Białoruskie władze kontynuują brutalne represje. Wprawdzie w ostatnim czasie wycofały się z kilku spraw wytoczonych przeciw przedstawicielom środowisk niezależnych, ale ważni działacze białoruskiej opozycji usłyszeli wczoraj bardzo surowe wyroki. Maryja Kalesnikawa ma odsiedzieć w kolonii karnej 11 lat, a Maksim Znak – 10 lat. Oboje w zeszłym roku pracowali w sztabie niedoszłego kandydata na prezydenta Wiktara Babaryki, a potem w sztabie Swiatłany Cichanouskiej.
Proces Kalesnikawej i Znaka toczył się przez miesiąc za zamkniętymi drzwiami. Na salę sądową dopuszczano jedynie obrońców, oskarżycieli i dziennikarzy mediów państwowych. Przesłuchiwanych świadków zobowiązywano do zachowania w tajemnicy przebiegu procesu. Dlatego nawet ojciec Kalesnikawej mógł mówić najwyżej o ogólnych wrażeniach. – Gdy zobaczyłem uśmiech na twarzy córki, poczułem przypływ sił. Mogę wyciągnąć wniosek, że dobrze się czuje i ma dobry nastrój – mówił Alaksandr Kalesnikau w rozmowie ze Swabodą.
Poza wyrokiem znane są jedynie zarzuty, które postawiła prokuratura: spisek zmierzający do niekonstytucyjnego przejęcia władzy państwowej, publiczne nawoływanie do przejęcia władzy oraz stworzenie albo kierowanie formacją ekstremistyczną. Kodeks karny przewiduje za to do 12 lat więzienia, więc wyrok jest bliski górnej granicy przewidzianej dla tego typu zarzutów. Oskarżeni nie przyznali się do winy.
39-letnia zawodowa flecistka Maryja Kalesnikawa, która przed rozpoczęciem prekampanii wyborczej mieszkała na stałe w Niemczech, zajmowała się przede wszystkim polityką informacyjną sztabu Babaryki. Jej równolatek Maksim Znak, absolwent wydziału prawa w Mińsku i zarządzania w Warszawie, odpowiadał za stronę prawną działalności politycznej bankiera. Gdy władze zatrzymały Babarykę i uniemożliwiły mu start w wyborach, oboje przeszli do zjednoczonego sztabu Cichanouskiej. To Kalesnikawa zaproponowała stworzenie kobiecego tria (z Wieraniką Capkałą, żoną innego zablokowanego kandydata Waleryja Capkały), które wspólnie występowało na wiecach przedwyborczych. Po sfałszowaniu wyborów Kalesnikawa i Znak weszli w skład prezydium opozycyjnej Rady Koordynacyjnej przy Cichanouskiej. Zostali zatrzymani we wrześniu 2020 r. Władze chciały zmusić Kalesnikawą do emigracji, ale kobieta – według jej współpracowników – na granicy z Ukrainą podarła paszport, czym udaremniła swoją banicję.
Za zamkniętymi drzwiami trwa też proces męża Swiatłany Cichanouskiej Siarhieja, kandydata na prezydenta w wyborach 2010 r. Mikałaja Statkiewicza oraz blogera Ihara Łosika, założyciela popularnego kanału „Biełaruś gołownogo mozga” w komunikatorze Telegram. Ta sprawa jest do tego stopnia utajniona, że nie są znane nawet nazwiska sędziego i prokuratorów, a rozprawy są organizowane poza sądem, na terenie aresztu w Homlu.
Wcześniej równie drakońskie orzeczenia, co Kalesnikawa i Znak, usłyszeli inni liderzy opozycji. Babaryka, były prezes Biełgazprombanku, został wysłany do kolonii karnej na 14 lat, a współprzewodniczący Białoruskiej Chrześcijańskiej Demokracji Pawieł Siewiaryniec – na siedem lat. Obrońcy praw człowieka z organizacji Wiosna uznają za więźniów politycznych 659 osób. Nigdy wcześniej ta liczba nie była tak duża.
Wczorajszy wyrok dowodzi, że umorzenie niektórych spraw karnych wytoczonych przedstawicielom niezależnych od władz środowisk nie odwróciło ogólnego trendu. 19 sierpnia Alaksandr Łukaszenka ułaskawił cztery osoby aresztowane w związku ze sprawą Press Clubu Belarus: jego założycielkę Juliję Słucką, jej syna, operatora PCB Piotra Słuckiego, dyrektora Siarhieja Alszeuskiego i dyrektorkę programową Ałę Szarko. Groziły im kary z paragrafów mówiących o nieprawidłowościach finansowych. Wkrótce potem prokuratura umorzyła sprawę PCB. 30 sierpnia umorzono też sprawę menedżerów spółki informatycznej PandaDoc, której szef poparł ubiegłoroczne protesty. Także oni byli podejrzewani o przestępstwa podatkowe, przy czym trzech od 2020 r. czekało na proces na wolności, a czwarty, Dzmitryj Kuuszynau, opuścił areszt 20 sierpnia. ©℗