Częściej rechoczemy, niż chichoczemy. Śmiejemy się przeciwko komuś, a nie z kimś. Zanika wspólnota szczerzenia zębów, która kiedyś nas jednoczyła. Dowcipu wolimy używać jako oręża – aby kogoś zniszczyć lub choćby osłabić. Samemu poczuć się lepiej. I nie ma tu znaczenia, czy nasze żarty mają lewicowe, czy prawicowe zabarwienie
Reklama

Reklama
Polski śmiech bardzo się ostatnio, jak całe nasze życie, zideologizował. Zdrowe, przysparzające satysfakcjonującej radości zrywanie boków coraz częściej zastępuje cyniczna szydera. Ale choć ironizujemy sobie w podobnym stylu, to nie na ten sam temat. Bo obie strony mają swoje obszary tabu, których ironiczne traktowanie jest śmiertelnym grzechem.
Katastrofa smoleńska nie jest śmieszna
Jest rok 2016...
– Panie, jak dojechać do bulwaru Lecha Kaczyńskiego?
– Pojedzie pan ulicą Ofiar Katastrofy Smoleńskiej, skręci w prawo w ulicę Braci Kaczyńskich, potem przez Męczenników 10 Kwietnia, dalej prosto przez Prezydenta Tysiąclecia i skręci pan w lewo, w Bojowników o Prawo i Sprawiedliwość. Potem już prosto do placu Braci Bliźniaków z pomnikiem Jarosława Boga Żywego, a tuż za nim jest bulwar Lecha Kaczyńskiego...
Oho, podejrzewam, że jeśli czytelnik jest emocjonalnie związany z wartościami wyznawanymi przez obecny obóz rządzący, który umownie będziemy nazywać na potrzeby tego tekstu prawicą (ze względu na konserwatyzm obyczajowy), skrzywi się z niesmakiem. Gdyż dowcip uderza w obszary, które są dla niego świętością. Katastrofa smoleńska, postać Lecha Kaczyńskiego, wiara, patriotyzm... To nie są sprawy, z których można sobie dworować.
Podobny efekt może wywołać w lewicowym odbiorcy (umówmy się, że w ten sposób będziemy określać sympatyków do niedawna rządzącego obozu, a to ze względu na ich liberalizm obyczajowy) kawał choćby niewinnie zahaczający o sprawy, hm, nieheteroseksualnie płciowe.
Jak choćby taki:
Wchodzi pedał do Sejmu. Zatrzymuje go ochroniarz i pyta: – Po co tu wchodzi? – Też chciałbym popieprzyć.
Albo:
Biuro poselskie Anny Grodzkiej. Dzwoni telefon. Posłanka odbiera i słyszy w słuchawce Janusza Weissa: – Dzwonię do pani/pana w bardzo nietypowej sprawie...
– Geje? Lesbijki? No nie, są kwestie, z których ludzie na poziomie nie żartują – ucina mgr Renata Ropska, ekspert ds. marketingu politycznego z Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS. Ale ona sama ma określone poglądy, nie przez przypadek prowadziła kampanię wyborczą Januszowi Palikotowi, pracowała dla polityków PO.
Z kolei według Cezarego Krysztopy, rysownika i satyryka o prawicowej proweniencji, nie tyle ważne jest, z czego się śmiejemy, ale jak. – Wprawdzie nie żartowałbym bezpośrednio z czyjejś śmierci ani z wiary, jakiejkolwiek, to dowcipy sytuacyjne, odnoszące się np. do grupy Arabów i ich poczynań, uważam za dopuszczalne – tłumaczy. I dodaje, że satyra nie musi koniecznie być śmieszna. On na przykład w swoich rysunkach niejednokrotnie odnosił się do katastrofy smoleńskiej, traktując je jako manifest polityczny.
