Z Tomaszem Nałęczem rozmawia Piotr Szymaniak
Takie słowa jak „wolność”, „niepodległość”, „suwerenność”, „niezawisłość” i „niezależność” nie schodzą dziś z ust władzy. Ulicami Warszawy, pomimo zakazu sądu, ma przejść marsz pod hasłem „Niepodległość nie na sprzedaż”. Rządzący tworzą narrację, wedle której nasza niepodległość i suwerenność miałaby być zagrożona i musielibyśmy o nią nieustannie walczyć. Co dziś znaczą: niepodległość, niezawisłość, suwerenność? I czy znaczą to samo co dla ojców założycieli II RP - Piłsudskiego, Daszyńskiego, Witosa, Narutowicza, Dmowskiego czy Rataja?
Obserwując to odmienianie przez wszystkie przypadki takich pojęć jak „suwerenność”, „godność narodowa” czy „nadrzędny interes państwowy”, widzę analogię do końcowego okresu II RP, gdy władza w imię swojego partyjnego interesu usiłowała rozpalać emocje narodowe, chcąc skupić społeczeństwo nie tyle wokół wspólnych interesów narodowych, państwowych, ile wokół partii rządzącej. Prawo i Sprawiedliwość lubi wszystko nazywać narodowym. Kolejne powoływane instytuty mające służyć państwu, a tak naprawdę partii rządzącej, mają w nazwie ten przymiotnik. Najlepiej to widać w tej nazwie, w której się władza tak lubuje - Narodowe Święto Niepodległości. Ten nacisk na narodowość to nie jest nowa strategia. Była w Polsce stosowana zawsze, kiedy władza miała charakter autorytarny czy wręcz dyktatorski, kiedy porzucała wartości demokratyczne i obywatelskie. Narodowe Święto Niepodległości uchwaliła jeszcze komunistyczna ekipa gen. Wojciecha Jaruzelskiego w lutym 1989 r., kiedy system już pękał w szwach i był bliski zawalenia. Właśnie wtedy, czując brak szerszego poparcia, władza szermowała określeniem „narodowy”, chcąc zyskać w ten sposób legitymizację. W okresie międzywojennym, kiedy pierwotnie powoływano to święto do życia, nazwano je po prostu Świętem Niepodległości.