Przed przejęciem władzy przez islamistów Ramzia pracowała dla rządu, a jej mąż – dla armii. Tacy ludzie jak oni z automatu stali się więc celem nowego reżimu. Wraz z dwójką dzieci małżeństwo od trzech miesięcy mieszka w ukryciu. – Od razu po upadku Kabulu dotarła do mnie informacja, że jestem na liście poszukiwanych – opowiada Ramzia. Talibowie dzwonili do jej rodziny i znajomych, wypytując o miejsce pobytu rodziny. Oboje małżonkowie są bezrobotni i ledwo wiążą koniec z końcem. – Pracę straciły nie tylko kobiety. Wszyscy cierpimy jednakowo. Brakuje nam środków do życia, a w kraju jest bardzo niebezpiecznie – mówi Ramzia.
W podobnej sytuacji jest Atefa, która przed nastaniem rządów talibów była dziennikarką i prowadziła galerię sztuki. W trosce o bezpieczeństwo rodziny postanowiła zamieszkać sama. – Bliscy pomagają mi z wyżywieniem, ale od kilku miesięcy zalegam z rachunkami za prąd i wodę – opowiada kobieta.
Więzienie domowe
Reklama
Przez 20 lat obecności amerykańskiej w Afganistanie sytuacja tamtejszych kobiet i dziewcząt się poprawiła, choć zmiany były nierównomierne i w wielu wypadkach nietrwałe. Według Banku Światowego w 2020 r. tylko 21,6 proc. Afganek pracowało zarobkowo. Z danych UNICEF-u wynika zaś, że spośród 3,7 mld dzieci, które nie uczęszczają do szkół, 60 proc. to dziewczynki. Dzięki bardziej sprzyjającym warunkom niektórym kobietom udało się jednak przebić szklany sufit w sferach zmonopolizowanych wcześniej przez mężczyzn. Wśród nich znalazły się m.in. Fawzia Koofi, która w 2005 r. została wiceprzewodniczącą Zgromadzenia Narodowego, czy Zarifa Ghafari, którą w 2018 r. władze prowincji mianowały burmistrzynią Majdanszahru. – Dla wielu z nas były inspiracją – podkreślają moje rozmówczynie. Wielu Afgankom pomogły rozwinąć skrzydła organizacje międzynarodowe realizujące projekty edukacyjne dla dziewcząt i promujące inicjatywy ekonomiczne kobiet. Niemniej szanse i możliwości były dostępne głównie dla mieszkanek dużych ośrodków miejskich – zwłaszcza Kabulu.
Do tej grupy należą Ramzia i Atefa. Obie uwierzyły, że zmiany, które zachodziły na przestrzeni ostatnich 20 lat, nie są jedynie czasowym triumfem, lecz procesem długotrwałym. Jeszcze pół roku temu nie tylko wiodły dostatnie życie, lecz także otwarcie działały na rzecz praw kobiet. Skończyły studia, zdobyły dyplom magistra, miały duże ambicje. Teraz znów są zamknięte w domach. – Jestem więźniem we własnym mieszkaniu. Nie wychodzę nawet na zakupy, przywozi mi je rodzina – skarży się Atefa. Ramzia poświęca się głównie opiece nad synem i córką. Wychowuje ich jednakowo, w duchu równości i wolności. – Moja sześciolatka chce zostać pilotką samolotu, a ja wciąż powtarzam, że uda jej się to osiągnąć – zapewnia kobieta. Dzieci nie rozumieją jednak sytuacji, w jakiej się znalazły. Często błagają matkę, by zabrała je do parku. Ta musi wówczas tłumaczyć, że to niemożliwe, bo wszystko się zmieniło.

Reklama
Z powodu odebrania Afgankom ich podstawowych praw wiele rządów i organizacji międzynarodowych zamroziło reżimowi fundusze na pomoc humanitarną. Mimo to radykałowie wprowadzają kolejne ograniczenia wolności. – Według nich nawet dźwięk mojego stąpającego buta jest źródłem grzechu i przestępstwa – ironizuje Ramzia. Dziewczynki mogą obecnie się uczyć jedynie w szkole podstawowej. Kobietom nie wolno pracować ani wychodzić z domu bez asysty mężczyzny. – Niedawno jeden z talibów złamał mi nogę. Nie mogłam iść sama do lekarza, musiał towarzyszyć mi męski opiekun – opowiada Atefa.
