Reklama
Rosyjski sąd zdecydował wczoraj o dalszym losie Aleksieja Nawalnego. Ciążący na nim wyrok trzech i pół roku kolonii karnej z 2014 r. został odwieszony. Polityk miał nie wykonywać warunków zawieszenia kary po wyjeździe do Niemiec na leczenie skutków nieudanego otrucia dokonanego przez funkcjonariuszy Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB).
W poczet kary sąd zaliczył 10 miesięcy, które Nawalny spędził swego czasu w areszcie domowym, i ostatnie dwa tygodnie za kratkami. W efekcie polityk ma wyjść na wolność latem 2023 r. Nie będzie mógł więc poprowadzić opozycyjnej kampanii przed planowanymi na wrzesień 2021 r. wyborami, w których przeciwnicy prezydenta Władimira Putina chcieliby powalczyć o pozbawienie kremlowskiej Jednej Rosji samodzielnej większości parlamentarnej. Planowana data uwolnienia zbiega się za to z pierwszymi przymiarkami do kampanii przed wyborami prezydenckimi w marcu 2024 r. Wyrok nie jest prawomocny, obrona zapowiedziała odwołanie.
– Siedzi tu dwóch i jeden mówi: wsadźmy Nawalnego za to, że stawiał się w inspekcji w poniedziałki, a nie w czwartki. A drugi na to: wsadźmy Nawalnego za to, że nie pojawił się od razu po wyjściu ze śpiączki – mówił polityk podczas wczorajszej rozprawy. – A ja bym chciał, żeby wszyscy jeszcze raz zwrócili uwagę na to, że sens tej rozprawy sprowadza się do tego, żeby wsadzić mnie w sprawie, w której zostałem już uznany za niewinnego. W sprawie, która została uznana za sfabrykowaną – dodawał w mowie końcowej. – Przyczyną jest nienawiść i strach jednego człowieka mieszkającego w bunkrze. Śmiertelnie go obraziłem tym, że przeżyłem – przekonywał, nawiązując do pandemicznego zniknięcia Putina z przestrzeni publicznej.
Wyrok dotyczył tzw. sprawy Yves Rocher i sięga czasów, gdy bracia Aleksiej i Oleg Nawalni zajmowali się biznesem. Jedna z prowadzonych przez nich firm, Gławpodpiska, w 2008 r. zawarła kontrakt ze spółką Yves Rocher Wostok (YRW) na dostawy przesyłek z Jarosławia do Moskwy. Po czterech latach współpracy szef rosyjskiej filii koncernu Bruno Leproux – jak twierdzi obrona Nawalnego, pod presją FSB – złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. W grudniu 2012 r. Komitet Śledczy wszczął śledztwo w związku z oszustwem na kwotę 55 mln rubli (po obecnym kursie – 2,7 mln zł).

Reklama
Kwota ta stanowiła pełną wartość kontraktu YRW z Gławpodpiską, czyli de facto prokuratorzy zarzucili Nawalnym, że przez ponad cztery lata współpracy nie wywiązali się z żadnego zlecenia. W międzyczasie Yves Rocher przeprowadziła wewnętrzny audyt, który nie wykazał żadnych nieprawidłowości. To samo mówili menedżerowie francuskiej spółki podczas procesu. – Żadnej straty Yves Rocher nie poniósł – oświadczył dyrektor finansowy YRW Kristian Mielnik. – To był solidny przewoźnik, który ani razu nie zerwał dostaw i na którego zawsze mogliśmy liczyć – mówił o Gławpodpisce Dmitrij Waśkow, zajmujący się w YRW logistyką.