– Katastrofa smoleńska nie jest śmieszna – wtóruje mu Andrzej Milewski (znany jako Andrzej Rysuje), publikujący swoje prace m.in. w „Gazecie Wyborczej”, sam określający się jako osoba o poglądach centrolewicowych. – Ale już zachowania polityków odnoszące się do niej, owszem. Dlatego dla mnie nie ma żadnych tematów tabu – zapewnia. I faktycznie, wydaje się, że swoją kreską przejeżdża się po wszystkich. Choć więcej jest obrazków jego autorstwa szydzących z księży (w zasadzie są to sami pedofile) niż z gender. A gejów i lesbijek nie uświadczysz. Jak tłumaczy, on komentuje to, co się dzieje na świecie. Więc jeśli wybuchają afery z kapłanami krzywdzącymi dzieci, będzie o tym mówił. Tak samo jak nie może nie skomentować sprawy 20 mln zł dla ojca Rydzyka. – Ale jeśli Robert Biedroń wymyśli coś głupiego, na pewno się do tego odniosę – zapewnia.
Jednak nie da się ukryć, że antyklerykalne dowcipy sprzedają się u nas świetnie. Ku radości lewej strony i ubolewaniu prawej, która podnosi hipokryzję ideologicznych przeciwników. Jerzy Wasiukiewicz, rysownik „Super Ekspressu”, mówi, że wyjątkowo łatwo w naszym kraju kpi się i szydzi z chrześcijaństwa. – I nie mam tutaj na myśli samych żartów antyklerykalnych, ale szyderstwo z wiary chrześcijańskiej – zaznacza.
Jego zdaniem wobec szydzenia z katolicyzmu jest duża tolerancja, ale żarty z innych religii to już przejaw ksenofobii. Polityczna poprawność osiąga w tym przypadku granice absurdu. – Zakpij z Boga chrześcijan – wolno. Lewica wtedy krzyczy o wolności słowa. Zakpij z proroka muzułmanów – cały aparat państwowy stanie na nogi, nawet ten prawicowy. Tak jak miało to miejsce za poprzednich rządów PiS, kiedy w związku z publikacjami żartów na temat Mahometa w prasie sprawą zajął się osobiście ówczesny minister spraw wewnętrznych Ludwik Dorn – wywodzi Wasiukiewicz. Jest przeczulony? Być może.
Inna sprawa, że obecnie satyryk drwiący z rzeczywistości musi być uważny, aby jego przekaz trafił do jego „targetu” i został poprawnie rozkodowany. Dlatego lepiej, kiedy przekaz jest prosty i niepozostawiający wątpliwości. Wasiukiewicz naraził się jesienią zeszłego roku zarówno tym z prawej, jak i lewej strony, kiedy opublikował w „Superaku” obrazek zatytułowany „Rok 2044. Grupa warszawiaków przedziera się kanałami do Śródmieścia”. Widać na nim stołeczną ulicę pełną damskich i męskich sylwetek w charakterystycznych burkach i turbanach. Nie ma wątpliwości – to islamiści. Jeden z nich stoi na pace ciężarówki, obsługując karabin maszynowy. Inny ciągnie na sznurku kozę. Po europejsku ubrani ludzie otwierają pokrywy studzienek. Na murze, zamiast znaku Polski Walczącej, „Elka”.
Oj, zrobił się krzyk. Bo jak można tak o muzułmanach, stereotypowo, niesprawiedliwie, a jeszcze ta koza. No i po co tu odniesienia do Powstania Warszawskiego, takich rzeczy się nie robi. Nikt nie był usatysfakcjonowany. A Wasiukiewiczowi zrobiło się głupio, że jego drwina ze stereotypów myślowych nie została zrozumiana.
Doktor Grzegorz Odoj, zastępca dyrektora Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Śląskiego, nie jest szczególnie zdziwiony. Bo choć komizm jest zjawiskiem uniwersalnym, występującym w każdej grupie społecznej, religijnej czy narodowej, to jego właściwy odbiór wymaga posiadania wspólnych kodów kulturowych oraz pewnej sprawności intelektualnej. – Za komuny opowiadano sobie dowcip: „Socjalizm opiera się na kancie i niczym”. Można go odebrać na dwóch poziomach: tym pierwotnym, dosłownym, ale także na tym nieco bardziej wysublimowanym. Jednak do tego potrzebna jest wiedza o tym, że istnieli tacy filozofowie jak Kant i Nietzsche i jak się ich myśl miała do ówczesnego ustroju – opowiada Odoj. Niestety, biorąc rzecz średnio, Polska festynem stoi, a dowcip, jaki króluje, jaki jest zrozumiały dla większości, jest w dużej mierze plebejski, dosadny i prosty. Dlatego taki bardziej skomplikowany przekaz nie trafi, odbije się niczym kula od płotu. Choć, jak wskazują moi rozmówcy, i tak nasz polski żart jest bardziej subtelny, mniej dosłowny niż ten, z którego nauczyli się śmiać np. Niemcy czy Francuzi. U nas wulgarny dowcip rodem z „Charlie Hebdo” jednak by nie przeszedł.
