Dzisiaj trudno sobie wyobrazić 9 maja w Rosji bez monumentalnej defilady wojskowej. Paradoksalnie w czasach radzieckich obchody Dnia Zwycięstwa były znacznie skromniejsze niż w putinowskiej Rosji, a przez pierwsze 20 lat po wojnie rocznica kapitulacji Niemiec nie była nawet dniem wolnym od pracy.
Tym razem oczekiwanie na poniedziałkową paradę na placu Czerwonym ma dodatkowy kontekst: wielu obserwatorów spodziewa się przełomowych deklaracji Władimira Putina dotyczących wojny z Ukrainą.
Putinowski rozmach
Reklama
„W ramach uczczenia zwycięskiego zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej ludu radzieckiego przeciwko niemiecko-faszystowskim najeźdźcom i osiągniętych historycznych sukcesów Armii Czerwonej, których ukoronowaniem było pełne rozgromienie hitlerowskich Niemiec, które ogłosiły bezwarunkową kapitulację, ustalić, że 9 maja stanowi dzień ogólnoludowych obchodów – ŚWIĘTO ZWYCIĘSTWA. 9 maja uznać za dzień nieroboczy” – głosił dekret prezydium Rady Najwyższej ZSRR z 8 maja 1945 r. Nazajutrz nie było defilady, a kulminacją obchodów była gigantyczna salwa honorowa, być może największa w historii ludzkości. W sumie tysiące sztuk różnego rodzaju broni oddały po 20 strzałów w powietrze. Moskwianie latami wspominali tę świąteczną kanonadę.
W tamtych czasach – i przez kolejne dekady – parady wojsk kojarzyły się z zupełnie innymi datami: Świętem Pracy 1 maja i rocznicą wybuchu rewolucji październikowej 7 listopada. Jednak Stalin uznał, że z okazji pokonania Niemiec warto zorganizować rekordowo wielką defiladę. Padło na 24 czerwca 1945 r. Przed przyjmującym paradę marszałkiem Gieorgijem Żukowem przemaszerowało 35,3 tys. żołnierzy i przejechało 1850 pojazdów pod dowództwem innego marszałka, Konstantina Rokossowskiego. Żukow twierdził potem, że pierwotnie defiladę miał przyjmować Stalin, ale nie zdołał na ostatnią chwilę nauczyć się jazdy konnej, a w trakcie przygotowań miał wręcz spaść z grzbietu zwierzęcia.

Reklama
Parada na 9 maja miała być jednorazowym wydarzeniem. W 1946 r. żołnierskie buty miarowo dudniły na bruku placu Czerwonego tradycyjnie 1 maja i 7 listopada oraz – tu nowość – 8 września z okazji Dnia Czołgisty. W 1948 r. Dzień Zwycięstwa przestał być dniem wolnym od pracy. Są różne wersje, dlaczego zrezygnowano z obchodów; najpewniej radzieckie władze nie chciały prowokować pytań, czy w obliczu ośmiocyfrowej liczby ofiar aby na pewno jest co radośnie świętować. 9 maja zaczął być ponownie drukowany na czerwono w radzieckich kalendarzach dopiero w 1965 r., w czasach Leonida Breżniewa. Wtedy też Moskwa zdecydowała się przeprowadzić drugą defiladę zwycięstwa, by godnie upamiętnić 20-lecie „pobiedy”. Po odwilży z czasów Nikity Chruszczowa Breżniew chętniej nawiązywał do czasów stalinizmu i nadał ton heroizacji wysiłku wojennego ZSRR z czasów II wojny światowej.
W kolejnych dekadach defilady na 9 maja były atrybutem okrągłych jubileuszów – 30-, 40-, 45- i 50-lecia zwycięstwa. W 1995 r. przeprowadzono aż dwie parady – jedną na placu Czerwonym z udziałem maszerujących żołnierzy i drugą z udziałem sprzętu wojskowego na Pokłonnej Górze. Od tego czasu jednak paradę zaczęto organizować co roku. Stopniowo, zwłaszcza odkąd prezydentem Rosji został Putin, zaczęła ona obrastać w kolejne rytuały. W 2000 r. po raz ostatni przed władcami z Kremla przemaszerowali weterani wojny. W 2005 r. Moskwa zaprosiła światowych przywódców – przed mauzoleum Lenina stawili się m.in. prezydenci Chin Hu Jintao, Francji Jacques Chirac i Stanów Zjednoczonych George W. Bush, kanclerz Niemiec Gerhard Schröder i premier Włoch Silvio Berlusconi, a także posadzony w dalszym rzędzie prezydent Aleksander Kwaśniewski.
W połowie pierwszej dekady XXI w. odświeżono stosowaną w czasach carskich czarno-żółtą wstążkę Świętego Jerzego, która zaczęła wypierać symbolikę komunistyczną. W kolejnych latach miała ona stać się symbolem rosyjskiego imperializmu. W wielu krajach jej eksponowanie zostało zakazane – ostatnio, już po inwazji na Ukrainę, zdecydowała się na to Mołdawia. W 2008 r. na defiladę wrócił ciężki sprzęt wojskowy, w tym lotnictwo. Cztery lata później w Tomsku stworzono Nieśmiertelny pułk – potomkowie żołnierzy Armii Czerwonej niosą w zwartym szyku portrety przodków. Akcja, pierwotnie wymyślona przez lokalnych dziennikarzy jako reakcja na coraz mniejszą liczbę wciąż żywych weteranów, szybko została włączona do oficjalnego rytuału obchodów Dnia Zwycięstwa. W 2015 r. portret własnego ojca, również Władimira, niósł w jednym z takich przemarszów Władimir Putin.
