Bez względu na wynik ta kampania przejdzie do historii. Po raz pierwszy partie nie przekonywały nas, która z nich będzie najlepszym strażnikiem wzrostu gospodarczego, czyli upiecze najlepiej tort, ale prześcigały się w pomysłach, która go najlepiej pokroi i rozda
Reklama
Koszt realizacji wyborczych obietnic jest olbrzymi. PiS proponuje „zapomogę” w wysokości 500 zł na drugie i kolejne dziecko oraz podniesienie kwoty wolnej od podatku do 8 tys. zł i przywrócenie dawnego wieku emerytalnego. Zwiększone mają być też wydatki na zdrowie i obronność. Tylko te pomysły partii Jarosława Kaczyńskiego oznaczają konieczność wysupłania z budżetu dodatkowych 80 mld zł, co oznacza zwiększenie wydatków publicznych o 4,5 proc. PKB.
Już na wyborczym finiszu PiS został przelicytowany przez Zjednoczoną Lewicę, która zapowiada podwyższenie kwoty wolnej od podatku do 21 tys. zł. Tylko ta zmiana kosztowałaby państwową kasę aż 60 mld zł, a ZL ma jeszcze kilka innych kosztownych planów. Realizacja całego programu gospodarczego tej formacji to wydatek ponad 100 mld zł rocznie (5,5 proc. PKB).
Nawet PO, z racji 8-letnich rządów najlepiej znająca możliwości „rozciągania” budżetu, wzięła udział w wyścigu obietnic: zaproponowała rewolucję w podatkach kosztującą 10 mld zł rocznie (zmiany miałyby wejść w życie za dwa lata). Niby niewiele, ale w przyszłym roku państwowa kasa musi udźwignąć koszt innych pomysłów Platformy: zapomogi rodzicielskiej w wysokości 1000 zł – będą mogły z niej skorzystać osoby, którym nie przysługuje urlop macierzyński, czy dorzuconych w ostatniej chwili jednorazowych dodatków dla emerytów.
Oczywiście w poprzednich kampaniach też pojawiały się kosztowne obietnice – choćby słynne 100 milionów Lecha Wałęsy. Jednak przedwyborcze starcia nie koncentrowały się na sprawach socjalnych – mówiono o nich mało, a jeśli już, to mimochodem. Kłócono się o lustrację, dekomunizację, rozliczenie i zerwanie. Okrągły Stół, Magdalenkę, moskiewską pożyczkę. I o wartości. Teraz „twarda” polityka o wiele rzadziej znajdowała się na wyborczych sztandarach.
Po pierwsze, świat obwieścił koniec wielkiego kryzysu, a więc koniec bolesnego zaciskania pasa. Donald Tusk, zanim jeszcze przeniósł się do Brukseli, stwierdził, że Polacy muszą to odczuć w portfelach. Jego słowa Ewa Kopacza powtarzała kilkakrotnie. Już pod jej wodzą PO zaproponowała pakiet, który miał oszczędzić nasze portfele – wprowadzono m.in. świadczenia złotówka za złotówkę, świadczenia rodzicielskie, przekazano 2 mld zł na przedszkola i zdecydowano się na mieszaną waloryzację, która kosztowała budżet ponad 3,5 mld zł. Choć te propozycje trzymały się jeszcze budżetowych realiów, był to sygnał, że większe wydatki są w końcu możliwe. Miało to rekompensować politykę poprzednich lat, zamrożenie płac w budżetówce czy rosnącą liczbę umów cywilnoprawnych, która wynikała z wykorzystywania przez pracodawców trudnej sytuacji na rynku pracy.
Po drugie, ogłoszenie końca kryzysu zbiegło się ze świętowaniem przez nas 25 lat wolnej Polski. Z jednej strony była to okazja do podkreślania gospodarczego sukcesu, z drugiej – do krytyki społecznych kosztów przemian. I zastanawiania się, czy gospodarcza kuracja nie mogła przebiegać w sposób łagodniejszy. Tę zmianę można było zaobserwować w mowie rządzących. Tusk, wywodzący się przecież ze środowiska gdańskich liberałów, wyznał niespodziewanie, że jest trochę socjaldemokratą, zaś jego następczyni na stanowisku szefa rządu niemal codziennie przypominała o swojej społecznej wrażliwości.
