Proszę sobie wyobrazić prowadzenie biznesu, np. niewielkiej kawiarni. Idzie nawet nieźle, ale pewnego dnia pod lokal przychodzą robotnicy i zasłaniają go płotem. „Kierownik kazał, to postawiliśmy. Będzie tu stał, póki nie zdejmiemy” – mówią, spinając kolejne przęsła trytytkami dla stabilizacji.
Właściciel oczywiście próbuje się czegoś dowiedzieć, ale chatbot na stronie internetowej urzędu miasta odsyła na infolinię, telefonu nikt nie odbiera, a fizyczny ratusz zlikwidowano, żeby ciąć koszty. Wezwana na miejsce policja rozkłada ręce i odjeżdża, nie pomagają nawet znajomi politycy. Sąsiedzi szepczą, że na działalność kawiarni było dużo skarg, ale nikt nie potrafi powiedzieć na co. Tymczasem niewidoczny już z ulicy biznes po prostu siada.
Instagram (bezprawnie) i YouTube rządzą polskim internetem
W takiej sytuacji mogą się z dnia na dzień znaleźć osoby, które wiążą swoje biznesy z mediami społecznościowymi. Na początku tygodnia satyryk Michał Marszał (wcześniej związany z tygodnikiem „NIE”) stracił na kilka godzin dostęp do konta na Instagramie. Zawieszenie oznacza, że konto nie jest widoczne na platformie, a jeśli użytkownik chce je znaleźć, to widzi komunikat: „Przepraszamy, ta strona jest niedostępna. Kliknięty link mógł być uszkodzony lub strona mogła zostać usunięta”. Profil Marszała widniał jako pusty. Satyryk wyjaśniał, że stracił dostęp do konta po tym, jak algorytm uznał opublikowaną przez niego piosenkę „Nie bój się diabła, ale walnij mu w mordę” za nawoływanie do przemocy. Marszała obserwowało ponad 400 tys. osób. W czasie, kiedy jego konto było nieaktywne, stracił możliwość wywiązywania się z kontraktów sponsorskich.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.