Testowanie granic
Ale też komizm, dowcip żyje tu i teraz, jest czułym wskaźnikiem konfliktów społecznych, zachodzących przemian kulturowych i politycznych. Bywa takim wentylem bezpieczeństwa – to, czego się obawiamy, co nas denerwuje, możemy obśmiać i oswoić. W tym sensie łączy ludzi – jeśli są w stanie śmiać się z tego samego. Jeżeli nie – zaczyna się problem. – Można nie deklarować swoich poglądów politycznych, one i tak objawią się po tym, z czego się śmiejemy – mówi dr Odoj. A jeśli ktoś chichocze na inny temat, z żartów, które uderzają w nasze wartości, autorytety, to na pewno obcy albo i wróg. Jego zdaniem – jeśli chodzi o poczucie humoru – to lewa strona wykazuje większą elastyczność w testowaniu granic. Jest tutaj przyzwolenie na atakowanie religii, patriotyzmu, autorytetów, co jest raczej nie do przyjęcia dla prawicy. Jak mówi, badania pokazują, że kategoryczność poglądów wzrasta wraz ze stopniem zaangażowania religijnego. Nie znaczy to, że lewica nie ma swoich tabu – homoseksualizm, feminizm, seksizm to kwestie, które są dla niej zbyt poważne światopoglądowo, aby się z nich oficjalnie natrząsać. Tak czy siak, opowiadanie dowcipów i odzew na nie jest dziś wykładnikiem zaangażowania politycznego. I wyznawanych poglądów.
Przy czym w samej polityce nadmiar dowcipu bywa zgubny. Nawet po lewej stronie, która okazuje się równie sztywna i zachowawcza, jak ta prawa. Renata Ropska daje przykład Janusza Palikota, który w swoich kampaniach sięgał po mocny żart – pamiętamy te akcesoria, których używał, aby wyostrzyć, podkreślić, lepiej się skomunikować. Te sztuczne penisy, świńskie ryje, „małpki”. Nie zostało to zaakceptowane. Palikot został odebrany nie jako wyrazisty, lecz niepoważny, wręcz głupawy polityk. – Chciał się przebić. I go już nie ma – kończy Ropska.
No cóż, można by skwitować, że Palikot poszedł po bandzie, przeszarżował, więc ma, na co zasłużył. Ale jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Nasi politycy są śmiertelnie poważni. Bez odrobiny luzu. Sztywni, jakby powsadzać im w pupy kije od miotły. Smutni i nadęci. Więc Palikot w swoich kolorowych koszulach, kiczowaty i głośny, jawił się w tym towarzystwie niczym klaun w śmiesznej czapeczce z dzwonkiem, który nagle znalazł się wśród żałobników na stypie. Koturnowa powaga w politycznym towarzystwie jawi się bowiem jako cnota. Dlatego taką sensację wzbudziło zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego zaśmiewającego się z czegoś, co zobaczył na ekranie tabletu. No bo jak to? Ten Prezes, którym jego przeciwnicy polityczni straszą dzieci, potrafi przyjąć inną twarz niż gęba wampira? Albo ta ostatnia historia z rzecznikiem Ministerstwa Sportu i Turystyki Bartoszem Zbroją, który w dniu, w którym tygodnik „Wprost” ogłosił, że wybrał Jarosława Kaczyńskiego na Człowieka Roku 2015, zamieścił na Twitterze ankietę pod hasłem: „Kto najlepiej nawilżył”. Były trzy możliwe odpowiedzi: bracia Karnowscy, środowisko „Gapola” („Gazety Polskiej”) czy ekipa „Wprost”. Dowcip był gruby, zwłaszcza w wydaniu członka rządu PiS, sugerujący, że tygodnik, podobnie jak „wSieci” i „Gazeta Polska”, wchodzą prezesowi Kaczyńskiemu „bez mydła”. Ale żeby było naprawdę zabawnie, Zbroja sam się ubiczował i ukarał, składając następnego dnia rezygnację ze stanowiska.
