Ryzyka uniknąć się nie da, tak jak się nie da – co prawda skala znacznie większa – ubezpieczyć od trzęsienia ziemi. A rząd nie może brać na siebie każdego ryzyka, bo musiałby w równym stopniu zajmować się tymi, którzy popadli w tarapaty z powodu franka, jak i tymi, których przedsiębiorstwa mają się kiepsko z powodu złego zarządzania. Rząd nie jest od tego: ma stworzyć możliwości i na tym dość, reszta w rękach ludzi.

Najlepiej to jednak widać z perspektywy zwyczajnego rolnictwa (niewyspecjalizowanego) i zwyczajnej wsi. Naturalnie rolnicy bez przerwy narzekają, głównie na to, że się nie opłaca. I to jest prawda w przypadku milionów gospodarstw, które są niewielkie – sieją i sadzą to i owo, hodują świnie i jedną krowę na użytek własny. Bardzo często dzieci już całkiem dorosłe uprawiają ziemię dla przyjemności dziadków, którzy by nie ścierpieli, gdyby leżała odłogiem. Przy obecnych cenach paliwa i robocizny wprawdzie kombajnem żniwa idą szybko, ale w najlepszym razie wychodzi się na zero. Ekonomiści powiedzieliby chórem, że jak czegoś produkować się nie opłaca, to nie warto tego robić, tylko poszukać innego zajęcia lub się wyspecjalizować. Polscy rolnicy wybierają jednak inne wyjście.

Najczęściej jest to zwyczajne dogorywanie umilone przez najrozmaitsze datki państwowe i unijne. Wiemy doskonale, dlaczego fundujemy rolnikom te datki w postaci emerytur, służby zdrowia i wielu innych świadczeń. Dlatego że z rolnictwa rzekomo utrzymuje się nieco ponad 20 procent ludności. Gdyby jakikolwiek rząd chciał, a społeczeństwo to zaakceptowało, szybko można by zmniejszyć tę liczbę do połowy. To by jednak oznaczało ponaddziesięcioprocentowy wzrost bezrobocia, więc społecznie nie byłoby sensowne, niech się lepiej dzieje jak teraz, czyli powoli. Rocznie od 1989 roku mniej więcej pół procent rolników znika. Jeżeliby odrobinę przyspieszyć tempo tego zaniku, to za piętnaście lat będziemy mieli zatrudnienie w rolnictwie na poziomie przeciętnej europejskiej. I tak pewnie jest najlepiej z wielu względów. Tylko błagam, unikajmy obłudy w sprawach chłopskich, obłudy, która jest tym większa, że partia chłopska, która sama nie chce już za taką uchodzić, ciągle zachowuje się spokojnie i może być politycznie niezbędna do budowania koalicji.

Co się natomiast dzieje na wsi? Kto może, ucieka, kto potrafi, ten dorabia w półwyuczonym zawodzie, kto nie może ani tego, ani tego – zajmuje się drobną kradzieżą. Nigdy przedtem na wsi, na prawdziwej wsi nierażonej deprawującym sąsiedztwem wielkiego miasta, nie kwitło aż tak drobne złodziejstwo. Mnie wycięli szczaw (wartość trzy złote) i ukradli dwa metry świeżo kupionego dębu (wartość czterysta złotych). Bardzo mało kto ma ogrody, czyli poletka z warzywami i owocami, bo się rzeczywiście nie opłaca. Ale ponieważ nie zawsze chce się jechać do Biedronki, gdzie rzeczywiście marchewka czy pietruszka są tak tanie, że nie warto ich samemu uprawiać, więc czemu nie urwać trochę czosnku czy cebuli lub rzeczonej marchewki sąsiadowi. Przecież nie da się wszystkiego ogrodzić, zresztą by się nie opłacało. Dziesięć lat temu porządny gospodarz by się pod ziemię zapadł, gdyby go przyłapano na takich nagminnych kradzieżach. Dzisiaj co najwyżej zostanie ochrzaniony, bo kto będzie wołał policję w sprawie marchewki, a ponadto strach, bo potem jeszcze coś podpali czy zniszczy.

Na wsi, piszę to z całym przekonaniem, dominuje nieróbstwo. Oczywiście istnieją ludzie zaradni i zaharowani, ale to niewielka część. Reszcie się nie chce, bo się nie opłaca. Ani świnia, ani cebula. A nieróbstwo wspierane datkami państwowymi powoduje straszliwą demoralizację. Więc nie narzekajcie na premiera, a zajmijcie się samymi sobą.