Rozbudzone apetyty
Na te dwie kwestie nałożyła się, jak to zwykle u nas bywa, kampania wyborcza. W zeszłym roku wybieraliśmy samorządowców oraz europarlamentarzystów, w tym prezydenta, a zwieńczeniem tego dwuletniego cyklu będą wybory posłów i senatorów. – Stawka tego głosowania jest najwyższa od lat, bo ono na kilka lat ułoży scenę polityczną. Stąd w partiach chęć wygranej za wszelką cenę – mówi politolog Rafał Chwedoruk. Skoro Polacy mieli odczuć poprawę w portfelach, to politycy zaczęli mnożyć pomysły. – To nie pierwsza kampania na obietnice, ale ich absurdalną skalę wyznaczył Andrzej Duda. Jego działania stały się punktem odniesienia dla innych – przekonuje Janusz Lewandowski, przewodniczący rządowej Rady Gospodarczej.
Gdy kandydat PiS zaczął obiecywać obniżenie wieku emerytalnego, to niemal natychmiast Bronisław Komorowski odpowiedział propozycją, która rozszerzała prawo do wcześniejszego świadczenia. I to, w opinii wielu ekspertów, był punkt zwrotny. Bo do tej pory słyszeliśmy, że wydłużenie wieku emerytalnego jest dziejową koniecznością i że od tej decyzji nie ma odwrotu. Co więcej, to przecież Komorowski naciskał na rząd, by wydłużać czas pracy. A nagle zmienił zdanie. – To się nie powinno zdarzyć. Stracił najcenniejszą rzecz w polityce: wiarygodność – mówi jeden ze sztabowców PO. Tak szybka reakcja Komorowskiego pokazała, że obawia się rywala, ale wyborcy dostrzegli coś więcej. Jeśli można odwrócić nieodwracalną reformę, to może nie trzeba już zaciskać pasa. A skoro tak, to może ci, którzy krytykują PO, mają rację.
I tak kwestie społeczne i socjalne stały się potężną amunicją polityczną. – Te zmianę było widać w telewizyjnej debacie między Ewą Kopacz a Beatą Szydło, które na inne tematy nie chciały dyskutować. Zejście na poziom obietnic socjalno-ekonomicznych jest także związane z wycofaniem się tuzów, jak Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Trudno sobie wyobrazić, by oni walczyli ze sobą obietnicami zapomóg dla rodziców, raczej ciągnęłoby ich do kwestii symbolicznych – podkreśla politolog prof. Rafał Matyja.
Jednak realizacja wyborczych obietnic to nie tylko kwestia kosztów. Byłaby to również olbrzymia zmiana jakościowa – gwałtownie zwiększyłaby się skala redystrybucji naszego PKB. Polska z grupy krajów o najniższych wydatkach w Unii Eeuropejskiej (42 proc. PKB) trafiłaby co najmniej do unijnej średniej, która wynosi 48 proc. Nawet w 2005 r., gdy Polska liberalna walczyła z Polską solidarną, spór dotyczył tego, kto będzie sprawniej rządził i zadba o wzrost, a liberalizm czy solidaryzm sprowadzały się do tego, czyim kosztem nie powinno to być realizowane. Jednak partie nie kwestionowały dotychczasowego modelu polityki gospodarczej. Podobnie było zresztą, gdy do władzy dochodziło SLD w 2001 r. A dziś możemy mieć do czynienia ze zmianą Polski liberalnej w Polskę redystrybucyjną. To zmiana mogąca pociągnąć za sobą daleko idące konsekwencje. Do niedawna żyliśmy w przekonaniu, że każdy jest kowalem swojego losu. Teraz widać, że rośnie liczba osób, które uważają, że to państwo powinno wspomóc kowala lub nawet go urządzić. Jedna z osób kierujących ośrodkiem pomocy społecznej powiedziała nam, że już zgłaszają się do niej matki, które chcą wypełniać wnioski o przyznanie 500 zł zapomogi na dziecko.
