Za oceanem nie milknie polityczna burza po bezprecedensowym wycieku z amerykańskiego Sądu Najwyższego. Przypomnijmy, naczelny organ władzy sądowniczej zamierza podważyć wcześniejsze postanowienie w sprawie Roe v. Wade z 1973 r. Ta decyzja sprzed pół wieku ustanowiła federalne prawo do przerywania ciąży do momentu, gdy płód jest w stanie przeżyć poza łonem matki, czyli do ok. 23–24 tygodnia ciąży. Jeśli dysponujący w Sądzie Najwyższym przewagą konserwatyści utrzymają swoje stanowisko, to o aborcji decydować będą poszczególne stany. W praktyce oznaczałoby to, że te rządzone przez republikanów zaostrzą przepisy.
Na ten moment jesteśmy na etapie wycieku, nie wiadomo, czy celowego, czy nie. Do zmian w prawie dojdzie dopiero w przypadku opublikowania orzeczenia SN, a to może potrwać kilka miesięcy. Do tego czasu sędziowie mogą też zmienić zdanie. Zwolennicy szerokiego dostępu do aborcji w USA jednak już teraz podejmują działania wyprzedzające. To najważniejsze, na poziomie federalnym w parlamencie, okazało się w ubiegłym tygodniu nieskuteczne. Senat USA odrzucił forsowaną przez demokratów ustawę zatwierdzającą prawo do wykonania aborcji na terenie całego kraju. Po wycieku nie próżnują też politycy na poziomie stanowym. Po stronie demokratów – jak gubernator Kalifornii Gavin Newsom – deklarują zmiany stanowych praw w celu utrzymania szerokiego dostępu do aborcji, niezależnie od decyzji na szczeblu federalnym. Po stronie republikanów – jak gubernator Oklahomy Kevin Sitt – zaprowadzają prawo ograniczające do niej dostęp.
Reklama
Z sondaży wynika, że Amerykanie mają bardziej zniuansowane poglądy na temat aborcji, niż wynika to z wypowiedzi polityków, a ich postawy zależą mocno od okoliczności, czyli np. etapu ciąży czy ryzyka, z jakim ona się wiążę dla życia matki. „Jest to sprawa, w której są absolutyści – ludzie, którzy twierdzą, że aborcja powinna być legalna we wszystkich miejscach lub aborcja powinna być wszędzie nielegalna, ale większość Amerykanów ma mniej radykalne poglądy na ten temat” – twierdzi Jocelyn Kiley z Pew Research Center. Z badań tego renomowanego ośrodka wynika, że tylko około jeden na pięciu obywateli USA uważa, że aborcja powinna być legalna we wszystkich przypadkach. A mniej niż co dziesiąty Amerykanin twierdzi, że powinna być bez wyjątku zakazana. 42 proc. stoi na stanowisku, że aborcja powinna być legalna w większości przypadków, a 29 proc., że nielegalna w większości przypadków.
Mimo tego przy sporze zaogniającym się na ulicznych protestach oraz na telewizyjnych ekranach politolodzy biją na alarm. Aborcja stanowi dla nich kolejny przykład na postępującą w Stanach Zjednoczonych polaryzację, obszar, w którym przeciwnicy ideologiczni uznawani są za wrogów. A społeczeństwo amerykańskie jest wyjątkowo podzielone. Z marcowego badania Pew Research wynika, że demokraci i republikanie w Kongresie są najdalej od siebie ideologicznie od co najmniej półwiecza. W 1960 r. 4 proc. demokratów i republikanów twierdziło, że byliby nieszczęśliwi, gdyby ich dzieci poślubiły kogoś z drugiej partii. Dziś – zgodnie z danymi ośrodka Public Religion Research Institute – liczba ta wzrosła do 35 proc. wśród republikanów i do 45 proc. wśród demokratów. Lilliana Mason, politolog z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore, twierdzi, że Amerykanie masowo nie chcą nawet mieszkać w sąsiedztwie kogoś z przeciwnej opcji politycznej. „Nasze rzeczywistości stają się inne. Ludzie mają zupełnie inne narracje o tym, co dzieje się w Ameryce” – ostrzega.
Przy ogólnonarodowej dyskusji wokół aborcji problem polaryzacji zauważa też „New York Times”. „Amerykanie coraz częściej zamykają się we własnych bezpiecznych przestrzeniach, geograficznie, kulturowo, ideologicznie czy w kwestii faktów i symboli. Nie tylko trzymają się kanałów informacyjnych lub kont w mediach społecznościowych, które wzmacniają ich punkt widzenia, ale także decydują się żyć i spędzać czas z tymi, którzy podzielają ich opinie” – pisze nowojorska gazeta. I tak głosujące w większości na liberałów wybrzeża tworzą jeden podobnie myślący blok. A prowincja, szczególnie na Południu, to w większości konserwatyści wierni byłemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi. Gdzieś pomiędzy w tej politycznej rywalizacji jest Środkowy Zachód.
Napięta atmosfera – na niecałe pół roku przed wyborami środka kadencji, w której stawką będzie kontrola nad Kongresem – ujawnia się w retoryce polityków. „Tłum MAGA (od hasła Make America Great Again Trumpa – red.) jest najbardziej radykalną organizacją polityczną, jaka istniała w najnowszej historii Ameryki” – mówił w ubiegłym tygodniu prezydent Joe Biden, który wybory w 2020 r. wygrał pod hasłami „uleczenia duszy narodu” i „zjednoczenia dla lepszej Ameryki”. Druga strona nie pozostaje bierna – sympatyzujący z republikanami portal Breitbart oskarżył przywódcę USA o „wypowiedzenie wojny połowie Ameryki”.
Amerykanie masowo nie chcą nawet mieszkać w sąsiedztwie kogoś z przeciwnej opcji politycznej