Mateusz Bajek, kierownik projektu wideoobserwacji wyborów w Fundacji Odpowiedzialna Polityka, członek rady Fundacji Global.Lab

Dwa miesiące przed planowanymi na wrzesień wyborami parlamentarnymi w Rosji Centralna Komisja Wyborcza (CWK) poinformowała o likwidacji możliwości wideoobserwacji wyborów, czyli analizy ich przebiegu z wykorzystaniem obrazu z zamontowanych w lokalach wyborczych kamer internetowych. Zgodnie z decyzją CWK w tym roku będzie funkcjonować wyłącznie służbowy portal do wideoobserwacji, z którego będzie można obserwować pracę ponad 40 tys. komisji. Jednak dostęp do niego będzie ograniczony do wąskiego grona przedstawicieli komisji wyborczych, kandydatów w okręgach większościowych i partii politycznych.

Co więcej, centrala każdej partii będzie mogła obserwować zaledwie 20 komisji w kraju, a ich regionalne oddziały i wystawieni przez nich kandydaci w JOW – zaledwie po cztery. Dodatkowo w każdym z podmiotów federalnych będzie istnieć jedno centrum obserwacji, w którym zainteresowani obywatele będą mogli obserwować przebieg głosowania pod czujnym okiem władz. W skrajnym wypadku odległość, jaką będzie musiał przebyć do takiego centrum obywatel, przekroczy 2000 km. CWK tłumaczy, że choć wideoobserwacja nie będzie dostępna dla każdego, to „pozostanie dostępna dla wszystkich uczestników procesu politycznego”. Kolejny raz potwierdza się, że wyborcy w Rosji nie są uznawani za jego uczestników.
Decyzja oznacza zakończenie trwającego niemal 10 lat eksperymentu, zapoczątkowanego przez ówczesnego premiera Władimira Putina. W odpowiedzi na protesty, które wybuchły po sfałszowanych wyborach parlamentarnych w grudniu 2011 r., Putin zainicjował szereg zmian czasowo liberalizujących system polityczny. Jedną z nich była możliwość powszechnej wideoobserwacji wyborów, która miała się pojawić już w czasie zaplanowanych na marzec 2012 r. wyborów prezydenckich. Putin wyjaśniał, że pomysł ma dać wszystkim Rosjanom możliwość obserwacji tego, co się dzieje w pomieszczeniach komisji wyborczych, zwłaszcza obok urn do głosowania.
Miało to im pozwolić upewnić się, że wybory w Rosji są uczciwe i w ten sposób zwalczyć narrację opozycji o fałszerstwach. W 2012 r. po dwie kamery zainstalowano w niemal wszystkich komisjach. W kolejnych latach liczba kamer została ograniczona, ale w dalszym ciągu każdy Rosjanin z dostępem do internetu miał możliwość obserwacji głosowania w największych miastach i większości obwodów. Z możliwości tej korzystali nie tylko aktywni obywatele, lecz także ogólnokrajowe organizacje skupiające obserwatorów wyborczych.
Decyzji CWK towarzyszą dwie główne narracje. Pierwsza z nich, pozytywna, przedstawia rosyjski system wideoobserwacji jako jeden z najlepiej zorganizowanych na świecie. I dlatego, zgodnie ze słowami szefowej CWK Ełły Pamfiłowej, wideoobserwacją nie powinny zajmować się „osoby leżące na kanapie” i oglądające je „jak film w kinie”, i w ten sposób zaspokajające swoją „próżną ciekawość”. – Wideoobserwacja to skomplikowana sprawa i jeśli chcesz się nią zajmować, to musisz się trochę napracować – deklaruje Pamfiłowa. Druga z narracji zrzuca winę na finanse, których miało nie starczyć na wielodniową transmisję. Przedstawiciele CWK tłumaczą ograniczenie dostępu do wideoobserwacji tym, że budżet komisji był tworzony z założeniem, że głosowanie będzie trwało jeden dzień. A tym razem wybory będą trzydniowe.
Rosyjscy obserwatorzy wyborczy zwracają uwagę, że większość wydatków (zakup i instalacja kamer, ich podłączenie do internetu, stworzenie oprogramowania do translacji obrazu z kamer) miała już miejsce, a więc trzydniowa transmisja może stanowić jedynie margines wydatków. Dodatkowo Grigorij Mielkonjanc, jeden z liderów zajmującego się obserwacją wyborów ruchu Głos, zwraca uwagę, że od ponad roku CWK zajmuje się przekonywaniem, by wybory mogły trwać więcej niż jeden dzień. Co więcej, o ile lobbing wydłużenia głosowania do trzech dni miał w narracji CWK sprzyjać ograniczeniu rozprzestrzeniania COVID-19, o tyle likwidacja wideoobserwacji i zmuszanie obserwatorów do przyjścia do komisji bądź centrów obserwacji faktycznie sprzyja transmisji wirusa.