Co prawda nie wiadomo, jak duża grupa wyborców bierze kampanijne obietnice na poważnie, lecz zapewne sporo jest takich, którzy mają nadzieję, że choć niewielka część z nich zostanie zrealizowana. Dlatego oprócz zasadniczego pytania – ile państwo ma wydawać?, zadawane jest też i drugie – na co?
Ryzykowna gra
Mirosław Gronicki, ekonomista i były minister finansów, porównuje wizje polityki gospodarczej i społecznej kreślone przez partie w czasie kampanii wyborczej do modelu masowej produkcji z początku ubiegłego wieku, która nie przystaje do obecnych czasów. Według niego propozycje w rodzaju wypłat po 500 zł na dziecko nie mają większego sensu, bo nie wszyscy potrzebują takiej pomocy. – Potrzebujemy zindywidualizowanego systemu wydatków społecznych. Ci, którzy rzeczywiście są w potrzebie, powinni być namierzani przez odpowiednie służby państwowe i tylko im powinna być oferowana pomoc przygotowana w odpowiedzi na ich konkretne potrzeby. Skoro politycy twierdzą, że mamy do czynienia z pogłębianiem się różnic dochodowych, to w takiej sytuacji zasypmy te różnice w sposób racjonalny. Tak żeby nie wydawać miliardów, które nie zmniejszą tych różnic, tylko będą je utrzymywały – mówi.
I dodaje, że nasi politycy próbują wprowadzić u nas model państwa dobrobytu półśrodkami – bez kompleksowej strategii oraz bez zdefiniowania zadań, jakie państwo winno mieć wobec obywateli. To strata pieniędzy, dowodzi Gronicki, bo żadne państwo nie jest w stanie podołać takim chaotycznym działaniom. – Każdy z nas zawsze będzie narzekał na dochody, co ekonomiści wyjaśniają nieograniczonym poziomem popytu początkowego. Każdy z nas chciałby mieć wszystko; jedyne, co ogranicza nas w zaspokajaniu tych potrzeb, to właśnie poziom dochodów. Politycy muszą to zrozumieć i nie próbować na taki popyt odpowiadać – uważa ekonomista.
Pomysł dodatków na dzieci sceptycznie ocenia też Michał Myck, szef Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA. Zwraca uwagę, że wypłacanie zapomóg za sam fakt posiadania dzieci, bez wiązania wsparcia choćby z zatrudnieniem, będzie prowadziło do tego, że u części rodziców spadnie motywacja do aktywności zawodowej. Co może być widoczne zwłaszcza w rodzinach wielodzietnych. – Partie deklarują wydatki w wysokości nawet kilkudziesięciu miliardów bez jasno określonego celu. I cały czas brakuje im spójnego myślenia o tym, po co to wszystko robimy. Ich działania można streścić w jednym zdaniu: przekażmy dużo pieniędzy rodzinom, a co to da, to się dopiero się zobaczy – przekonuje.
Ktoś zapłaci rachunek
Odwrotu jednak nie ma, bo dyskusja o nierównościach przestała być tematem tabu, którym była w latach 90. – Wtedy hasła walki z ubóstwem jednoznacznie kojarzono ze starym systemem. Być może to, że po ostatnim kryzysie na świecie więcej mówi się o nierównościach i ich szkodliwych konsekwencjach, sprawiło, że i w Polsce polityka wsparcia finansowego najbiedniejszych stała się tematem debaty – mówi Michał Myck. Tym bardziej że politycy uświadomili sobie, przed jakimi wyzwaniami stoi nasz kraj.
– Jeśli poważnie myślimy o tym, by przygotować gospodarkę na to, co stanie się za 10–20 lat, to myślenie o obecnej sytuacji rodzin z dziećmi jest uzasadnione. Bo za te dwie dekady te dzieci będą pracownikami, i to one będą decydować o kondycji gospodarki. Ich edukacja i poziom życia są więc istotne nie tylko ze społecznego punktu widzenia, ale też z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Jeżeli chcemy faktycznie iść w kierunku gospodarki nastawionej na innowacje i wysoką produktywność, to o tę produktywność musimy zadbać już na poziomie przedszkola i podstawówki. To właśnie na tych etapach rozwoju najłatwiej wpłynąć na potencjał intelektualny ludzi, co będzie miało wpływ na późniejszą jakość życia. Programy zmierzające do zwiększenia produktywności dorosłych nie przynoszą tak dobrych efektów – mówi Michał Myck.