Mimo to 30 grudnia 2014 r. bracia zostali skazani na trzy i pół roku więzienia – Oleg bezwzględnego, a Aleksiej – w zawieszeniu na pięć lat. W 2017 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał wyrok za bezpodstawny i nakazał państwu rosyjskiemu wypłacić Nawalnym 76 tys. euro odszkodowania. Bracia otrzymali te pieniądze, jednak wyrok nie został skasowany. Oleg odsiedział całą karę. W przypadku Aleksieja termin jej zawieszenia mijał w grudniu 2020 r. Dzień przed upływem tego terminu Federalna Służba Wykonania Wyroków (FSIN) uznała, że opozycjonista uporczywie łamał warunki zawieszenia, wyliczając 50 takich przypadków.
Polityk był w tym czasie w Niemczech na leczeniu i rehabilitacji. Podczas wczorajszej rozprawy przedstawiciel FSIN przekonywał, że od września 2020 r. urząd nie miał żadnej informacji o miejscu pobytu skazanego. – Prezydent kraju mówił, że znajduję się na leczeniu. Nie wiedzieliście o tym? – pytał Nawalny i dodawał, że nazajutrz po powrocie do Moskwy zamierzał stawić się na komendzie, jednak został zatrzymany jeszcze w terminalu stołecznego lotniska Szeremietiewo. Obrona przekonywała też, że polityk powiadamiał FSIN o miejscu swojego pobytu w RFN.
Po zatrzymaniu Nawalnego jego Fundacja Walki z Korupcją (FBK) wyemitowała film dokumentalny o czarnomorskiej rezydencji Putina w Praskowiejewce pod Gelendżykiem. FBK wykazała za pomocą dokumentów, że pieniądze na inwestycję – według fundacji 100 mld rubli (5 mld zł) – pochodziły ze zdefraudowanego majątku państwowego i łapówek od najważniejszych oligarchów, a sama posiadłość jest zarejestrowana na krewnych i przyjaciół Putina. Prezydent zapewniał, że nie ma z tym nic wspólnego, a ostatnio zaprzyjaźniony z nim oligarcha Arkadij Rotienbierg oświadczył, że to jego willa.
Większość informacji zawartych w filmie nie była nowa, ale atrakcyjna forma ich przedstawienia wywołała w Rosji prawdziwą sensację. Kilka epizodów filmu stało się hitami internetu. Szczególne zainteresowanie wzbudziła warta 700 euro szczotka do toalety, którą kupiono do ubikacji w wytwórni win produkującej trunki na potrzeby Kremla i jego głównego lokatora, a także specjalna sala do palenia sziszy w samej rezydencji z oprzyrządowaniem pozwalającym na taniec na rurze.
Do wczoraj film odtworzono na YouTubie 107 mln razy. Jego emisja i zatrzymanie Nawalnego wywołały protesty we wszystkich częściach kraju. Władze zareagowały falą represji; w sumie w ciągu ostatnich dwóch weekendów zatrzymano co najmniej 11 tys. ludzi. Zatrzymania trwały również wczoraj. Według „OWD-Info”, które zajmuje się monitorowaniem prześladowań politycznych, w okolicach sądu, gdzie zapadał wyrok, do więźniarek trafiły 362 osoby. Z kolei sąd rejonowy, który miał wydać wyrok, dotknęły zmiany kadrowe. W ostatniej chwili zmieniono sędzię, która miała poprowadzić rozprawę, a kilka dni temu z funkcji zrezygnował prezes Wiaczesław Dietiszyn.
Tymczasem francuski koncern, którego menedżer złożył przed laty zawiadomienie dające Kremlowi pretekst do represji, umywa ręce. W wydanym 22 stycznia, niepodpisanym imieniem i nazwiskiem oświadczeniu czytamy, że „Groupe Rocher jako spółka całkowicie apolityczna nie angażuje się w żadnej formie w debatę polityczną i nie zamierza komentować sprawy, która dotyczy wyłącznie rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości i Aleksieja Nawalnego”. Innego zdania byli zachodni dyplomaci, których kilkunastu, w tym przedstawiciel ambasady RP w Rosji, pojawiło się na rozprawie. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Marija Zacharowa uznała to za ingerencję w wewnętrzne sprawy tego kraju.