Ma dziesiątki milionów fanów na całym świecie, ci najzagorzalsi znani są pod miłym akronimem ARMY. BTS ostatnio boryka się ze zdecydowanymi działaniami władz Chin w reakcji na rosnącą popularność k-popu w tym kraju. Traktowane jest to jako walka kulturowa, ale powiedzmy sobie jasno, że chodzi również o walkę informacyjną.
W Chinach wdrożono reżim czyszczący kulturę z obcych naleciałości. Udział w operacji chętnie biorą giganty elektroniczne, jak platforma mikroblogowa Weibo. Wdrożyły już one blokady kont związanych z różnymi zespołami k-pop. Douyin (TikTok), Tencent i Weibo ze zrozumieniem podeszły do żądań rządu, ochotniczo narzucając sobie samodyscyplinę, by stać na straży czystości cyberprzestrzeni. Niedawnych blokad kont dokonano oficjalnie z powodu „irracjonalnych zachowań w pogoni za gwiazdami”. To pewnie nie koniec. Bo w tym przypadku dostrzegamy zastosowanie strategii tzw. cyfrowego leninizmu. Zgodnie z nią infrastruktura, technologie i znaczący aktorzy rynkowi powinni być narzędziem Komunistycznej Partii Chin. Kontrola będzie więc silniejsza, bo partia uznała, że z troski o suwerenność należy stać na straży kultury i informacji. Pekin wskazuje na obcość k-popu. Zarzuca mu, że promuje „niestandardowe zachowania” w rodzaju „promocji »niang pao«”, pejoratywnego odpowiednika „zniewieściałych mężczyzn” lub „maminsynków”. W Chinach nie podoba się szerzenie kultury dopuszczającej noszenie przez mężczyzn kolczyków czy stosowanie makijażu. W rządowych mediach określa się to mianem „nienormalnej estetyki”.