Reklama
Czy rodzinny kapitał opiekuńczy – planowane przez rząd nowe świadczenie przysługujące na dzieci między 12. a 36. miesiącem życia – przyczyni się do wzrostu liczby urodzeń?
Traktowałbym je raczej jako uzupełnienie palety dotychczas istniejących instrumentów – uelastycznienie form pomocy rodzicom małych dzieci. Innymi słowy mówiąc – to kolejne działanie, które ma zmniejszyć koszty rodzicielstwa.
Jak silny może być ten pronatalistyczny kopniak?
Sam instrument nie jest bardzo spektakularny… Wprowadzanie go uzasadnia to, że stanowi odpowiedź na potrzebę kolejnej grupy rodziców małych dzieci. Jego wpływ na urodzenia będzie raczej niewielki. Politykę pronatalistyczną powinno definiować całe spektrum takich narzędzi.
Czy RKO można byłoby zmodyfikować w taki sposób, żeby bardziej przełożyło się na efekty rozrodcze?
Tak – ale wymagałoby to zgody ministra finansów, który chyba nie jest entuzjastą szeroko pojętych i kosztownych programów społecznych.
Program 500+ kosztuje budżet ponad 20 mld zł rocznie. Rodzinny kapitał opiekuńczy oznacza kolejne wydatki. Czy te pieniądze można byłoby spożytkować w taki sposób, aby jeszcze bardziej przełożyły się na urodzenia?
Być może, gdyby je zogniskować w postaci jednorazowej wypłaty… wówczas wypłacalibyśmy jednorazowo np. 100 tys. zł. Albo dawalibyśmy wybór – czy wolisz dostać całą kwotę od razu, czy rozłożoną na raty? Czyli np. bierzesz całą kwotę, ale rezygnujesz w przyszłości z innych świadczeń.
100 tys. zł – na to minister finansów mógłby się nie zgodzić.
Ale przecież to są pieniądze wydawane na jedno dziecko w ramach 500+. To 6 tys. zł rocznie, czyli w ciągu 18 lat – 108 tys. zł. Być może dla części osób – zwłaszcza nieświadomych, jaki jest realny rozmiar pomocy świadczonej przez państwo na przestrzeni lat – mogłoby to stanowić bodziec.
Przy 500+ pojawiły się zarzuty, że to program nie nastawiony na zwiększenie liczby urodzeń, tylko na zwiększenie liczby głosów oddanych na Prawo i Sprawiedliwość. Z RKO będzie tak samo?
Można to i w taki sposób interpretować, ale przecież polityka w dużym stopniu bazuje na takim przekupywaniu. Jak ktoś wygra wybory, to chce sobie zapewnić, że wygra również następne – a będąc u władzy, ma się znacznie większe możliwości takiego przekupywania.
Czy jest jakiś kraj, któremu według pana udało się rozwikłać urodzeniową zagadkę?
Francja i kraje skandynawskie – czyli państwa, gdzie funkcjonuje bardzo szeroki wachlarz różnych środków dostosowanych do zindywidualizowanej sytuacji rodziców. Zupełnie inne bodźce będą bowiem oddziaływały na korporacyjną prawniczkę w Warszawie, a inne na rolniczkę z Podlasia. Można podejrzewać, że dostęp do dobrej jakości opieki przedszkolnej będzie w tym pierwszym przypadku odgrywał większą rolę niż pieniądze, które z kolei będą nieco ważniejsze w tym drugim. Dzięki zróżnicowanej palecie instrumentów można wpłynąć na większą grupę ludzi.
Czyli nie ma natalistycznego panaceum – jednego środka, który sprawdziłby się w każdym kraju?
Nie ma, zarówno w skali kraju, jak i pojedynczych osób. Najważniejsze jest zróżnicowanie.
Jak ocenia pan przedstawiony niedawno przez rząd projekt strategii demograficznej do 2040 r.?
Największą zaletą tego dokumentu jest to, że po raz pierwszy poważnie traktuje kwestię dostępu do mieszkań. Do tej pory nie było polityki rodzinnej o nastawieniu mieszkaniowym.
