Od dzisiaj nad Tamizą przestaje obowiązywać resztka restrykcji wprowadzonych do walki z rozprzestrzenianiem się wirusa. Znoszone są więc limity liczby osób mogących spotykać się w gospodarstwach domowych, a także gości na weselach, pogrzebach i imprezach masowych. Wznawiają działalność kluby nocne (po raz pierwszy od marca ub.r.), a w pubach klientów nie trzeba już obsługiwać tylko przy stolikach.
Nie będzie już wymogu noszenia maseczek, chociaż władze wciąż zalecają ich stosowanie w zatłoczonych miejscach. Dwie największe sieci supermarketów po drugiej stronie kanału La Manche – Tesco i Sainsbury’s – już zapowiedziały, że będą prosić klientów o zakładanie maseczek.
Dzień, który miał być radosnym „Dniem wolności”, powoli zamienia się w eksperyment na niesłychaną skalę. Do zniesienia obostrzeń dochodzi w nieciekawych okolicznościach. Liczba dziennie wykrywanych przypadków w całej Wielkiej Brytanii przekroczyła bowiem 50 tys. – wartość odnotowana tutaj wyłącznie podczas szczytu trzeciej, najcięższej fali w styczniu.
„Daily Mail” przestrzegł przed „pingdemią”, czyli nawałnicą powiadomień ze strony rządowej aplikacji covidowej dla osób, które muszą udać się na samoizolację przez wzgląd na kontakt z osobą zakażoną.
Menedżerowie branży spożywczej przestrzegli, że wymóg samoizolacji przy tak gwałtownie rosnącej liczbie zakażeń może doprowadzić do ubytków kadrowych w ich sektorze, co przełoży się na problemy z zaopatrzeniem. Jakby na potwierdzenie tych słów została wyłączona z eksploatacji jedna z linii londyńskiego metra (tzw. metropolitarna, oznaczona kolorem magenta, rozpoczynająca się w londyńskim City), ponieważ nie było kim zastąpić pracowników posłanych na samoizolację.
Jak na ironię tuż przed „Dniem wolności” na COVID-19 zapadł minister zdrowia Sajid Javid, który w piątek odbył kilkugodzinne spotkanie z premierem Borisem Johnsonem. Szef rządu jako potencjalnie narażony kontakt Javida powinien poddać się samoizolacji. Jego kancelaria najpierw poinformowała, że Johnson bierze udział w pilotażowym programie, gdzie tacy jak on muszą codziennie wykonywać szybki test na obecność wirusa, natomiast nie muszą poddawać się samoizolacji. Po fali oburzenia podano, że Johnson jednak odbywa kwarantannę.
Decyzję o zniesieniu obostrzeń była już raz odsuwana; pierwotnie „Dzień wolności” był zaplanowany na 21 czerwca. Na krótko przed tym terminem rząd postanowił jednak podnieść jeszcze statystyki szczepień. Dzięki temu na dziś po pierwszej dawce jest 87,8 proc. dorosłych; 67,8 proc. jest po dwóch. W reakcji na wariant Delta skrócono odstęp między dawkami, tak aby dociągnąć do drugiej jak największy odsetek ludności.
Jeśli jednak spojrzeć na wszystkich mieszkańców – włącznie z dziećmi i młodzieżą – to po pierwszej dawce jest 68 proc. mieszkańców Zjednoczonego Królestwa. To oznacza, że pozostałych 30 proc. dalej może łapać wirusa. Nad Tamizą podjęto bowiem decyzję, aby nie szczepić osób poniżej 18. roku życia. Wśród rządowych ekspertów trwa jednak debata, czy wobec wariantu Delta nie należałoby jej zmienić.
Teraz niektórzy eksperci znów nawoływali do tego, aby decyzję odsunąć w czasie, a nawet przywrócić część obostrzeń. – Na razie liczba chorych na COVID-19 w szpitalach jest niewielka, ale to nie znaczy, że taka pozostanie za pięć, sześć, siedem czy osiem tygodni. Sytuacja znów może się stać bardzo poważna. My dalej jesteśmy z tym wszystkim w lesie – przestrzegał parę dni temu Chris Witty, główny doradca rządu ds. medycznych.
Tymczasem 1,2 tys. specjalistów z całego globu opublikowało na łamach prestiżowego czasopisma naukowego „The Lancet” list nazywający decyzję władz w Londynie o zniesieniu reszty obostrzeń w obecnej sytuacji przedwczesną. Eksperci zwrócili m.in. uwagę, że przyzwolenie na to, żeby wirus krążył swobodnie w zaszczepionym społeczeństwie zwiększa prawdopodobieństwo powstania mutacji zmniejszających skuteczność preparatów, zaś rola Wielkiej Brytanii jako hubu ruchu pasażerskiego sprawi, że owe mutacje mogą się szybko rozprzestrzenić po całym świecie.