Rok temu rozpoczynali urzędowanie po wygranych lokalnie wyborach. Ale ich okres ochronny właśnie się skończył. Pojawiły się pierwsze inicjatywy mające pozbawić wójtów, burmistrzów i prezydentów miast stanowisk
Reklama
Ile referendów odwoławczych odbyło się do tej pory w samorządach? / Dziennik Gazeta Prawna
Ubiegłoroczne wybory samorządowe traktowano jak pierwszy poważny sprawdzian przed tegorocznymi wyborami parlamentarnymi. Mimo podgrzewanej przez PiS atmosfery wątpliwości wokół wyników lokalnych elekcji (ponad 17 proc. głosów nieważnych, zadziwiająco wysoki wynik PSL) samorządowcy dotąd mogli spać spokojnie. Chronił ich bowiem ustawowy parasol uniemożliwiający odwołanie ich w prosty sposób ze stanowiska. – Mała liczba referendów w pierwszym roku po wyborach wynika z wyznaczonego w ustawie o referendum lokalnym okresu swoistej karencji, tj. 10 miesięcy po wyborze organu lub 10 miesięcy po poprzednim referendum, w którym mieszkańcy nie mogą składać wniosku o odwołanie. Analogiczny okres dla podjęcia przez radę gminy referendum w sprawie odwołania wójta wynosi dziewięć miesięcy i jest określony przez ustawę ustrojową – przypomina Mirosław Bogdanowicz z Krajowego Biura Wyborczego.
Okres ochronny się skończył i zaczynają dojrzewać inicjatywy mające na celu pozbawienie samorządowców ich stanowisk. W obecnej kadencji odbyły się już trzy referenda w sprawie odwołania organów samorządowych. Jako pierwszy na próbę został wystawiony burmistrz Jarocina Adam Pawlicki. Referendum w sprawie pozbawienia stanowiska jego i radnych odbyło się 29 listopada. Burmistrza uratowała niska frekwencja.
Tyle szczęścia nie miał burmistrz Chrzanowa Marek Niechwiej, którego mieszkańcy odwołali w referendum 13 grudnia. Lista zarzutów była długa – od jazdy pod wpływem alkoholu po nieścisłości w oświadczeniu majątkowym. Aby plebiscyt był ważny, potrzeba było 6,6 tys. osób przy urnach. Zagłosowało o 1 tys. więcej (95 proc. było za odwołaniem burmistrza). Nowy szef gminy zostanie wybrany najpóźniej do połowy marca.
Kilka dni temu odbyło się również referendum w Raciążu w sprawie odwołania rady gminy oraz burmistrza Mariusza Godlewskiego (nieważne z powodu nikłej frekwencji). Z danych KBW wynika, że na 10 stycznia 2016 r. zaplanowane jest także referendum ws. odwołania wójta gminy Wierzchosławice Zbigniewa Drąga. Mieszkańcy zarzucają mu, że mimo roku sprawowania przez niego funkcji gmina nadal jest w tarapatach finansowych.
Referendalna karuzela powoli się rozkręca. Inicjatywy tego rodzaju zaczynają dojrzewać w kolejnych miejscach w Polsce. W Trzebiatowie już zbierane są podpisy w celu zorganizowania referendum odwołującego burmistrza Zdzisława Matusewicza. W Kielcach zawiązał się komitet referendalny, którego głównym celem jest odsunięcie od władzy wieloletniego prezydenta miasta Wojciecha Lubawskiego. Organizatorzy akcji wskazują, że miasto za wolno się rozwija i się wyludnia. Podpisy pod wnioskiem zaczną być zbierane po Nowym Roku, a do głosowania mogłoby dojść na wiosnę. O referendum mówi się także w Gdańsku. Inicjatywa może liczyć na ciche wsparcie PiS.
Sytuacja zaczyna niepokoić samorządowców. Jak mówi Mirosław Bogdanowicz z KBW, w pierwszym roku poprzedniej kadencji samorządowej (2010–2014) nie odbyło się żadne referendum tego typu. W poprzednich kadencjach (2002–2006 i 2006–2010) odbyło się odpowiednio 70 i 60 referendów odwoławczych, w trakcie ostatniej kadencji (2010–2014) – już 114. Większość z nich okazywała się nieważna.
Przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP Marek Olszewski zauważa, że powodem tego zjawiska jest także np. zmiana charakteru gmin podmiejskich, gdzie w krótkim czasie przybywa mieszkańców, którzy chcą zmienić zastaną sytuację. Jak dodaje, nie brakuje też walk partyjnych czy inicjatyw referendalnych rozkręcanych np. przez kandydatów, którzy przegrali wybory i teraz chcą się odegrać.
Zdaniem Marka Olszewskiego należy rozważyć, czy referendom nie trzeba nadać wyższych wymogów stanowiących o ich ważności. – Chodzi o to, by były w rozsądnej proporcji w stosunku do wyborów, które odbywają się co cztery lata. Nie można anarchizować w tak prosty sposób życia publicznego – argumentuje. Obecnie pod wnioskiem referendalnym musi się podpisać 10 proc. wyborców, a minimalna frekwencja w trakcie głosowania wynosi 3/5 liczby biorących udział w wyborze odwoływanego organu.
Postawa samorządowców nie dziwi Jarosława Flisa, politologa z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Pytanie wójtów o kryteria referendalne to jak pytanie karpi o to, czy są za Bożym Narodzeniem – ironizuje. Jego zdaniem w kontekście referendów mamy do czynienia z kilkoma błędami systemowymi. – Po pierwsze, w wielu środowiskach przeważa opinia, że łatwiej się usuwa urzędującego burmistrza w referendum niż w wyborach. A dla inicjatorów korzyścią z referendum jest to, że nie trzeba przedstawiać konkurenta. Po drugie, wszczęcie procedury referendalnej jest bardzo proste, ale doprowadzenie jej do sukcesu dużo trudniejsze. A to świadczy o źle dobranej proporcji. Trzecim problemem jest próg referendalny. Powoduje negatywną siłę głosu – tłumaczy ekspert. Chodzi o to, że głosując, wyborca może odnieść efekt odwrotny do zamierzonego, bo podbije frekwencję. – Najprościej byłoby wtedy, gdyby wymóg frekwencji dotyczył tylko głosów za odwołaniem, a nie wszystkich razem – uważa dr Flis.
Taki problem pojawił się w 2013 r. podczas referendum nad odwołaniem prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Wiedząc o determinacji przeciwników prezydent, PO namawiała swoich wyborców do nieuczestniczenia w plebiscycie, by nie podwyższać frekwencji (gdyby referendum było ważne, Gronkiewicz-Waltz raczej straciłaby stanowisko). Taktyka się opłaciła – głosowanie okazało się nieważne.
Ze stanowiskiem pożegnał się już burmistrz Chrzanowa