Do zadania sobie i państwu tego pytania sprowokował mnie tekst Tomasza Terlikowskiego („Plus Minus”, 12 czerwca) o raporcie, z którego wynika, że kościelni liderzy „traktowali osoby skrzywdzone seksualnie jak wrogów Kościoła, odmawiali brania odpowiedzialności za lokalne struktury, bagatelizowali liczbę ofiar, a wszystko to w imię obrony dobrego imienia instytucji”. Ba, chodzi o najliczniejszą konferencję wspólnot baptystów w południowych stanach USA. Gdzie Rzym, gdzie Krym – spyta czujny czytelnik, co ma wspólnego trzeszczenie u konserwatywnych baptystów z chrzęstem w polskim Kościele? Otóż, jak prosto i celnie pisze Terlikowski, zrozumienie zła moralnego pedofilii przyszło do Kościołów z zewnątrz.
To kluczowy problem dla zrozumienia istoty kryzysu chrześcijaństwa XXI w. Nie ono stało się czynnikiem przebudzenia – dokonało się ono dzięki psychologom rozwoju dziecięcego, dzięki śledczym czy dzięki terapeutom osób dorosłych, a nie dzięki wrażliwym pastorom, księżom, zakonnicom. Gdy sól zwietrzeje, czym ją posolić? Kultura, która nakazywała nie wierzyć dzieciom, zwłaszcza kiedy oskarżają dorosłych, okazała się silniejsza, niż „kochaj bliźniego swego”. Nawyk obrony prestiżu Kościoła przemógł współczucie. Obyczaj lekceważenia wagi seksualnych nadużyć silniejszych wobec słabszych wygrał z Jezusowym „coście najmniejszemu z moich braci uczynili, mnie uczyniliście…”. Sól, którą posolono Kościół, pochodziła ze świata, o którym Kościół dość długo myślał z niechęcią – ze świata świeckiej refleksji moralnej oraz psychologii.