Reklama
Rząd w Pekinie zachowuje się coraz bardziej agresywnie wobec Tajwanu. W ubiegłym tygodniu odnotowano rekordową liczbę naruszeń waszej przestrzeni powietrznej. Czego spodziewa się pan w najbliższej przyszłości?
Musimy brać pod uwagę dwie rzeczy. Jedną z nich jest właśnie liczba tego typu incydentów. Chiny naruszają naszą strefę powietrzną od co najmniej trzech lat. Można powiedzieć, że to już działalność czysto rutynowa. Ale dopiero w ciągu ostatnich 10 dni drastycznie zwiększyła się liczba przelatujących samolotów. Dlatego jeśli mielibyśmy się czegoś spodziewać, to jeszcze większej liczby takich przypadków. Z drugiej strony wiemy, że Chińczycy mogą przerzucić się na inne formy prowokacji. Na taką ewentualność również się przygotowujemy.
W wypowiedziach tajwańskich polityków, w tym premier Tsai Ing-wen, pojawiają się obawy przed wojną. Czy taki scenariusz jest możliwy?
Tsai Ing-wen w niedawnym przemówieniu mówiła, że Tajwan okaże dobrą wolę, jeśli Pekin zaprzestanie swoich agresywnych działań. Jesteśmy narodem, który kocha pokój. Sami nigdy byśmy innego państwa nie zaatakowali. Nie chcemy konfliktów. Niemniej jeśli Chiny użyją wobec nas siły militarnej, staniemy do walki. Oczywiście lepiej, żeby do tego nie doszło. Wolelibyśmy rozmawiać z rządem w Pekinie na równych prawach o wszystkich problemach w cieśninie. Przewidujemy, że komuniści nie są jeszcze gotowi, by nas najechać, bo nie mają wystarczającej siły. Przygotowujemy się jednak na różne ewentualności. Teraz wysyłają swoje samoloty do naszej przestrzeni powietrznej, ale niedawno wzmocnili obecność wojskową wzdłuż granicy z Indiami. Rzecz w tym, że Xi Jinping często potrzebuje konfliktu zewnętrznego do umocnienia władzy wewnątrz kraju. Wszystkie państwa regionu - Filipiny, Indie, Indonezja, Malezja, Tajwan, Wietnam, a nawet Japonia - wiedzą, że muszą być szczególnie ostrożne. To trochę tak, jakby stać obok człowieka, który odpala papierosa przy butli z gazem. Wszyscy wiedzą, że to niebezpieczne. Nawet władze w Pekinie. Mimo to próbują prowokować, bo jest to dla nich korzystne w polityce wewnętrznej.

Reklama
Czy władze Tajwanu spodziewają się, kiedy Chiny będą w stanie taki atak przeprowadzić?
To, że władze komunistyczne chcą inwazji, nie jest nowością. Gdy tylko ich wojsko osiągnie pełnię możliwości, a społeczność międzynarodowa da zielone światło, wezmą się do roboty. Najważniejsze będzie najbliższe pięć lat. Przez ten czas będą wkładać ogromne pieniądze w rozwój obronności i różnego rodzaju inwestycje militarne. Zbudują potęgę, która umożliwi im bezproblemowe przerzucenie wojsk na Tajwan. Sekretarz Xi ma przygotowany dokładny harmonogram. Ogłaszał już przecież, że jego celem jest 2027 r. Chiny będą obchodzić wtedy 100. rocznicę powstania Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Chcą do tego czasu stać się jedynym supermocarstwem w regionie. Muszę jednak zaznaczyć, że choć chińskie wojsko nie jest w tej chwili wystarczająco dobrze przygotowane do najazdu na całą Republikę Chińską, to do rozpoczęcia lokalnego konfliktu na jednej z mniejszych, odległych od wyspy Tajwan, a należących do nas wysepek mogliby doprowadzić znacznie szybciej. Gdyby Chiny chciały eskalować konflikt wcześniej lub odpowiednio podwyższyć napięcie w cieśninie, zdecydowałyby się właśnie na taki ruch. Musieliśmy przez to w ostatnich miesiącach wzmocnić zdolność odległych wysp do obrony.