Żaden z prezentowanych argumentów nie jest tym faktycznym, a za decyzją komisji stoi strach. CWK boi się, że obserwatorom uda się z pomocą internetowych kamer odnaleźć tysiące fałszerstw. Strach jest tym większy, że obecny rozwój technologii pozwala na to, by z wielogodzinnych nagrań wykroić przykłady najbardziej spektakularnych fałszerstw, które następnie rozniosą się po mediach społecznościowych. Ukrycie fałszerstw przed obserwatorami zdusi ten problem w zarodku. Jak zauważa Mielkonjanc, o ile w 2011 r. Putin wprowadził wideoobserwację pod hasłem „żeby Rosjanie zobaczyli”, o tyle w 2021 r. CWK likwiduje ją, by „Rosjanie nie widzieli”. Ale czy jest co ukrywać?
Historia 10 lat wideoobserwacji pokazuje, że obawy CWK nie są bezpodstawne. Obserwatorzy udowodnili to w szczególności w czasie wyborów prezydenckich w 2018 r. Misja kierowana przez pochodzącego z Tatarstanu Azata Gabdulwalejewa pokazała, że w obserwowanych przez jego ludzi 230 komisjach rzeczywista frekwencja (54,3 proc.) była niższa od oficjalnie podanej (80,9 proc.) aż o 110 tys. głosujących. Faktycznie co trzeci wyborca okazał się „martwą duszą”. Do podobnych wniosków doszła misja polskiej Fundacji Odpowiedzialna Polityka, która w czasie tych samych wyborów w 72 analizowanych komisjach odkryła ponad 43 tys. „martwych dusz” (po 600 na komisję). W rekordowej komisji nr 74 w Kabardo-Bałkarii na Kaukazie rzeczywista frekwencja (13,7 proc.) okazała się niemal siedmiokrotnie niższa od oficjalnej (90,2 proc.).
Zawyżanie frekwencji nie było jedynym zaobserwowanym fałszerstwem. Rosyjscy, ale również polscy obserwatorzy odkryli tysiące przykładów dorzucania do urn kart do głosowania, wielokrotnego głosowania przez te same osoby, dorzucania kart w trakcie liczenia głosów i fałszowania protokołów wyborczych. Lokalnym obserwatorom dzięki analizie dnia wyborów w kilku położonych obok siebie komisjach udawało się wyłapać również grupy wyborców oddających głos w kilku komisjach. Obok opisanych wyżej sytuacji można było również obserwować inne smaczki. Członkowie komisji przed dokonaniem fałszerstwa potrafili zasłonić kamerę balonami z helem albo dla pozbycia się świadków mogli zamówić pobicie znajdującego się w komisji obserwatora. W 2018 r. w jednej z komisji w Dagestanie po tym, jak członkini komisji wrzuciła do urny ok. 200 głosów oddanych na Putina, odwróciła się w stronę kamery i z uśmiechem wykrzyczała: „Wygraliśmy te wybory!”.
W opublikowanym w czerwcu przez rosyjski senat raporcie z monitoringu prób zewnętrznych ingerencji w wybory do Dumy poinformowano o planowanym wykorzystaniu sztucznej inteligencji w celu monitorowania przebiegu wyborów z wykorzystaniem kamer. Rada Federacji twierdzi, że stworzone w tym celu oprogramowanie miało stworzyć iluzję masowych fałszerstw, o których istnieniu mieli następnie opowiadać wolontariusze wyszkoleni i opłaceni przez Stany Zjednoczone.
Źródła Rady Federacji (zapewne służby specjalne) miały ją poinformować, że tą działalnością miały się zająć dwie polskie organizacje pozarządowe: Fundacja Odpowiedzialna Polityka oraz Fundacja Global.Lab. Żadna z nich nie była szkolona i opłacana przez USA, a już w szczególności w celu stworzenia iluzji fałszerstw. W czasie rosyjskich wyborów tworzenie iluzji fałszerstw jest niepotrzebne, gdyż te nie są nawet specjalnie ukrywane przed obiektywem kamery. Jednocześnie Fundacja Odpowiedzialna Polityka, podobnie jak w poprzednich latach, planowała zaangażować wolontariuszy do tradycyjnej wideoobserwacji.
Drastyczne ograniczenie wideoobserwacji okazało się niejedynym uderzeniem w możliwość niezależnej kontroli wyborów. W ostatnich tygodniach CWK uderzyła też w krajowych obserwatorów, ułatwiając ich odwołanie z komisji wyborczej. 4 sierpnia natomiast Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) poinformowała, że pierwszy raz w historii jej obserwatorzy nie będą obserwować wyborów w Rosji. CWK wymusiło na OBWE taką decyzję, ograniczając misję z planowanych 500 obserwatorów do zaledwie 50. CKW argumentowało decyzję „sytuacją epidemiologiczną”. Ciekawe, że w czasie odbywających się niedawno w Petersburgu meczów Euro 2020 dziesiątki tysięcy kibiców nie stwarzały żadnego zagrożenia.