Tak, dowcipy to śmiertelnie poważna sprawa. Przekonał się także o tym 17-letni Łukasz z Nowego Sącza, który wrzucił do sieci filmik, na którym widać prezydenta Andrzeja Dudę, który jakoby zamiast składać kwiaty pod pomnikiem, je kradnie. Jako że film został puszczony od tyłu, prezydent ma na nim niezborne ruchy, które sugerują, że jest pijany. W tym przypadku zareagowała prokuratura i choć otoczenie Andrzeja Dudy odcięło się od jej nadgorliwości, to mleko już się rozlało. W społeczeństwo poszedł przekaz potwierdzający to, o czym i tak wszyscy są przekonani: politycy boją się żartu. Zwłaszcza ci z prawej strony.
– To nieprawda – przekonuje Cezary Krysztopa. Twierdzi, że już choćby to postrzeganie Jarosława Kaczyńskiego jako ponuraka jest bardziej efektem nieprzychylnego PR-u niż rzeczywistości. I wspomina, jak latem 2008 r. zrobił rysunek wykpiwający zachowanie posłów PiS (wśród nich byli Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro), którzy w ramach protestu przeciwko poczynaniom PO wyszli dwukrotnie z sali obrad, ale potem pisali usprawiedliwienia swojej nieobecności, aby nie stracić diety – 300 zł za dzień. – Spotkałem się z Jarosławem Kaczyńskim na urodzinach Salonu24, dałem mu do podpisania mój rysunek – opowiada satyryk. Kaczyński podpisał, śmiejąc się szczerze, kilka egzemplarzy, które z jego autografem świetnie się potem sprzedawały – relacjonuje.
I przekonuje, że choć po prawej stronie, jak i po lewej, jest świadomość, iż dowcip, satyra mogą być w polityce niebezpieczną bronią, to właśnie konserwatyści lepiej to wykorzystują. Czego dowodem wyniki ostatnich wyborów, zarówno prezydenckich, jak i parlamentarnych. – Humor przeciwnej strony uwiądł i stetryczał, może dlatego że przez lata satyrycy o liberalnych poglądach nie musieli się wysilać, mając nieograniczony dostęp do mediów i pieniędzy, więc na okrągło powtarzali te same dowcipy i grepsy – ocenia, zaznaczając, że nie dotyczy to Marka Raczkowskiego, który nigdy nie szedł na łatwiznę. Z kolei prawa strona, aby się przebić do opinii publicznej, musiała się bardziej starać, szukać kanałów łączności poprzez media społecznościowe, które tamci zlekceważyli. I to w internecie stworzyło się społeczeństwo obywatelskie antyplatformerskiej satyry, która położyła na łopatki starą ekipę. Andrzej Milewski protestuje: to dowcip liberalny jest najbardziej popularny i ma największy społeczny zasięg. Mleczko, Raczkowski, Koza – żaden z satyryków prawej strony nie może się z nimi równać, jeśli chodzi o popularność. Jeśli już miałby kogoś wymienić, to ludzi robiących stronę „Młodzi, wykształceni i z wielkich ośrodków”, którzy się przebili do społecznej świadomości, stając się wydarzeniem kulturowym. Podobają mu się też niektóre rysunki Wasiukiewicza, gdyż są przewrotne, jak chociażby ten przedstawiający rodzinę z dziećmi, wszyscy machają flagami narodowymi, a podpis głosi: „Typowi polscy faszyści”. Ale z siłą rażenia prawicowego dowcipu to by nie przesadzał.
Renata Ropska jest podobnego zdania: Platforma przez osiem lat arogancji zapracowała sobie na zostanie kozłem ofiarnym. Ale nowa ekipa w sferę śmieszności i obciachu wchodzi dużo szybciej. – Śmiać się z siebie potrafią mocni ludzie i mocne rządy. Człowiek niepewny, nieczujący twardego podłoża staje się restrykcyjnie poważny, a to prosta droga do samozagłady – jest przekonana.
Nie będę się deklarował
Choć satyra ma poglądy, nie wszyscy się nią parający godzą się na ideologiczny dyktat i obsadzanie w roli wojowników sprawy.
