję zbożem, Putin przekierował tam również legalne dostawy z Ukrainy. Jednocześnie ta umowa niejako legitymizuje rosyjską okupację ukraińskich portów. Negocjując to porozumienie, Moskwa prosiła o rzeczy, o których wcześniej nie śniła. I okazało się, że łatwo było uzyskać od Zachodu zgodę. Wydaje mi się, że zamiast takiego porozumienia w zachodniej części Morza Czarnego powinien powstać po prostu bezpieczny korytarz, który byłby pilnowany przez okręty wojenne.
To lepsze rozwiązanie niż zgoda na naprawdę nieracjonalne żądania Kremla. Codziennie obserwuję, jak statki z Ukrainy są poddawane inspekcjom w Stambule. Są kontrolowane w głupi sposób. Uważam, że to ogromna strata czasu. Rosja zaatakowała sąsiada, blokuje jego porty, uniemożliwia swobodne poruszanie się po Morzu Czarnym. I to wciąż ona ma prawo się obawiać, że Ukraińcy będą przewozić na pokładzie broń? To absurd. Obawiam się, że obecnie trzeba jednak będzie przymknąć na to oko. Widzimy, że część statków faktycznie zmierza w kierunku państw rozwijających się, zapobiegając w jakimś stopniu klęsce głodu i przewrotom politycznym. To bardzo istotne i powinniśmy się tego trzymać. Jednocześnie Rosjanie wykorzystują wszelkiego rodzaju statki cywilne, aby importować broń i wysyłać ją do swoich sojuszników na całym świecie, nawet tak odległych jak Mjanma. Tych statków nie kontrolujemy w ogóle. Sprawdzamy te, które przewożą jęczmień i kukurydzę dla zwierząt z Ukrainy. To ogromny sukces rosyjskiej dyplomacji, że przekonali świat do tak szalonego układu. A dla nas to kolejna lekcja, bo naprawdę powinniśmy teraz kontrolować również wszystkie statki wypływające i wpływające do portów rosyjskich. Znaleźlibyśmy na pokładzie znacznie ciekawsze rzeczy niż jęczmień.
Czyli Rosja jest największym beneficjentem porozumienia?
Zdecydowanie tak. Rosjanom ta umowa była bardzo potrzebna. Mało mówi się o tym, że Moskwa jest uzależniona od importu nasion. Gdyby nie zdecydowali się na takie teatralne przedstawienie, zostaliby bez nasion, a co za tym idzie - przyszłorocznych zbiorów. Warto pamiętać, że np. sadzonki ziemniaków w Rosji w 90 proc. pochodzą z importu. Jakość ich własnych jest bardzo niska. I tak oto Rosja stanęła w obliczu wielkiego kryzysu. Szybko przyjęła więc strategię udawania, że jest skłonna do współpracy i chce pomóc innym narodom. W tle był oczywiście wyłącznie własny, wąsko pojęty, rosyjski interes. ©℗
Rozmawiała Karolina Wójcicka