Żaden głos nie jest zmarnowany

Wybory
WyboryShutterStock
23 października 2015

Przy okazji niemalże każdych wyborów występujący w mediach różnego rodzaju komentatorzy i eksperci załamują ręce nad niską frekwencją wyborczą. Co nieuchronnie prowadzi ich do stawiania patetycznych pytań dotyczących kondycji współczesnego obywatela i jego skłonności do partycypacji w procedurach demokratycznych. 

Bardzo rzadko padają pytania, jaka jest w tym rola mediów, a w szczególności owych komentatorów. Wydaje się, że jedną – zapewne nie najważniejszą – przyczyną zniechęcenia obywateli do oddania głosu w wyborach jest lansowana przez publicystów różnej orientacji politycznej koncepcja zmarnowanego głosu. Czym jest głos zmarnowany? To najczęściej głos nieoddany na jakąś z dwóch głównych partii dominujących na scenie politycznej. Przy czym zakłada się, że zwycięstwo partii, przed którą dany publicysta ostrzega, będzie złem niemalże absolutnym. A zatem gdy partia X stanowi zagrożenie dla niemalże wszystkiego co dobre, to głos oddany na jej największą konkurentkę partię Y jest „logiczny”, „racjonalny”, „realistyczny” i „patriotyczny”. Chciałoby się zawołać: „zaciśnij zęby, obywatelu, i głosuj!”. Nieważne stają się tegoż obywatela poglądy ani to, jakie sprawy uważa za ważne i zgodne z własnymi interesami i potrzebami. Ważna staje się gra między dwiema głównymi partiami, ideologicznie legitymizowana za pomocą języka obrony demokracji czy narodu polskiego. Tak argumentując, zwolennicy „koncepcji zmarnowanego głosu” wyrzucają do kosza jedną z istotnych właściwości współczesnej demokracji, a mianowicie reprezentacyjność.

Demokracja reprezentacyjna nie oznacza systemu, w którym między wybranymi przez obywateli reprezentantami a reprezentowanymi zachodzi stosunek reprezentacji w mocnym sensie: posłowie i senatorowie nie są związani prawnie żadnymi instrukcjami czy umowami z wyborcami i nie można ich odwołać, jeżeli nie spełniają swoich obietnic. Ponoszą jednakże odpowiedzialność polityczną. Wyborca, oddając głos na danego kandydata, zakłada, że będzie on reprezentował idee i wartości ugrupowania, z którego startuje. Ogólnie można powiedzieć, że reprezentatywność polega na utożsamieniu się w pewnym stopniu obywatela z programem danej partii. Ubiegające się o poparcie ugrupowania polityczne przedstawiają ogólny program, który uważają za słuszny, i zachęcają obywateli do oddania na nich głosu, jeżeli się z nim zgadzają. Oczywiście nie oznacza to, że poglądy partii i jej elektoratu powinny w pełni się pokrywać. Chodzi tu bowiem raczej o poczucie, że partia, na którą obywatel oddaje głos, odpowiada w dużej mierze jego podglądom i interesom. Koncepcja zmarnowanego głosu zawiesza takie rozumienie demokracji, twierdząc, że mamy sytuację wyjątkową (nawiasem mówiąc, według komentatorów każde wybory są wyjątkowe), a w wyjątkowej sytuacji nie ma miejsca na obywatelskie „dąsy i wahania”, gdyż trzeba przeszkodzić partii X, co można zrobić, jedynie głosując na partię Y. Z takiego punktu widzenia głos na Y jest racjonalny lub/i patriotyczny. Niestety, nie wszyscy obywatele to dostrzegają, a więc trzeba ich uświadamiać. Demokracja medialna staje się w ten sposób demokracją paternalistyczną: „My, komentatorzy i eksperci, wiemy, jaki jest stan rzeczy i jaka jest stawka wyborów. Głosując – w zależności od reprezentowanej opcji – na X lub Y, spełnisz swój obowiązek, natomiast głosując na partię W lub Z, marnujesz tylko głos! Na komfort reprezentacji możesz jeszcze poczekać!”.

Pozostało 91% treści
Wybierz pakiet i czytaj bez ograniczeń.

Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Autopromocja
381453mega.png
381439mega.png
381484mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.