Im bardziej Rosja się zbroiła i im bardziej agresywnie traktowała sąsiadów, tym chętniej chwaliła się na paradach najnowszymi zdobyczami wojskowej techniki i tym mniej chętnie odwiedzały ją głowy państw. W 2021 r. do Moskwy przyleciał tylko Emomali Rahmon z Tadżykistanu – wyraźna oznaka szacunku dla rosyjskich władz, biorąc pod uwagę, że w 2005 r., czyli trzy lata przed rosyjską agresją na Gruzję, na 70-lecie zwycięstwa do rosyjskiej stolicy przybyły głowy 53 państw. W efekcie, by uniknąć kompromitującego wyliczania przywódców, którzy zbojkotowali obchody, w tym roku Kreml zdecydował się nikogo nie zapraszać. Gdyby nie to, mogłoby się okazać, że na trybunie honorowej obok Putina stoją wyłącznie marionetki z Cchinwali, Doniecka czy Ługańska – krótko mówiąc z utrzymywanych na rosyjskich bagnetach parapaństw. A starzejący się dyktator mało czego boi się bardziej niż ośmieszenia.
Co z wojną w Ukrainie
Tym razem najważniejsze pytanie, jakie stawia sobie świat przed 9 maja, nie dotyczy jednak tego, jakimi prototypami broni pochwali się Rosja. Znając zamiłowanie Kremla do symboli, wszyscy spodziewają się przełomu w kontekście wojny z Ukrainą. W zgodnej opinii wielu obserwatorów Kreml chce osiągnąć jakiś sukces polityczny przed 9 maja. Być może stąd rozpoczęty 3 maja szturm mariupolskiego Azowstalu – ostatniego bastionu obrony miasta, czy nasilone tego samego dnia ostrzały rakietowe infrastruktury kolejowej Ukrainy. Z wypowiedzi rosyjskich wojskowych i polityków wynika, że celem minimum jest opanowanie całego obszaru obwodów donieckiego i ługańskiego, a celem maksimum, przynajmniej na razie, odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego, do czego trzeba by jeszcze opanować rozległe obszary obwodów mikołajowskiego i odeskiego. Żaden z tych planów nie wygląda na realny do zrealizowania do poniedziałku.
Dlatego wielu polityków spodziewa się innych nowości. Papież Franciszek powiedział w rozmowie z „Corriere della Sera”, że Putin oświadczył premierowi Węgier Viktorowi Orbánowi, iż 9 maja ma zamiar zakończyć wojnę. Teoretycznie byłoby możliwe, że po wzięciu Mariupola Putin ogłasza zawieszenie broni, by osłabić parcie Zachodu na poszerzanie sankcji i postawić Ukrainę w pozycji państwa, które wbrew pokojowym obietnicom Moskwy zamierza kontynuować wojnę. W praktyce to mało prawdopodobne, bo nic nie wskazuje na to, aby Kreml szykował się do wstrzymania działań wojennych. Wręcz przeciwnie. Minister obrony Wielkiej Brytanii Ben Wallace przewiduje, że Putin wykorzysta 9 maja do ogłoszenia wojny przeciwko Ukrainie bądź „światowemu nazizmowi”, co pozwoli mu na przeprowadzenie oficjalnej mobilizacji i rzucenie na front znacznie większej liczby żołnierzy. Według innych wersji mogłoby temu towarzyszyć wykorzystanie broni masowego rażenia.
Przedstawiciel Stanów Zjednoczonych przy OBWE Michael Carpenter przewiduje z kolei, że rosyjski lider ogłosi zamiar aneksji samozwańczych Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych (co w jakiś sposób wpisywałoby się w relację Franciszka, choć oczywiście w rosyjskiej interpretacji). Poza DRL i ŁRL na rosyjskiej mapie świata mogłaby się też pojawić Chersońska Republika Ludowa, choć według ukraińskich informacji Rosjanie mają poważny problem, by znaleźć wystarczającą liczbę kolaborantów nie tylko do przeprowadzenia udawanego referendum, ale nawet do obsadzenia okupacyjnej administracji potencjalnego parapaństwa. Mer Chersonia Ihor Kołychajew mówił, że okupanci porzucili już myśl o organizowaniu plebiscytu, a zamiast tego mogą po prostu przyłączyć Chersońszczyznę do anektowanego przed ośmioma laty Krymu. Z kolei rosyjscy obrońcy praw człowieka z projektu Gulagu.net przewidują, że Rosjanie mogą przegonić przez plac Czerwony ukraińskich jeńców wojennych. Taka mało wyrafinowana forma upokarzania wziętego do niewoli przeciwnika była już wcześniej stosowana w okupowanym Doniecku. ©℗