Historia pandemicznych, (anty)fake’owych regulacji to opowieść o tym, jak pod pozorem robienia dobrze, robi się źle. Lub – jeśli obstawać przy domniemaniu naiwności władzy przejętej troską o informacyjne zdrowie obywateli – opowieść o leczeniu dżumy cholerą.
Na całym świecie państw, które w pierwszym roku pandemii uchwaliły przepisy mające – przynajmniej oficjalnie – ograniczyć plagę dezinformacji, Międzynarodowy Instytut Prasowy (IPI) naliczył 17. Zastanawiające, że biorą się do tego kraje niezdradzające najmniejszego zainteresowania ochroną rzetelnych, jakościowych mediów.
Covidowy pretekst szybko wykorzystała Rosja, wprowadzając wysokie grzywny dla mediów uznanych za winne celowego rozpowszechnia fałszywych wiadomości dotyczących bezpieczeństwa publicznego, w tym pandemii. Władza może też blokować serwisy internetowe, które nie spełniają żądań usunięcia informacji uznanych za nieścisłe i cenzurować treści objawiające „rażący brak szacunku” dla państwa.
Przepisy wymierzone przeciwko treściom, które władza uważa za dezinformację, wprowadziły kraje w różnych częściach świata – m.in. Azerbejdżan, Tadżykistan, Kambodża, Wietnam, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Jordania i Algieria. W Unii Europejskiej do niedawna jedyną czarną owcą z (anty)fake’owym prawem były Węgry. Od marca ub.r. rozpowszechnianie nieprawdziwych wiadomości lub „sianie strachu” podważające skuteczność walki władz z koronawirusem karane jest tam grzywną i więzieniem.
Teraz jednak do Budapesztu dołączyły Ateny. Znowelizowany niedawno w Grecji kodeks karny penalizuje rozpowszechnianie nieprawdziwych wiadomości, które „mogą wywołać niepokój lub strach w społeczeństwie” lub podważyć jego zaufanie do „gospodarki narodowej, zdolności obronnych kraju lub zdrowia publicznego”. Karą jest więzienie (do pięciu lat) i grzywna. Minimalny wyrok to trzy miesiące – lub sześć, jeśli „czyn został popełniony wielokrotnie za pośrednictwem prasy lub internetu”. Kary obejmują autorów informacji, wydawców i szefów mediów, a nawet tych, którzy podlinkują taką wiadomość.
W porównaniu z przepisami z 2019 r. zaostrzono kary (poprzednio można było wykpić się grzywną, a maksymalna odsiadka nie przekraczała trzech lat), rozwodniono powód ich wymierzania – i dodano do katalogu zagrożonych wartości zdrowie publiczne. Human Rights Watch wytyka nowemu greckiemu kodeksowi m.in. brak kryteriów ustalania, co jest fake newsem i brak warunku spowodowania rzeczywistej szkody, by karać za daną publikację. Organizacja uważa, że te przepisy nie spełniają standardów europejskich i istnieje poważne ryzyko wykorzystania ich do karania „każdego, kto krytykuje lub kwestionuje politykę rządu”.
Z kolei Media Freedom Rapid Response (MFRR) – śledzi naruszenia wolności mediów w państwach UE – wskazuje na absurd karania dziennikarzy za potencjalne wzbudzanie zaniepokojenia lub podważanie zaufania do władz, skoro na tym polega ich praca. Rozliczanie rządzących może podważać ich autorytet, a materiały śledcze mogą wywoływać uzasadnione obawy lub gniew – stwierdza MFRR.
Co ciekawe, nowe zapisy greckiego kodeksu karnego są reminiscencją przepisów z czasów junty czarnych pułkowników – dyktatury, przed którą rodzina kilkumiesięcznego wówczas Kiriakosa Mitsotakisa, obecnego premiera, uciekła do Francji.
Jak podaje serwis dziennika „Efimerida ton Syntakton”, to właśnie junta podniosła bowiem karę za rozpowszechnianie fałszywych wiadomości (od roku do pięciu lat pozbawienia wolności plus grzywna) i rozszerzyła katalog przewinień. Po raz pierwszy znalazło się w nim wtedy podważanie zaufania publicznego – do władzy, jej polityki rozwoju gospodarczego, waluty itp. Te przepisy zniesiono w 1975 r., po powrocie demokracji. Autorzy tekstu w „Efimerida ton Syntakton” zastanawiają się, czy jeżeli teraz ktoś napisze, że rząd premiera Mitsotakisa nie radzi sobie z pandemią, to taką publikację będzie można potraktować jako fake newsa.
Pytanie jest retoryczne, gdyż rozstrzygnięć w kwestii „Cóż to jest prawda?” będzie według swojego uznania każdorazowo dokonywała władza. Dlatego greckie stowarzyszenia dziennikarskie skrytykowały nowelizację kodeksu karnego.
Wpisuje się ona jednak w krajobraz medialny kraju, którego rząd zacieśnia kontrolę nad przepływem informacji – co według Reporterów bez Granic wiąże się zarówno z pandemią, jak i kryzysem uchodźczym. Media zbyt dociekliwe i krytyczne wobec władzy nie skorzystały np. z wartej 20 mln euro kampanii informacyjnej na temat koronawirusa. Atmosfery nie poprawia wciąż niewyjaśnione zabójstwo reportera kryminalnego Giorgosa Karaivaza dokonane w kwietniu tego roku.
Niezależnie od tego, czy jest to nieudolna walka z dezinformacją, czy efektywna walka z informacjami niepodobającymi się władzy – (anty)fake’owe przepisy niosą efekt mrożący dla mediów. W pojęciu „fake newsa” zmieści się każda krytyka działań rządzących i ujawnianie niewygodnych dla nich faktów.
W trend przestrzelonych przepisów wprowadzanych pod sztandarem szczytnych zamiarów wpisuje się też polski projekt tzw. ustawy wolnościowej, czyli ustawy „o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych”. Nie jest to legislacja równego kalibru, co grecki kodeks karny i wcześniejsze regulacje na Węgrzech czy w Rosji. Przede wszystkim bowiem nie grozi więzieniem za publikowane treści (od tego jest cieszący się złą sławą i dobrym zdrowiem art. 212 kodeksu karnego). Obecny projekt resortu sprawiedliwości przewiduje „tylko” kary finansowe dla Facebooka i innych dużych platform internetowych.
Jest jednak obciążony tym samym grzechem pierworodnym, co (anty)fake’owe ustawy. Obiecuje wzmocnić maluczkich wobec big techów i ograniczyć cyrkulację fake’ów, ale patrząc, jak się do tego zabiera, trudno nie obawiać się o efekt. Będzie ponury: powstanie Rada Wolności Słowa – kolejny twór od mediów, polityczny, bo wybierany przez Sejm. I arbitralność jej decyzji – a takie będą przy braku jasnych kryteriów oceny treści – zastąpi obecną arbitralność big techów i ich algorytmów. Złudzenia, aby miało to podnieść jakość debaty w internecie, pryskają przed doczytaniem projektu do końca.
Chcąc faktycznie walczyć z dezinformacją, lepiej się skupić na systematycznym i systemowym wspieraniu wiarygodnych wiadomości i dostarczających je redakcji. Poprzeczka w stosunkach władza – patrzące jej na ręce media jest zawieszona tak nisko, że już samo nieprzeszkadzanie stanowiłoby duży postęp. Do tego nie potrzeba nawet ustawy.
(Anty)fake’owe przepisy niosą efekt mrożący dla mediów. W pojęciu „fake newsa” zmieści się każda krytyka działań rządzących i ujawnianie niewygodnych dla nich faktów