Politycy niby to dostrzegają, ale ten problem był raczej na drugim planie kampanii. Teoretycznie dodatki na dzieci czy zwiększenie świadczeń rodzinnych mają być odpowiedzią na problemy demograficzne. Tylko czy – zastanawia się Myck – takie rozwiązania są optymalne z punktu widzenia stawianego celu w stosunku do kosztów, jakie generują. – Czy przekazanie mnóstwa pieniędzy publicznych wielu rodzinom o wysokich dochodach rzeczywiście przełoży się na poprawę jakości życia dzieci i zachęci rodziny do posiadania większej liczby potomstwa? Czy nie lepiej byłoby przeznaczyć te środki na to, by poprawiać dostępność przedszkoli i żłobków? Albo na dożywianie w szkołach – dodaje szef CenEA.
Mirosław Gronicki proponuje spojrzeć na sprawę od strony czysto finansowej: już teraz mamy deficyt sektora finansów publicznych w takiej wysokości, że powoduje on zwiększenie relacji długu publicznego do PKB. Kolejne wydatki bez ich finansowania w inny sposób niż pożyczanie pieniędzy tylko zwiększają dług, który kiedyś trzeba będzie spłacić. Rosnący dług będzie takim kamieniem u szyi, a gdy wybuchnie kolejny kryzys – pociągnie nas na dno. – Zwiększanie konsumpcji przez pożyczanie pieniędzy jest nieracjonalne. Politycy mówią, że te kwoty w części wrócą do budżetu w postaci podatków od tej konsumpcji. Ale w jakiej części? Przecież zasiłki poniżej pewnego progu nie będą opodatkowane, jeśli zwiększy się kwotę wolną od podatku. Poza tym czy ci „biedni”, którzy dostaną te 500 zł na dziecko, będą robili zakupy w sklepach, czy gdzieś w szarej strefie, bo tam taniej? – ocenia były minister finansów. I zwraca uwagę, że same dodatki na dzieci i zwiększenie kwoty wolnej to ubytek w finansach państwa na poziomie 2 proc. PKB. Sporo. Podobnie z pomysłami podatków sektorowych. Gronicki radzi, by zmierzyć racjonalność tego pomysłu z potencjalnie uzyskaną kwotą z tych podatków w stosunku do potrzeb z jednej strony a szkodą, jaką poniosłyby opodatkowane branże z drugiej strony. – Przy potrzebach rzędu 2 proc. PKB zysk z tych podatków może sięgnąć około 10 mld zł, czyli jakieś 0,7 proc. PKB. Widać jak na dłoni, że to gra niewarta świeczki – mówi. Jego zdaniem otrzeźwiająco na polityków mógłby zadziałać kryzys gospodarczy, którego Polska w gruncie rzeczy nie doświadczyła. – Zostaliśmy rozpieszczeni tym nieprzerwanym od 25 lat wzrostem gospodarczym, tym, że ten ostatni globalny kryzys finansowy też w dużym stopniu nas ominął. Ale nie snujmy katastroficznych wizji. Nie sądzę, aby po tych wyborach cały dorobek transformacji został zaprzepaszczony – ocenia były szef resortu finansów.
Według niego zaliczamy się do krajów z w miarę zdrową gospodarką wolnorynkową, staraliśmy się do tej pory utrzymać racjonalność w gospodarce i tak będzie nadal. I będzie tak jak zawsze – to, co politycy obiecują w kampanii, nie do końca zostanie zrealizowane po wyborach.
Realizacja wyborczych obietnic to nie tylko kwestia kosztów. Byłaby to też olbrzymia zmiana jakościowa – możemy mieć do czynienia ze zmianą Polski liberalnej w Polskę redystrybucyjną. Do niedawna żyliśmy w przekonaniu, że każdy jest kowalem swojego losu. Teraz rośnie liczba osób, które uważają, że to państwo powinno wspomóc kowala