Skierowanie z napisem „MEN” trzymali w rękach nie tylko pedagodzy z podstawówek, z których część faktycznie pracuje w szkołach. Papiery uprawniające do wkłucia dostało też ok. 90 tys. wykładowców akademickich. Wykładowców, których większość murów uczelnianych nie widziała od marca zeszłego roku. Czemu zostali wciągnięci na listę priorytetową? Skorzystali z tego, że nauczyciele to jedna z najgłośniejszych i najskuteczniejszych grup zawodowych.
Ktoś powie, że 100 tys. przy 30 mln dorosłych Polaków to niewiele. Ale każdego dnia na COVID-19 umiera kilkaset osób, a perspektywy na poprawę sytuacji epidemicznej nie są duże. W takich okolicznościach 100 tys. dawek zaczyna robić większe wrażenie. Tym bardziej że do zaszczepienia najbardziej narażonych na śmierć seniorów wciąż daleka droga.
Na pewno są tacy akademicy, którzy spotykają się ze studentami. Na politechnikach czy innych uczelniach technicznych odbywają się ćwiczenia „na żywo”. Ilu jest takich wykładowców? Nie wiemy, bo resort edukacji i nauki nie odpowiedział na nasze pytania. Wiemy za to, że szkoły wyższe nie wrócą do tradycyjnie prowadzonych zajęć przynajmniej do października. Jaki jest sens szczepienia wykładowców na zaś?
Co więcej, nie mamy stuprocentowej pewności, na jak długo starczy odporność po szczepionce. Oby się nie okazało, że zanim znowu uruchomimy szkoły, potrzebne będą kolejne szczepienia.
Kilka dni temu – wobec rosnącej liczby chorych i wciąż stosunkowo niewielu zaszczepionych – doradca premiera ds. medycznych prof. Horban odważnie zaapelował o przerwanie szczepień nauczycieli. Minister zdrowia szybko zapewnił, że nie ma takich planów. Jasne, nie byłoby to popularne posunięcie.
Takie motywacje przyświecają też zapewne pominięciu innej grupy zawodowej – administracji najwyższego szczebla. A kilka dni temu na COVID-19 zachorował odpowiedzialny za program szczepionkowy szef KRPM Michał Dworczyk. To człowiek odpowiedzialny w rządzie za koordynację działań związanych z walką z epidemią. Dotychczas nie trafił do szpitala, ale chorobę przechodzi ciężko. Wcześniej na kwarantannie był minister zdrowia Adam Niedzielski.
Z kręgów rządowych słyszymy, że z powodu COVID-19 przez co najmniej kilka dni sparaliżowana była bardzo istotna komórka jednej ze służb zajmujących się bezpieczeństwem państwa. Sytuacja już jest opanowana, ale na tym przykładzie doskonale widać, jak dobrze ma się w Polsce covidowy tupolewizm.
Z obawy o hejt i spadki w sondażach rządzący boją się zdecydować o tym, by osoby kluczowe dla bezpieczeństwa państwa, jak premier czy część funkcjonariuszy służb specjalnych, zostały już zaszczepione. Oczywiście nie chodzi tu o szeregowych prokuratorów, których część stała się zbrojnym ramieniem Zbigniewa Ziobry, czy samorządowca, który nadzoruje jeden szpital, ale o ludzi, którzy są kluczowi np. w zwalczaniu pandemii w podobnym stopniu, jak służba zdrowia. Wypadnięcie z systemu istotnych ogniw osłabia nas wszystkich i spowalnia proces szczepienia i przeciwdziałania pandemii. W wielu krajach Zachodu jest to oczywista oczywistość. Choć trzeba przyznać, że nie wszędzie. Na przykład niemiecka kanclerz Angela Merkel zapowiedziała, że się zaszczepi, jak przypadnie jej kolej, bo ona w odróżnieniu od wielu innych, choćby opiekunek w przedszkolach, może trzymać dystans do innych ludzi. Ale w tym wypadku pani kanclerz jest w błędzie.
Niestety, taka polityka to kolejny przykład tego, jak sami nie dbamy o państwo. Jako że do tej pory Polakom podano już ponad 3 mln dawek, to kilkaset szczepionek dla kluczowych funkcjonariuszy państwa nie robi tu dużej różnicy. A koszty zaniedbania mogą być dotkliwe. ©℗
Z obawy o hejt i spadki w sondażach rządzący boją się zdecydować o tym, by osoby kluczowe dla bezpieczeństwa państwa, jak np. premier, zostały już zaszczepione