Kobiety teoretycznie mają prawo wychodzić na zewnątrz, ale zakazano im wstępu do niektórych miejsc albo mocno go ograniczono. W meczetach mogą zaś przebywać wyłącznie w godzinach przedpołudniowych. Choć oficjalnie nie wymaga się od nich noszenia burek, to muszą zakrywać twarz i włosy. Zdarzały się też pobicia dziewcząt, które pokazały się na ulicy w zbyt krótkich – zdaniem talibów – spódnicach. Dlatego Ramzia i Atefa wychodzą teraz ze swoich mieszkań tylko na demonstracje – mimo że nowy reżim ich oficjalnie zakazał. – Musimy walczyć o przyszłość Afganek. Nie możemy być zależne od mężczyzn – przekonuje Atefa. – Nie może być tak, że to kobiety zawsze będą ofiarami opresyjnego systemu – dodaje Ramzia. Zwłaszcza że – jak podkreśla – decyzje reżimu są niezgodne zarówno z nauką, jak i religią. Ich sprzeciw budzą szczególnie przypadki sprzedawania córek przez rodziny z powodu głodu. – W ubiegłym tygodniu zrobili to moi sąsiedzi. Nie mieli wyjścia, to była ich jedyna szansa na przetrwanie – opowiada Ramzia. Według jej rozeznania sumy, jakie są gotowi zapłacić za żonę bojownicy, wahają się od 50 tys. do 70 tys. afgani za dziewczynę (2,1–3 tys. zł), choć zdarzają się sytuacje, kiedy rodzice dostają zaledwie 20 tys. afgani (ok. 840 zł).
Kara na ulicy i w domu
Za organizacją protestów stoi powołane kilka lat temu stowarzyszenie Women’s Political Participation Network, które od września formalnie jest nielegalne. Za poprzedniego prezydenta Afganistanu Aszrafa Ghaniego jego działaczki walczyły głównie o dostęp do władzy. Liderką grupy jest Nilofar Ajubi, uchodźczyni przebywająca obecnie w Warszawie. Kobieta zdalnie koordynuje pracę członkiń, których teraz jest ok. 500. Wśród nich są m.in. znane afgańskie aktorki, piosenkarki, polityczki, studentki, a więc głównie przedstawicielki wolnych zawodów i specjalistki. – Najwięcej pochodzi z Kabulu, na wsiach niestety aktywistek jest zdecydowanie mniej – przyznaje Ramzia, która należy Women’s Political Participation Network od trzech lat i była jedną z pierwszych działaczek. Chciała wykorzystać swoje doświadczenie prawnicze, aby forsować wprowadzanie i wzmacnianie międzynarodowych mechanizmów ochrony praw człowieka. – W moim mieście – Mazar-i-Szarif – w organizacji działają tylko cztery kobiety – dodaje Atefa. Sama dołączyła do grupy pół roku temu. Zaczęła śledzić jej działalność w internecie i zrozumiała, że jako niezależna kobieta powinna zabrać głos za te, które go nie mają.
Protesty Afganek są dziś skromne, ale trwają nieprzerwanie od sierpnia w wielu prowincjach kraju. Kobiety drukują na kartkach A4 hasła takie jak „otwórzcie szkoły i uniwersytety” lub „rząd bez kobiet to społeczeństwo bez głosu”, a potem wyruszają z nimi na ulice. W demonstracjach udział bierze zwykle od 30 do 50 osób. – Zawsze zakrywam twarz, żeby nie dało się mnie rozpoznać – zastrzega Atefa.
Talibowie doskonale opanowali umiejętność infiltrowania kobiecych kont w mediach społecznościowych. W ten sposób dowiadują się, gdzie są planowane akcje. – Przychodzą i mówią nam, że to, co robimy, jest niezgodne z prawem i powinnyśmy wrócić do domów – opowiada Ramzia. Od obu rozmówczyń słyszę jednak, że wolą umrzeć, niż poddać się reżimowi. Już nieraz zostały potraktowane gazem pieprzowym. – Oczywiście, że się boję. Jest niebezpiecznie, ale nie mamy innego wyjścia. Jesteśmy świadomymi kobietami, wiemy, co nam się należy – zaznacza Atefa.
Znane są też przypadki zabójstw i pobicia protestujących. Ostatnio głośno było o sprawie morderstwa 29-letniej aktywistki i wykładowczyni ekonomii Frozan Safi. W październiku po udziale w pikiecie w Mazar-i-Szarif kobieta odebrała anonimowy telefon. Powiedziano jej, by przygotowała dokumenty i udała się w bezpieczne miejsce, skąd miała zostać ewakuowana do Niemiec. Uwierzyła, bo faktycznie ubiegała się tam o azyl. Zamiast do Europy trafiła jednak w ręce talibów. Po kilku tygodniach w pobliżu miasta odnaleziono jej ciało. Miała tyle ran od kul – w głowie, klatce piersiowej, nerkach, nogach – że lekarz w prosektorium nie był w stanie ich zliczyć.