Rafał Madajczak, twórca strony satyrycznej ASZdziennik, podającej zmyślone newsy będące żartami z rzeczywistości i polityków, na pytanie, po której stronie bije jego serce, daje mi pokrętną odpowiedź: po tej, co u każdego chrześcijanina. Jak tłumaczy – nie ma zamiaru deklarować się ani jako lewak, ani prawak, woli być chrześcijańskim demokratą popierającym in vitro. – Zacząłem obserwować złożoność tego świata, który nie jest jednowymiarowy – śmieje się. Ale też takie usytuowanie się po określonej stronie politycznej bardzo ogranicza, a on chciałby – jako satyryk i jako dziennikarz – móc tak samo śmiać się z Beaty Kempy, jak i z Ryszarda Petru. Uważa, że jako recenzent życia społecznego i politycznego ma do tego prawo. Choć jego odbiorcy nie zawsze tak myślą. Kiedy po wygranych przez PiS wyborach zaczął tę ekipę bardziej szczypać, odezwały się głosy, że jest zdrajcą i zaprzańcem.
– Kiedy rządziła Platforma, to bardziej ją atakowałem. Rezerwuję sobie prawo, aby śmiać się z polityków jako takich – deklaruje Madajczak. I z satysfakcją zauważa, że zmianie uległy główne postaci, stanowiące obiekty żartów. Wraz z zamknięciem fan page’a Hipsterski Maoizm zniknęła lawina memów z Aleksandrem Kwaśniewskim w jego alkoholowych kontekstach. A te coraz częściej były przewidywalne, nudne – zwłaszcza odkąd sieciowa ludożerka zaczęła je produkować na potęgę – po prostu na kiepskim poziomie. Teraz prawa Polska śmieje się z Ryszarda Petru („Hey, girl, skoczmy razem do bankomatu”), a lewa z Andrzeja Dudy („Andrzej, idź pocałuj prezesa!”). Ale też w każdym rozdaniu politycznym, w każdej ekipie są postaci, które mają pewne cechy wręcz prowokujące do żartów. Duda gładko wskoczył na miejsce Bronisława Komorowskiego, postrzeganego jako safanduła, niezgrabiasz, mistrz obciachu. Tyle że on jawi się bardziej jako taki bezwolny misiu, człowiek odgrywający rolę kogoś, kim nie jest (jeden z ostatnich dowcipów na jego temat: „Prezydent Andrzej Duda jest niezłomny. W swoim serwilizmie”). Z politykami i dowcipami na ich temat jest trochę tak, jak ze smerfami: Ważniak, Maruda, Osiłek, Ciamajda, Pracuś, Laluś, Zgrywus... To uniwersalne postaci, w których role popkultura chętnie wsadza aktualnych bohaterów naszego życia. Zwłaszcza jeśli trochę jej w tym pomogą. Tak jak zrobiła to Magdalena Ogórek, która w ostatnich wyborach prezydenckich dała się obsadzić w roli blondynki.
Brak słów, tylko memy
A właśnie, zauważyliście państwo, że skończyły się już dowcipy o blondynkach? Podobnie jak niemal nikt nie opowiada już dykteryjek o policjantach, Rusku, Niemcu i Amerykaninie ani szmoncesów o Żydach. Rządzi dowcip polityczny. Profesor Wiesław Godzic, medioznawca z Uniwersytetu SWPS, dorzuca do tej listy nieobecnych żołnierzy, strażaków, profesorów... Jak tłumaczy, bierze się to stąd, że wyśmiewamy albo gorszych od siebie, albo tych, których chcemy pomniejszyć. Jeśli na szczęście nabyta ostatnio poprawność polityczna nie pozwala nam, przynajmniej w tych w miarę cywilizowanych środowiskach, rechotać z grubych dowcipasów o rumuńskich dzieciach, to polityk, zwłaszcza wrogiej opcji, zawsze będzie dobrym tematem. – W slapstickowych komediach z lat 20. ubiegłego wieku jeśli ktoś rzucał tortem, to nieodmiennie lądował on na biuście starej i bogatej damy. Nigdy tej młodej i ubogiej – opowiada. Brało się to stąd, że ubóstwo było utożsamiane z wewnętrznym pięknem, a z uciśnionej niewinności nie wolno drwić. W naszej rzeczywistości – kogo jak kogo – ale polityka nie będziemy kojarzyć ani z niewinnością, ani pięknem. Więc wolno go smagać biczem satyry, nawet do krwi.