Do tej pory też dokonania rządu w polityce mieszkaniowe są znikome.
Nie zmienia to tego, że ktoś dostrzegł wagę tego aspektu dla polityki rodzinnej. To novum. Co do reszty, to trudno znaleźć tam inne instrumenty, które bezsprzecznie przełożą się na sferę zachowań rozrodczych. Pomijam pechową nazwę – to nie jest żadna strategia demograficzna, skoro ogranicza się wyłącznie do sfery wspomagania decyzji prokreacyjnych i w zdecydowanie mniejszym stopniu matrymonialnych.
Czego tam brakuje?
Choćby kwestii migracyjnych. W ostatnich latach ponad 3 proc. małżeństw zawieranych w Polsce to były związki dwunarodowościowe. Widzimy szybko rosnącą liczbę Ukrainek rodzących u nas dzieci. Tego w ogóle tam nie ma. Nawet w sferze rozrodczości nie bierze się pod uwagę wzmocnienia liczby urodzeń w Polsce przez urodzenia w rodzinach migrantów. Nie ma też nic o ułatwianiu im dostępu do opieki nad dziećmi czy edukacji – a im wcześniej dziecko rozpocznie naukę języka, tym większe szanse na to, że się zasymiluje.
Może migracja to po prostu dalej jest temat tabu w Polsce?
Ale przecież dwa tygodnie temu przedstawiono projekt polityki migracyjnej. Co więcej, w innym konsultowanym obecnie dokumencie, dotyczącym funduszy europejskich dla rozwoju społecznego, po raz pierwszy pojawia się wspomaganie cudzoziemców na polskim rynku pracy. To oznacza, że rząd przestał udawać, że migrantów już nie ma. Tylko dlaczego nie pojawiają się w strategii demograficznej? W tym sensie np. 1,5 mln Ukraińców mieszkających w Polsce, czyli 4 proc. populacji, w ogóle nie jest postrzegane jako grupa, która może zwiększyć potencjał rozrodczy.
Podsumowując: RKO podoba się panu jako instrument, ale z tym zastrzeżeniem, że powinien stanowić element szerszego wachlarza?
Tylko dostarczanie szerokiej gamy usług i świadczeń, z których rodzice wybierają najlepszy z ich strony miks, ma sens. Wtedy jest większa szansa, że potencjalny rodzic może uznać – tak, w tych nowych warunkach będę w stanie mieć dziecko, utrzymać dziecko, być jednocześnie pracownikiem, rodzicem.
Ale panaceum nie ma?
Nie, nie ma. Zachowania rozrodcze to bardzo skomplikowana materia – trudno się dziwić, że nie ma jednego, prostego środka.
12 tys. zł w ratach albo dopłata do żłobka
Projekt ustawy o rodzinnym kapitale opiekuńczym przewiduje, że nowe świadczenie będzie przysługiwać na drugie i kolejne dzieci w rodzinie, o ile są w wieku od 1 do 3 lat. Jego wysokość to maksymalnie 12 tys. zł do wypłaty w ratach (do rodzica będzie należała decyzja, czy w 12 po tysiąc złotych, czy w 24 po 500 zł). Świadczenie będzie przyznawane bez względu na dochody w rodzinie – w efekcie zostaną nim objęte wszystkie dzieci spełniające kryteria, o ile rodzice złożą wniosek w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych (projekt przewiduje, że proces będzie w całości cyfrowy).
Resort polityki rodzinnej i pracy szacuje, że świadczenie w pierwszym roku trafi do rodziców 410 tys. maluchów. Projekt przewiduje również alternatywę pod postacią dopłat do opieki dziennej, przede wszystkim żłobków. Rodzice mogą skorzystać z tej formy pomocy (400 zł miesięcznie), ale nie będą wtedy otrzymywali pieniędzy do ręki. Resort szacuje, że z takiej formy pomocy skorzysta 108 tys. dzieci.
JK