Równolegle do tych doniesień Putin mógł się rozkoszować materiałem operacyjnym – bo trudno to, co opublikowała białoruska telewizja publiczna nazwać wywiadem – z udziałem Ramana Pratasiewicza, który na przemian kajał się i płakał, przepraszając Alaksandra Łukaszenkę za spiskowanie przeciw reżimowi. Wisienką na tym putinowskim torcie było potwierdzenie decyzji UE o niemal całkowitym zamknięciu ruchu powietrznego z Białorusią. Rosja najpewniej najpierw pomogła Łukaszence namierzyć Pratasiewicza w jego drodze z Aten do Wilna (trudno uwierzyć by – uznawane za sztacheciarskie – białoruskie KGB było zdolne do takiej roboty samodzielnie). A później ten wysiłek zdyskontowała. Bo odcięcie Białorusi od Zachodu jest dla Rosji po prostu korzystne. Kreml zastosował w tym przypadku klasyczną metodę utopienia dyktatora w kompromitacji, od której nie ma odwrotu. Ten sam manewr próbowano zrealizować na Ukrainie w 2004 r., podczas pomarańczowej rewolucji. Wiktor Janukowycz był jednak wówczas zbyt słaby, aby zorganizować na Majdanie mineriadę – krwawą pacyfikację protestów, której mieli dokonać górnicy zwiezieni do stolicy z Donbasu. Nad Dnieprem udało się to dopiero w 2014 r. Ale w tym wypadku znany z wyczucia smaku Janukowycz po prostu przesadził. Łukaszenka wykonał swoje zadanie idealnie. Opętany paranojami spisku porwał samolot, przez kilka dni torturował opozycjonistę, by na końcu pokazać efekty swojej pracy w postaci quasi-wywiadu ze złamanym człowiekiem. Dziś Łukaszenka jest Putina. „Biega” – jak mówią w KGB – na jego warunkach.
Kilka dni przed tymi wydarzeniami prezydent Rosji nie odmówił sobie również swego rodzaju manifestu bezpośrednio pod adresem Polski. Zrobił to, wyciągając na lotnisku w Petersburgu z pokładu boeinga LOT-u działacza opozycji Andrieja Piwowarowa. Każdy, kto choć minimalnie rozumie logikę działania rosyjskiej bezpieki, wie, że miasta takie jak Moskwa czy Petersburg naszpikowane są kamerami CCTV wykorzystującymi techniki identyfikacji twarzy. Od operatorów tego systemu za łapówkę można kupić informacje na temat zdrad małżeńskich lub przemieszczania się rywali biznesowych, a służby specjalne powszechnie wykorzystują go do inwigilacji. Do tego stopnia powszechnie, że nie wypuszczają nawet za podejrzanym tradycyjnej obserwacji (poza sytuacją, w której w oczywisty sposób chcą udowodnić, że spoglądają komuś na ręce. Wówczas funkcjonariusz FSB siada po prostu przy stoliku obok i dosłownie gapi się na daną osobę). Piwowarow mógł zostać aresztowany wszędzie i w każdym momencie swojego pobytu w mieście. Wyprowadzono go jednak dopiero z polskiego samolotu. Ostentacyjnie i z równoczesnym pokazaniem środkowego palca Polsce, sympatyzującej z antykremlowskimi środowiskami. To tak, jak z FSB, która ma w zwyczaju zanieczyszczać toalety w moskiewskich mieszkaniach dyplomatów państw, z którymi Rosja jest w konflikcie. Wówczas chodzi o zaburzenie poczucia bezpieczeństwa. Ma to być dowód, że można do tego mieszkania wejść, nabrudzić i zniknąć. Działania wobec Piwowarowa mieszczą się w tym samym porządku.