W międzyczasie, w 2024 r., odbędą się wybory prezydenckie na Tajwanie. Czy będą one miały przełożenie na konflikt z Pekinem?
Władze w Pekinie zawsze chciały wpływać na demokratyczne wybory na Tajwanie. Dyktatury nie rozumieją, czym w ogóle jest demokracja. Im więcej zła nam wyrządzą, tym bardziej świadomi i wściekli będą nasi obywatele. Nieważne, czy będą to kolejne naruszenia przestrzeni powietrznej, czy kontynuacja blokowania naszego członkostwa w organizacjach międzynarodowych, jak Światowa Organizacja Zdrowia czy Interpol. Nie pozwolimy na to, by Tajwan znalazł się politycznie i prawnie w zasięgu wpływów Pekinu. Około 80 proc. mieszkańców Tajwanu na pewno nie zagłosuje na kandydata prochińskiego ugrupowania. Na poziomie wyborów lokalnych może to wyglądać trochę inaczej, ale w wyborach centralnych wybór Tajwańczyków zawsze był jasny: nie chcą integracji z Pekinem. Tym, czego potrzebują, jest prezydent, który stanie w obronie naszego sposobu życia i naszej dotychczasowej wolności. Do wyborów na Tajwanie zostały jednak jeszcze trzy lata. A już w przyszłym roku Xi będzie chciał zapewnić sobie kolejną, trzecią już kadencję prezydencką. Chce być jak król, pobić wszelkie rekordy. To dla niego zniesiono zasadę dwukadencyjności. To najważniejsze wydarzenie, któremu powinniśmy się teraz przyglądać. Jeśli Xi bez problemów i większych wstrząsów utrzyma władzę, być może unikniemy eskalacji konfliktu. Ale co, jeśli zachowanie stanowiska okaże się trudniejsze? Do poprawy własnej pozycji będzie chciał wtedy wykorzystać nas.
Co ze wsparciem społeczności międzynarodowej? „New York Times” cytował niedawno analityków, którzy przekonywali, że USA nie byłyby już skłonne wysłać armii, gdyby wybuchła wojna o Tajwan.
Stany Zjednoczone są naszym sojusznikiem. Jako państwa myślimy podobnie, wierzymy w demokrację i wolność. Otrzymujemy wsparcie, za które jesteśmy wdzięczni. Nie zmienia to jednak faktu, że pokładanie całego bezpieczeństwa w ich rękach byłoby naiwne. Wiemy, że nie możemy polegać na społeczności międzynarodowej, by ta nas chroniła. Mierzymy się z zagrożeniem ze strony Pekinu od kilku dekad. Gdybyśmy liczyli na negocjacje z udziałem aktorów zewnętrznych czy jakąkolwiek pomoc wojskową, już dawno nie byłoby nas na mapie. Tylko sami jesteśmy w stanie zapewnić sobie samodzielność. Dlatego rozwinęliśmy demokrację i przemysł. Produkujemy świetnej jakości urządzenia, np. czipy. Dominujemy w tej dziedzinie. Otwierając mapę, można zobaczyć, jak ważną rolę Tajwan odgrywa w łańcuchu dostaw. Świata zwyczajnie nie byłoby stać na taką stratę. Wybuch konfliktu w naszym regionie doprowadziłby do ruiny całą światową gospodarkę. Zniszczyłby też demokrację. W związku z tym wszystkie państwa demokratyczne powinny wysłać Pekinowi jasny sygnał mówiący, że istnieje czerwona linia, której władze komunistyczne nie mają prawa przekroczyć. A jeśli to zrobią, wszystkie światowe demokracje wkroczą do gry. Tego typu ostrzeżenia już padały. Przez ostatnie dwa lata podczas wszystkich szczytów G7, spotkań w formacie QUAD (Australia, Indie, Japonia, USA - red.) czy dwustronnych rozmów naszych sojuszników z władzami Chin padały zapewnienia, że jeśli Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza będzie działać zbyt odważnie, skończy się to katastrofą dla całego regionu.