Tekst pod tytułem „Droga do wojny: walka USA o przekonanie sojuszników i Zełenskiego do ryzyka inwazji” to misterna dziennikarska robota, zapis miesięcy poprzedzających inwazję z perspektywy Waszyngtonu, rzetelna rekonstrukcja tajnych spotkań i dyskusji, wyjazdów amerykańskich dyplomatów do Europy czy ich rozmów z przedstawicielami Kremla. Niestety, czyta się to jak kronikę politycznej katastrofy.
Amerykanie nie chcieli wojny, a ją dostali. Największemu mocarstwu świata nie udało się odwieść prezydenta Rosji od jego wariackich zamiarów, choć od co najmniej października wywiad USA dysponował imponującą liczbą danych świadczących, że Władimir Putin szykuje się do olbrzymiej i szalonej agresji. W tekście „Washington Post” przedstawiciele administracji Joego Bidena wygodnie dla siebie opisują plany Putina wręcz jako biblijne, takie, których nie dało się zmienić. Nie da się pozbyć wrażenia, że Waszyngton umywa ręce, jest przekonany, że nie miał mocy, by powstrzymać Putina. Choć szarpano, próbowano, wyrażano gotowość do negocjacji, to w znacznej mierze głównie po to, by uprzykrzyć Moskwie sam wojenny proces i by zachować się przyzwoicie, gdy Putin wydał już rozkaz ataku. Od największego mocarstwa świata chciałoby się ambitniejszych celów.