Były prezydent grozi instytutowi sądem za ujawnienie dokumentów z domu Kiszczaka. Lech Wałęsa uważa, że zawartość teczki TW „Bolek” znalezionej w domu generała Czesława Kiszczka jest sfałszowana. Wczoraj po raz pierwszy w obszerny sposób w mediach i na zaimprowizowanej konferencji prasowej odniósł się do ujawnionych przez IPN dokumentów.
Jego wersja znacząco różni się od tego, co zawarte jest w dokumentacji. Tłumaczenia momentami są niespójne. Pokazujemy, w których punktach wersja Wałęsy najbardziej rozmija się z dokumentami i wiedzą historyczną.
Reklama
Grudzień’70 okoliczności zatrzymania i werbunku

Reklama
Lech Wałęsa twierdzi, że do żadnego werbunku w grudniu 1970 r. nie doszło. Mówi nawet, że SB nie proponowała mu współpracy. „Podpisałem to, co wszyscy podpisali” – argumentuje. Choć przyznaje, że jeden z funkcjonariuszy SB miał zdobyć jego zaufanie. Kilka godzin przed aresztowaniem ktoś miał go o tym ostrzec i sugerować, by się ukrył. Wałęsa nie posłuchał tej rady. Później w trakcie przesłuchania rozpoznał głos jednego ze śledczych jako tego, który ostrzegał go przed aresztowaniem. Przy wyjściu ten sam człowiek miał dać Wałęsie dwa bilety na autobus. Na jednym z nich był numer jego telefonu, pod który Wałęsa jednak nie zadzwonił. Po dwóch tygodniach został wezwany do kierownika swojego wydziału w stoczni i tam ponownie miał czekać ten oficer SB. – On był bardzo antyesbecki, antykomunistyczny. Chciał ustalić, czy nie mącą Niemcy i Żydzi – powiedział Wałęsa. Określał go mianem człowieka, „któremu lekko zawierzył”. Z kontekstu wynika, że chodzi o kapitana SB Edwarda Graczyka. Lech Wałęsa mówił, że nie podpisywał zobowiązania do współpracy.
Jak wynika z teczek – personalnej i pracy – Lecha Wałęsę jako jednego z członków Komitetu Strajkowego miał zidentyfikować i wskazać funkcjonariuszom milicji jeden z członków kierownictwa stoczni. Wałęsa był widoczny i aktywny w trakcie manifestacji i protestów, negocjował m.in. z komendantem miejskim milicji. Został aresztowany 19 grudnia przez MO i tego dnia zapadła decyzja o próbie werbunku, co według dokumentów miało zostać dokonane 21 grudnia 1970 r. W teczce są dokumenty SB, które tego dowodzą, np. szyfrogram z zapytaniem do archiwum MSW o Lecha Wałęsę czy raport z werbunku przygotowany przez kpt. Graczyka i zobowiązanie podpisane: Lech Wałęsa TW „Bolek”. To właśnie ono ma być weryfikowane przez grafologa w trakcie śledztwa, jakie wszczęła w zeszłym tygodniu prokuratura IPN.
Współpraca – tak czy nie?
Lech Wałęsa zaprzecza, że współpracował z SB. Choć z jego wypowiedzi wynika, że miał kontakty z funkcjonariuszami. O oficerze identyfikowanym jako kapitan Graczyk mówił wczoraj: – Po pięciu spotkaniach on zostaje wycofany i myślę, że wycofali go, bo był moim sympatykiem. Spotkałem go dopiero później na jakimś przesłuchaniu.
Z kontekstu jego wypowiedzi wynika, że po Graczyku spotykał się z nim ktoś inny. Były przywódca Solidarności mówił, że były rozmowy, ale on oświadczał wówczas, że nie będzie ich prowadził z SB.
Lech Wałęsa zaprzeczał także, by donosił na konkretne osoby ze stoczni, choć zaznaczył jednocześnie: – Gdyby nawet uznać, że to moje donosy, sprawdzicie, czy któryś z tych ludzi został zwolniony ze stoczni, wezwany na kolegium czy spałowany. Kto zapłacił jaką cenę? To ja zostałem zwolniony.
Twierdził także, że nigdy nie otrzymał żadnego wynagrodzenia od SB.
Z dokumentów zawartych w teczce SB wynika, że współpraca Lecha Wałęsy z SB dotyczyła lat 1970–1976. To wynika z dokumentów z teczki personalnej, w tym pokwitowań za pobrane sumy, oraz z teczki pracy, w której są spisane donosy TW „Bolka”. Na ich podstawie bezpieka wszczynała działania operacyjne wobec wymienianych w nich stoczniowców.
Dokumentacja po roku 1989
Lech Wałęsa ponownie zaprzecza, że miał jakikolwiek związek z zaginięciem dokumentów z teczki TW „Bolek”, gdy był prezydentem. Twierdzi, że chciał obejrzeć teczkę, aby zobaczyć, jakie materiały sfabrykowała na niego SB. – Chciałem zobaczyć, jak mnie usiłują wrobić – mówił wczoraj. Dodał, że dokumenty dwukrotnie dotarły do jego kancelarii i za każdym razem był to inny zestaw. Mieli się z nimi zapoznać i je ocenić jego dwaj ministrowie: Andrzej Zakrzewski i i Lech Falandysz. Wałęsa twierdzi, że kazał im zapieczętować te papiery i zwrócić w komplecie, co zostało uczynione.
Wiadomo jednak, że część dokumentów zaginęła. W 1996 r. nadzorujący UOP Zbigniew Siemiątkowski poinformował, że do urzędu nie wróciły m.in. notatki i doniesienia agenturalne od Lecha Wałęsy, dokumenty rejestracyjne i pokwitowania. Wszczęte zostało w tej sprawie śledztwo, które prokuratura umorzyła w 1999 r. Wszystko wskazuje na to, że były to albo kopie dokumentów, albo inne egzemplarze dokumentów niż te zawarte w aktach przejętych przez IPN z domu generała Kiszczaka.
Niewykluczone, że sprawa znajdzie swój finał w sądzie. Lecha Wałęsa zapowiada, że albo wystąpi z pozwem przeciwko IPN, albo zażąda ponownej lustracji.