Anna Politkowska, najbardziej znana na Zachodzie, zginęła w urodziny Władimira Putina niemal dokładnie 15 lat temu. Zastrzelono ją na klatce schodowej bloku, w którym mieszkała. Ślady zbrodni prowadziły do Czeczenii – brutalną wojnę w tej republice opisywała regularnie. Jurij Szczekoczichin, wicenaczelny, badał możliwą rolę rosyjskich służb w wysadzeniu bloków mieszkalnych w Moskwie i Wołgodońsku, co posłużyło za pretekst do inwazji na Czeczenię w 1999 r. Zmarł w 2003 r. na serce, ale jego koledzy podejrzewają otrucie. Stanisław Markiełow, adwokat reprezentujący redakcję w licznych procesach, został zastrzelony w Moskwie razem z młodziutką współpracowniczką „NG” Anastasiją Baburową.
Nam, dziennikarzom zajmującym się Wschodem, każdy z tych portretów przypominał jakąś dramatyczną historię, którą opisywaliśmy. Dla naszych gospodarzy z „NG” każdy przedstawiał kolegów z pracy, czasem przyjaciół. Stanowił swoiste memento: siódmy portret wcale nie musiał być ostatni. Ściana w salce konferencyjnej pomieściłaby więcej podobizn. Putinowski system polityczny, z roku na roku coraz bardziej represyjny, też. Liczba pracowników mediów, którzy zmarli w Rosji z nienaturalnej przyczyny, jest już trzycyfrowa. A „NG” zawsze wyróżniała się odwagą, choć czasem nawet ona musiała chodzić na pewne kompromisy.
Dla mnie „Nowaja…” to przede wszystkim znakomite reportaże z miejsc, którymi Kreml nie lubi się chwalić. Choćby niedawny tekst o systemie prześladowań gejów w Czeczenii, oddanej Ramzanowi Kadyrowowi. Część publikacji autorstwa Jeleny Kostiuczenko wydano niedawno w Polsce w zbiorze „Przyszło nam tu żyć”. Kostiuczenko nie kalkuluje. Żeby opisać rzeczywistość – najczęściej od mocno patologicznej strony – zaciąga się do drogówki, jeździ karetką, pomieszkuje na melinie z narkomanami. To nie jest dziennikarstwo zza biurka, oparte o Google’a i przekonane o głębi własnej wiedzy. Co jakiś czas pojawiają się pogłoski, że Kreml może zamknąć „NG”. Dotychczas tego nie zrobiono, a władze czasem traktowały ją jako wentyl bezpieczeństwa i… źródło wiedzy. Dmitrij Miedwiediew jako prezydent udzielił jej wywiadu, mniejszościowe udziały (większość należy do kolektywu pracowniczego) nabyli oligarcha Aleksandr Lebiediew i Michaił Gorbaczow. Redakcja nawiązała niezłe relacje z generałem Siergiejem Czemiezowem, ważnym człowiekiem z Kremla.
Od piątku jako jedyna gazeta świata ma aż dwóch pokojowych noblistów na pokładzie: Gorbaczowa wśród właścicieli i Muratowa na czele redakcji. Komitet noblowski w ostatnich latach popełnił wiele błędów. Premier Etiopii Abij Ahmed, laureat z 2019 r., właśnie dopuszcza się zbrodni wojennych. Piątkową nagrodą dla Muratowa i filipińskiej dziennikarki Marii Ressy częściowo te błędy odkupiła. Jeszcze wolne dziennikarstwo nie zginęło, kiedy oni pracują. Nawet w krajach autorytarnych, w których niepaństwowe media, robione często po partyzancku, na marnym papierze i brzydkich stronach internetowych, są jedynym źródłem wiedzy niewygodnej dla rządzących.