Co charakterystyczne, coraz mniej w tym naszym dowcipkowaniu klasycznych, słownych kawałów, opowieści mających swoją treść, podteksty, dramaturgię, które opowiada się w towarzystwie. A które wymagają od opowiadacza pewnych umiejętności aktorskich, a od słuchaczy zrozumienia metafor i niuansów. Wzajemnej interakcji. Nie spotykamy się, nie mamy czasu, tracimy umiejętność opowiadania dowcipów. Jako że ze swoim życiem przenieśliśmy się do sieci, wyrafinowany, literacki dowcip rodem z Kabaretu Starszych Panów został zastąpiony obrazkiem. Nie, nie chodzi o te, które wychodzą spod pióra czy ołówka Wasiukiewicza czy Milewskiego, ale memy tworzone przez sieciową społeczność.
– Jeśli każdy dziś jest twórcą, to tak naprawdę nikt. I w rezultacie otrzymujemy dowcipy gorszego sortu – ubolewa prof. Godzic. Mamy więc prostacki przekaz i prostacką reakcję. Rechot zamiast śmiechu. Co charakterystyczne – choć nie brakuje po prawej stronie krytyków Unii Europejskiej, jakoś nie stała się ona częstym tematem dowcipów. A to z tego powodu, że mechanizmy nią rządzące są na tyle skomplikowane, nieoswojone jeszcze przez naszą popkulturę, że trudno przekładalne na kawał do sprzedania. W Związku Radzieckim swojego czasu popularne były tzw. kukryniksy, karykatury wymierzone we wrogów Sojuza – Żydów, Amerykanów, imperialistów. Posługujące się stereotypami: każdy wie, jak wygląda Żyd o zakrzywionym nosie, w chałacie. Albo gruby imperialista z cygarem. W przypadku UE takie stereotypy jeszcze się nie ukształtowały. Nie, żeby ich całkiem nie było, ale mają nieco inny, niestereotypowy kontekst. Jak np. ten:
W Zjednoczonej Europie eurourzędnik pyta Kowalskiego: – Jesteście Europejczykiem? – Nie, jestem POLAKIEM! – Ale przecież urodziliście się na terenie Unii Europejskiej. – A czy jak kura urodzi się w chlewie, to jest świnią?
Aby przetestować śmieszność tej dykteryjki, opowiadam ją znajomemu o prounijnych, liberalnych poglądach. Wzrusza ramionami i się krzywi. – Ale śmieszne – prycha. Profesor Godzic przyznaje: opowiadane członkowi Ku Klux Klanu o dobrych Murzynach mija się z sensem. A coraz mniej jest dowcipu neutralnego światopoglądowo.
– Zarówno lewicowy, jak i prawicowy mainstream nie grzeszy poczuciem humoru – ocenia dr Krzysztof Łęcki, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego. W jego ocenie lewica, choć niby bardziej otwarta na świat, faktycznie zamyka się w ograniczonym spektrum tematów, które eksploatuje na jeden sposób. Jednak tak naprawdę jedni i drudzy są podobni i siebie warci. Ci z lewej drwią z zaścianka prawicy, który sobie sami wymyślili. Ci z prawej dworują z europejskości liberałów, którą widzą jako kompleksy kogoś, komu słoma z butów wychodzi. A są przy tym tak zacietrzewieni, że nie widzą, jak bardzo są w tym żałośni. Łęcki opowiada, że kiedyś dwaj jego znajomi z przeciwstawnych obozów politycznych strasznie się pokłócili na fejsie. Napisał im w komentarzu pod dyskusją: „Jeden z was jest ślepy, głuchy i głupi”. I co? Obydwaj dali lajki.
– Dla mnie najgorsze jest to, że zanika wspólnota śmiechu. Siedząc przy jednym stoliku, śmiejemy się każdy ze swojego dowcipu – wzdycha Łęcki. A to źle rokuje. Nam, jako społeczeństwu. I Rzeczypospolitej, niezależnie od tego, jaki przypiszemy jej numer. Jedynym ratunkiem jest dystans. I próba – świadomego – śmiechu z samego siebie.
**** To, że w tekście ani słowem nie wspomniałam o tzw. kabarecie, nie jest przeoczeniem. Ale to, dlaczego nie jest śmieszny, to całkiem inny, niemniej obszerny temat.