Wiele aktywistek czeka również kara w domu. Działalności Ramzi nie popiera żaden z członków rodziny jej męża. Gdy dowiedzieli się, że walczy o swoje prawa, przyjechali do niej z awanturą. – Próbowali zabronić mi wychodzenia z domu – pisze mi w esemesie. Przed mężem też ukrywa to, co robi. – Wielokrotnie zabierał mi już telefon, a dzisiaj mnie pobił.
Kiedy wyjście na ulicę jest zbyt dużym ryzykiem, aktywistki protestują w domach. Zbierają się całą grupą w mieszkaniu jednej z uczestniczek. Przygotowują banery i krzyczą na cały głos. – Robimy zdjęcia i nagrywamy filmiki, a potem wszystko wrzucamy do internetu – opowiada Atefa. Na początku grudnia protestowały w ten sposób przeciwko dekretowi, który miał zakazać przymusowych małżeństw dziewczyn i kobiet. Talibowie zadeklarowali w nim swoje poparcie dla praw Afganek. Kobiety uznały ten gest za posunięcie czysto marketingowe, obliczone na zdobycie przychylności społeczności międzynarodowej. – Nie poinformowali nawet, jak to prawo chcieliby egzekwować, więc najprawdopodobniej nikt się do niego nie zastosuje – podkreślają moje rozmówczynie. – Rząd ogłasza taką decyzję w czasie, kiedy niszczy wszystkie mechanizmy, które umożliwiłyby kobietom faktyczne korzystanie z ich praw – dodaje Heather Barr, która zarządza departamentem ds. kobiet w organizacji Human Rights Watch.
Przed powrotem talibów do władzy w Afganistanie działało ministerstwo ds. kobiet z biurami w różnych częściach kraju. W niektórych miejscach otwarte też były schroniska, do których mogły uciec w sytuacji zagrożenia przemocą. – Nie były to instytucje idealne, ale pewną pomoc można było od nich uzyskać – mówi Barr. Dziś wszystkie placówki są zamknięte. Zwłaszcza że – jak wynika z szacunków misji ONZ w Afganistanie – dziewięć kobiet na dziesięć przynajmniej raz w życiu doświadczyło tam przemocy domowej. – Dla talibów kobiety są jedynie przedmiotem transakcji między mężczyznami – dodaje ekspertka Human Rights Watch.
Trudniej o nich zapomnieć
Talibowie wiedzą o tym, że Women’s Political Participation Network nadal działa. Jej członkinie są nieustannie nękane i zastraszane. Aktywistki komunikują się między sobą za pośrednictwem WhatsAppa. – Organizujemy również dyskusje na Twitterze i Clubhouse, żeby każdy mógł usłyszeć, co myślimy – tłumaczy Atefa. Omawiają nie tylko bieżące sprawy polityczne, ale też dzielą się swoimi problemami. – Jeśli którejś z nas brakuje jedzenia, to staramy się jej pomóc – mówi Ramzia.
Wśród aktywistek są psycholożki, które zapewniają pomoc terapeutyczną. Większość kobiet zmaga się bowiem z depresją, cierpi na zaburzenia lękowe lub zespół stresu pourazowego. W całym Afganistanie wzrosła liczba prób samobójczych. – Jestem na skraju wytrzymałości, kilka razy byłam już bliska zabicia się – przyznaje Ramzia. Nie zrobi tego, bo nie może zostawić dzieci.
Kobiety mają nadzieję, że ich protesty i oddolna działalność sprawią, że społeczność międzynarodowa nie zrezygnuje z dopominania się o ich prawa. – Chodzi nam wyłącznie o to, żeby świat nas zobaczył. Nie możemy przestać mówić o tym, jak jesteśmy traktowane. Chcemy, żeby wszyscy wiedzieli, że Afganki się nie poddają i żądają respektowania swoich praw – wyjaśnia Atefa.
– Państwa zachodnie znalazły się w trudnej pozycji. Przyczyniły się do wybuchu kryzysu humanitarnego, którym powinny się zająć, ale jednocześnie muszą wciąż wywierać presję na talibów. Znalezienie właściwego rozwiązania będzie wymagało dużo woli politycznej – kwituje Barr. – Kobiety już osiągnęły sukces. Sprawiły, że państwom, które chciały o Afganistanie zapomnieć, trudniej będzie to zrobić – dodaje. ©