Francja wycofała ambasadorów z Canberry i Waszyngtonu, który zobowiązał się do wyposażenia Australii w okręty o napędzie atomowym. To działanie bilateralne, ale Paryż zamierza oddziaływać na zamorskich partnerów przede wszystkim poprzez Unię Europejską, od której oczekuje pełnej solidarności. Francuski sekretarz stanu ds. europejskich Clément Beaune nie widzi możliwości prowadzenia dalszych rozmów z Australią na temat porozumienia o wolnym handlu. Innymi słowy domaga się, by cały blok w geście solidarności z Francją porzucił rozmowy ze swoim trzecim największym partnerem handlowym. Kolejna seria rozmów z Australijczykami miała odbyć się w październiku, ale Komisja Europejska analizuje teraz, czy powinna do nich przystąpić. Kluczowe będzie jednak to, jak w dłuższej perspektywie spór przełoży się na relacje UE ze Stanami Zjednoczonymi. Francja próbuje już zestrzelić coś, co było uznawane za jaskółkę powrotu do dobrej transatlantyckiej współpracy po prezydenturze Donalda Trumpa. 29 września w Pittsburghu miało dojść do pierwszego spotkania Rady ds. Handlu i Technologii, a więc ciała mającego wzmocnić współpracę technologiczną pomiędzy UE a USA m.in. na rynku półprzewodników, który pozostaje zdominowany przez Azję. Teraz Francja chce, by spotkanie przełożono.
To dopiero początek, bo Paryż obejmie w styczniu przewodnictwo w Radzie UE, a więc jednym z głównych organów decyzyjnych w UE. Rotacyjna prezydencja to dla każdej stolicy szansa na wniesienie własnych priorytetów na unijną agendę, ale w obecnych okolicznościach prezydencja ta nie mogła wypaść w lepszym okresie dla Paryża, zwłaszcza że w trakcie francuskiego przewodnictwa dojdzie do wyborów prezydenckich, w których prezydent Emmanuel Macron zabiega o reelekcję. Francuski polityk wykorzysta tę okazję do przekonania rodaków, że to on jest najbardziej wpływowym przywódcą w Europie. Zadanie ułatwi mu fakt, że w Niemczech panować będzie de facto okres bezkrólewia. Kanclerz Angela Merkel będzie zapewne rozpoczynać polityczną emeryturę, a nowy rząd na początku przyszłego roku może dopiero zabierać się do pracy.
Hasłem kluczem francuskiego przewodnictwa stanie się „autonomia strategiczna”, koncepcja, która ma prowadzić do usamodzielnienia się UE na arenie międzynarodowej, także w obszarze obronności. Paradoksalnie AUKUS, a więc pakt obronny na Pacyfiku właśnie zawarty pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, Australią i Wielką Brytanią, może posłużyć francuskiemu prezydentowi jako argument za tym, by UE inwestowała więcej w swoją autonomię z pominięciem NATO i USA. W końcu Stany Zjednoczone zaskoczyły porozumieniem na Pacyfiku nie tylko Francję, ale też innych partnerów w Sojuszu. Kiedy Macron w jednym z wywiadów dwa lata temu przekonywał, że NATO przechodzi „śmierć mózgową”, jako objaw tego stanu wegetatywnego wskazywał nagłe wycofanie amerykańskich wojsk z Syrii za Trumpa. Francuski polityk uznał to za oznakę odwracania się USA od Europy. Teraz AUKUS dostarcza mu na to kolejnego dowodu.
Francuska wizja polityki zagranicznej jest sprzeczna z tym, czego chce Warszawa, bo polski rząd zabiega, by wzmacnianie obronności UE odbywało się tylko w ścisłej współpracy z Sojuszem Północnoatlantyckim. Powodem, dla którego patrzymy podejrzliwie na francuskie pomysły, jest też to, że w opinii Macrona autonomię Europy wzmocniłoby porozumienie z Rosją.
Francuska prezydencja może być dla Polski wyzwaniem jeszcze z innego powodu. Paryż stawia na Europę socjalną, u nas widzianą głównie jako próba ograniczania naszej konkurencyjności, czego doświadczyły firmy transportowe i delegujące pracowników do pracy w innych krajach UE. Francja w czasie przewodnictwa postawi na realizację kolejnego filara praw socjalnych – ustanowienia europejskiej sprawiedliwiej płacy minimalnej, która co prawda nie będzie oznaczać określania poziomu wynagrodzeń, ale wpłynie na to, jak są one ustalane w krajach członkowskich. Do tego dochodzi spór o prawa mniejszości LGBT. Chociaż trudno przewidywać, jaki będzie wynik francuskiej prezydencji, istnieje ryzyko, że Paryż może zyskać, a Warszawa – stracić, bo polskie władze, uwikłane w spory praworządnościowe, mogą mieć kłopot z tym, by ich argumenty wybrzmiały w UE. ©℗