Wypowiedź niemieckiego dyplomaty przeszła w Polsce bez większego echa, tymczasem powinna być impulsem do poważnej debaty politycznej. Do tej pory taka deklaracja oficjalnie nie padła z ust żadnego przedstawiciela niemieckiej klasy politycznej. Mimo że Ischinger znajduje się poza bieżącą polityką, jego głos jest ważny również dlatego, że robi wyłom w niemieckiej narracji wobec polskich roszczeń. A ta sprowadza się w skrócie do stwierdzenia: Niemcy ponoszą pełną moralną odpowiedzialność za zbrodnie, ale sprawa odszkodowań jest zamknięta z punktu widzenia prawa międzynarodowego, ponieważ Polska zrzekła się ich w latach 50. To bardzo wygodna pozycja rządu w Berlinie, w której nigdy nie było wyłomu, bez względu na rządzącą opcję polityczną.
O niemieckich inwestycjach obronnych takie deklaracje padały już w rozmowach dwustronnych, jednak nie łączono ich ze sprawami wojennych odszkodowań. Choć sugestię taką przywiózł prezydent Karol Nawrocki podczas swojej wizyty w Berlinie w zeszłym roku. Sprawa wymaga rozwagi w Polsce i polsko niemieckiego dialogu, gdyż jest istotna na kilku płaszczyznach. Oczywiście nie da się przeliczyć niemieckiej odpowiedzialności na liczbę dostarczonych czołgów czy okrętów podwodnych, a tym bardziej zamknąć ją w sferze „symbolicznej” - to bardzo spłyciłoby problem reparacji, czyniąc taką ofertę nieakceptowalną. Warto jednak podejść do sprawy pragmatycznie, traktować jako punkt wyjścia do dalszych rozmów, opierając je nie tylko na płaszczyźnie historycznej, ale teraźniejszości.
Można toczyć przez kolejne dekady jałowe akademickie dyskusje, że pieniądze nam się należą, rzucając na stół kolejny raport Mularczyka, i stać w miejscu, ożywiając się jedynie przy zmianie cyklu politycznego, albo próbować coś w tej sprawie zrobić, z większą finezją.
Oczywiście niemieckie czołgi nie zmażą win i zmazać ich nie mają; być może też nie powinny być zamkniętym rachunkiem w sprawie reparacji, ale mogą być jego częścią, elementem czegoś większego. Możemy kręcić nosem, ale nie zapominajmy, że za jakiś czas czołgi Putina mogą stanąć przy polskiej granicy, a nam wtedy tych czołgów może zabraknąć.
Warto zatem wykorzystać ten wyłom w niemieckiej narracji i rozpocząć debatę na poziomie naszej klasy politycznej. Zwłaszcza że z punktu widzenia Berlina takie rozwiązanie- teoretycznie przynajmniej - byłoby łatwiejsze. Jakiekolwiek reparacje dla Polski byłyby precedensem, który otwierałby falę roszczeń z innych państw. Wzmocnienie flanki wschodniej NATO na polskiej granicy, dawałoby tej kwestii inny wymiar, miałoby też bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo Niemiec, które w ten sposób wypełniłyby historyczną krzywdę, ale też wniosły swój wkład w bezpieczeństwo Europy.